Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Depresyjnie

wtorek, 09 grudnia 2014 1:28

           W ostatnim czasie zawisło nade mną jakieś fatum a do domu zawitała nieprzyjemna atmosfera. W zasadzie ta zła atmosfera już od dość dawna pojawia się głównie wraz z powrotami do domu R – to on przynosi te złe emocje z pracy a ja miałam czas by do tego przywyknąć. Dopóki go nie ma w domu jest normalnie, cicho, spokojnie… Każdy jest zajęty swoimi sprawami: ja sprzątam, gotuję, dzieciaki się bawią, grają, rozmawiamy sobie, bez problemów odrabiają lekcje… Jednak gdy tylko wraca R od razu zaczyna się krzyk, zamęt i o wszystko pretensje. Dlatego nigdy nie czekam z utęsknieniem na jego powroty i czuję ulgę… gdy znika na noc.

Jakieś dwa tygodnie temu, jednego dnia wieczorem przypałętał się do mnie… pech.

Kilka dni wcześniej czepiłam się zrobić w końcu porządek z podłączeniem dekodera do telewizora w pokoju u dzieciaków. Zmieniłam operatora telewizji i zamówiłam multiroom. Trzeba jednak było podłączyć drugi kabel pod antenę satelitarną, miał to zrobić R ale minął ponad miesiąc a jemu się ciągle nie chciało, w końcu postanowiłam już dłużej go o pomoc nie prosić tylko sama to zrobić… Zakupiłam więc stosowny kabel i złączki oraz przy okazji żarówki, do żyrandola w pokoju dzieciaków, bo też już część się poprzepalała jakiś czas temu a R mimo moich próśb, wciąż miał nie po drodze, by kupić nowe i je powymieniać… Gdy tylko wróciłam do domu od razu zaczęłam wkręcać nowe żarówki. Włączam światło po wkręceniu pierwszej a tu TRACH! Błysk i nie ma światła w całym mieszkaniu! Wywaliło główny bezpiecznik na klatce schodowej ale zaraz uporałam się z tym problemem. R jednak nie omieszkał mnie zjebać, bo wg. niego… kupiłam złe żarówki! - No kurde jak mogą być złe jak zawsze takie kupuję? Nic, z drżeniem w rękach wkręcam następne ale na szczęście problem już się żaden nie pojawia… Zabieram się więc do podłączenia dekodera. Wszystko przebiega OK ale aby podłączyć kabel telewizora muszę do lekko wysunąć do przodu a telewizor jest bardzo ciężki i ogromny, bo to jeszcze taki model sprzed 14 lat z wysuniętym wielkim tyłem i stoi równo z szafką… Przesuwam więc go delikatnie, by się dostać do odpowiedniego gniazda tak, że jeden róg wystaje poza szafkę i nagle telewizor zaczyna mi się zsuwać! Staram się go przytrzymać ale sama nie daję rady i w rezultacie telewizor spada mi na kant a następnie przewraca się na płask kineskopem na podłogę…  R przybiega do pokoju i widząc co się stało wpada w szał! Wrzeszczy na mnie wymachuje nade mną rękoma, wyzywa od debilek, pierdolonych idiotek… Mam nadzieję, że może jednak nic się nie stało ale kiedy włączamy  telewizor okazuje się, że dźwięk brzęczy a na monitorze kontrolnym są jakieś plamy i gdy ostatecznie pojawia się obraz to jest przeniebieskawiony… - Kurwa, odkupujesz telewizor! – wrzeszczy R – Wydałem na niego ponad 3tys a ty rozpierdoliłaś! Po chuj się debilko tego czepiasz! Po co go ruszałaś?! 

No tak, ja mam mu odkupywać telewizor, bo jest uszkodzony ale gdy on rozbił mi samochód (który dostałam od siostry), że się nadawał tylko na złom, to jakoś się nie kwapił go mi odkupywać…

R krzyczy, zemści na mnie na czym świat nie stoi… ja już z tych nerwów nie wytrzymuję i zaczynam płakać, dzieciaki biorą moją stronę i drą się na R… Potem on bierze prysznic, uspakaja się ale mija jakaś godzina, ubiera się i chociaż to już gdzieś godz. 20-ta zarządza, że jedziemy do Media Ekspert, bo akurat jest otwarcie nowego sklepu i promocje…

Ok, jedziemy chociaż nie widzi mi się wydawać ostatnich pieniędzy z karty na nowy telewizor…

       W sklepie, chociaż to już tylko godzina do zamknięcia, gwar i tłumy ludzi. R wpada w oko Soundbar, który wprawdzie przekracza aktualnie moje i jego finansowe możliwości ale dziś jest w promocji i możliwy do zakupu na „gołe” raty jedynie „na dowód”. R wysyła mnie więc w kolejkę do rat, abym się dowiedziała „czy mi dadzą”… Stoję w tej kolejce z godzinę a w końcu gdy już się doczekałam pada pytanie „gdzie pracuję?”, a ja zgodnie z prawdą odpowiadam gdzie „pracuję” i okazuje się, że niestety ale nie posiadając umowy o pracę nie mogę wziąć nic na kredyt… R jest na mnie zły i gdy rozmawiam ze sprzedawcą kopie mnie pod stolikiem w kostkę, bo wg. niego powinnam „coś wymyślić, skłamać, bo przecież tego nikt nie będzie i tak sprawdzać…” Ale skoro ja już się tyle wystałam to mówię, że w takim razie niech on spróbuje… Faktycznie, R skoro ma rentę może wziąć sprzęt na siebie na raty więc bez dłuższego namysłu decyduje się na to a na dokładkę kupuje jeszcze nowy telewizor…           

     Wracamy do domu grubo po 21.00. Podłączam telewizor w pokoju u dzieciaków. Jest wprawdzie mniejszy od poprzedniego ale ma o niebo lepszy obraz, dźwięk i inne parametry niż stary a w dodatku łączy się z internetem i zajmuje o wiele mniej miejsca niż tamta harhara…

R mocuje się z podłączeniem Soundbara. Dzieciaki są podniecone zakupami więc zamiast iść spać chcą zobaczyć jak co działa. Młody próbuje pomóc i podpowiedzieć coś R, bo widzi, że ten sobie nie radzi z podłączeniem a R zaczyna się na niego wściekać. Po chwili już słyszę jak się na Młodego wydziera, padają w jego kierunku wyzwiska! – Idź spać! Spierdalaj! Idź bo ci jebnę! Nie denerwuj mnie! Weź go zabierz, tego gówniarza, bo go zabiję! – Każę R się uspokoić i liczyć ze słowami, chcę też żeby Młody dał sobie spokój i poszedł już spać ale on jest tak podekscytowany i tak bardzo chce zobaczyć jak będzie działał nowy sprzęt… Tłumaczy, że przecież „nic nie robi”… R jednak chodzi cały w nerwach i w końcu znów krzyczy na Młodego – „Jak ja Ciebie nienawidzę!”. Wyzywa go też od debili, nieuków, chce by zszedł mu z oczu… Zabieram Młodego i zamykam się z dziećmi w pokoju. W końcu zasypiają a we mnie w środku coś pęka... Cały czas dźwięczy mi w uszach to „nienawidzę!”…

      Kiedy dzieciaki już śpią biorę swój telefon. Zauważam, że coś się stało z zasięgiem… Sprawdzam – telefon „nie widzi” karty SIM – no tak, znowu karta się przesunęła jak już nie raz bywało… Próbuję więc ją wyciągnąć tak jak to robił kiedyś mój ojciec za pomocą małej blaszki ale tym razem blaszka o coś zahaczyła, przyblokowała i nie chce wyjść! Boże czy ten pech mnie dziś w końcu opuści?! R widząc, że się mocuję z telefonem znów się drze, że po cholerę znowu się czegoś czepiam?! Owszem pomaga mi i wyjmuje jakoś tę blaszkę i kartę ale przy okazji coś się tam uszkadza i telefon już wcale „nie widzi” żadnej karty! Przy okazji jednak odkrywam, że mój problem z telefonem i kartą wynikał z tego, iż w punkcie obsługi klienta, gdy dwa lata temu brałam sobie telefon, obsługująca mnie pani, nie wiem czemu, do wejścia na zwykłą kartę założyła mi… kartę micro, w dodatku bez adaptera! Wiedziałam , że mam kartę micro ale nie wiedziałam, że jest ona założona w wejściu na zwykłą kartę, stąd karta ta „miała prawo” się tam przesuwać i aby tak się nie działo należało ją umocować w adapterze! Najlepsze jeszcze, że gdy kiedyś karta mi się przesunęła i nie mogąc jej wyjąć poszłam z tym problemem do punktu, to również wtedy nikt mnie nie powiadomił, że mam założoną w telefonie niewłaściwą kartę!  No nic, suma summarum telefon musiałam oddać do naprawy a to kolejny wydatek…

     Dwa dni później, gdy Młody wrócił ze szkoły od jego koleżanki dowiedziałam się, że… pobił w szkole kolegę i to już nie pierwszy raz. W związku z tym po weekendzie jestem wezwana na rozmowę z wychowawczynią, psycholog i szkolną pedagog. Cały czas się zastanawiam, czy to, że Młody znalazł sobie w klasie nową ofiarę nie ma związku z tym, że z kolei jemu dokuczają uczniowie ze starszej klasy i z ogólną sytuacją jaka panuje między nim a R a szczególnie czy ten ostatni atak agresji w stosunku do kolegi nie jest wynikiem rozładowania emocji po starciu Młodego z ojcem dzień wcześniej? Młody również nie potrafi odpowiedzieć na pytanie „dlaczego to robi”, nie ma bowiem żadnych logicznych powodów by nie lubić tego chłopaka. On go „drażni” tylko dlatego, że jest, że czasami popatrzy w jego kierunku, odezwie się do niego… Tłumaczy, że „nie może się powstrzymać” i „to silniejsze od niego”… Nie wiem jak ja mam już z Młodym rozmawiać, na tyle na ile już jemu tłumaczę, staram się wpajać empatię powinien już zrozumieć, że takie zachowanie jest niedopuszczalne! A tutaj co roku sytuacja się powtarza tylko „ofiary” się zmieniają: najpierw był Kuba, potem Konrad teraz Kacper…

Pani psycholog i pedagog oczywiście karzą znów mi go gdzieś diagnozować… Oczywiście nie na miejscu, bo w naszym mieście wg. nich nie ma dobrych psychiatrów… A ja mam już dość, bo nie widzę w tym diagnozowaniu żadnego sensu! Co niby i komu to w czymś ma pomóc? Bo dla nich „Nati to zagadka”? Dla mnie nie jest to „zagadka”, znam rozwiązanie problemu tylko jak niby JA SAMA mam go rozwiązać?

Ostatecznie stanęło na tym, że Młody musiał podpisać oświadczenie, że taka sytuacja już się nie powtórzy. Przypomniano mu również, że za miesiąc kończy już 13 lat i od tej pory w przypadku takiego typu działań z jego strony w stosunku do kolegów, rodzice danego dziecka będą mogli już zawiadomić policję, sprawa jego zachowania trafi na wokandę Sądu dla Nieletnich i Młody dostanie kuratora…

          Wydawało się, że wszystko zrozumiał i coś do niego w końcu dotarło ale tydzień temu podczas wywiadówki szkolnej pytam wychowawczynię czy Młody już nie sprawia problemów a tu się okazuje, że znowu na przerwie dusił tego kolegę! Przy okazji nasłuchałam się jeszcze żalów od mamy tego chłopca. W sumie wcale się jej nie dziwię, też bym była rozżalona gdyby mojemu dziecku w szkole działa się krzywda i też bym przecież miała pretensję do rodziców „prześladowcy”, że go nie tak wychowują. Było mi przede wszystkim wstyd za moje dziecko, bo przecież ja go nie takiego zachowania uczę, wpajam mu zupełnie inne wartości! Wychowawczyni oznajmiła mi też, że w związku z tym, że Młody nie dotrzymał umowy i nic sobie nie robi z napomnień i obietnic poprawy nie pojedzie za karę na wycieczkę do Warszawy, która miała się odbyć następnego dnia i, że ustaliły tak wspólnie z panią pedagog… Był to dla mnie szok, bo Młody cieszył się, że pojedzie na tą wycieczkę i nie mógł się jej doczekać szczególnie ze względu na to, iż mieli być na planie filmowym „Miasta 44” – filmie na którym byłam wspólnie z dzieciakami i który im również bardzo się podobał. Poza tym wieczorem mieli iść na „Metro” do teatru Buffo więc wiedziałam, że wycieczka będzie dla niego bardzo miłym wspomnieniem…

Potem w związku z zachowaniem Młodego zostałam jeszcze poproszona na spotkanie z pedagog i panią dyrektor. Znowu prawie godzinę debatowaliśmy „co robić z moim dzieckiem". Wg. mnie dobrym wyjściem dla wszystkich byłoby w tym przypadku zastosowanie w stosunku do niego indywidualnego nauczania. W sumie od lat jesteśmy zgodni z nauczycielami i panią edukator, że takie nauczanie dobrze by mu zrobiło ze względu na problemy z koncentracją w czasie lekcji więc skoro teraz wg. pani pedagog i wychowawczyni Młody stanowi na dodatek aż takie zagrożenie dla bezpieczeństwa innych uczniów to jak najbardziej powinien być takim nauczaniem objęty! Zażądałam więc  żeby panie napisały mi stosowną opinię na jego temat  w której opiszą jego zachowanie bym, miała z czym pójść do psychiatry. Mam w sumie gdzieś ponowne diagnozowanie dzieciaka ale jeśli to opinia miałaby być pomocna w wydaniu odpowiedniej opinii przez psychiatrę i uzyskania dla Młodego orzeczenia  o potrzebie indywidualnego nauczania byłoby to z korzyścią i dla mnie i dla nauczycieli i przede wszystkim dla niego, bo przynajmniej łatwiej by mu wiedza wlazła do łba i czas spędzony w szkole nie byłby czasem zmarnowanym! Sama bowiem widzę, że gdy ja z nim pracuję to jest w stanie się czegoś nauczyć, zrozumieć temat lekcji, zapamiętać. W wakacje miał poprawkę z matematyki. Przez cały rok chodząc do szkoły nie był w stanie się nauczyć tego czego się nauczył ze mną w przeciągu niespełna półtora miesiąca! Teraz pani od matematyki nie może mu się nadziwić, jest aktywny na lekcji, samodzielnie rozwiązuje zadania, na semestr jest w stanie wyciągnąć czwórkę!

Tak samo mogłoby być z innymi przedmiotami na których teraz się „nudzi” i zamiast pracować, robi dziury w zeszycie a potem ja muszę w domu odwalać pracę za nauczycieli by nadrabiać zaległości…

                Z wywiadówki wróciłam oczywiście wściekła a Młody, czy ta kara zrobiła na nim jakieś szczególne wrażenie? Na wieść o tym, że nie jedzie powiedział: "zabiję Kacpra”… Znowu musiałam się mu natłumaczyć, że Kacper tutaj nic nie jest winien, że to jest kara za jego złe zachowanie a nie Kacpra! Kacper poza tym nawet się na niego nie poskarżył, to inne dzieci z klasy doniosły na Młodego do wychowawczyni! Kacper wręcz próbował wstawiać się za Młodym tłumacząc, że Nati „to nie jest zły człowiek” a kara jest zbyt surowa, decyzja jednak zależała od zdania pani pedagog… Poza tym wychowawczyni może jeszcze by się i zgodził na wyjazd Młodego ale gdyby jechała z nim Młoda (która zawsze do tej pory z nim jeździła jako „opiekunka” – tzn. raczej on miał za zadanie się nią opiekować i wtedy pani miała już jego z głowy) ale, że tym razem nie jechała (niestety nie stać mnie było na opłacenie jej wyjazdu a R chciał się dołożyć) to pani wolała nie ryzykować tym, że Młody zacznie znowu stwarzać jakieś problemy, kiedy ona nie będzie w stanie mieć kontroli nad całą grupą.

W końcu Młody orzekł, że w zasadzie to i lepiej, że nie jedzie, bo jeśli autokar będzie miał wypadek to… tylko on przeżyje. Nie wiem więc zupełnie czy ta kara w jakimś stopniu będzie miała skutek wychowawczy, czy Młody wyciągnie z niej jakieś wnioski i zmieni swoje zachowanie? Czas pokaże, bo na razie nic na to nie wskazuje…

                Całe to zamieszanie nie wpłynęło też dobrze na moje stosunki z R, który oczywiście mnie obwinia za całą tę sytuację… Bo wg. niego to wina „mojego braku konsekwencji” i tego, że nie pozwalam na wprowadzenie jego metod wychowawczych, które miałyby polegać... na laniu! Gdy nie pozwalam mu się wydzierać na dzieciaki i ich bić to wg. niego podważam jego autorytet…

Oczywiście sam nie widzi, że jego zachowanie negatywnie wpływa na atmosferę w domu i może się też odbijać na agresywnym zachowaniu dzieciaków w stosunku do siebie, kolegów a także do niego...

       Wszystko to co się dzieje nie sprzyja też temu abym ja pałała jakimś entuzjazmem na jego widok gdy wraca ze swojej pracy, gdy mam świadomość tego, że koniec spokoju bo „teraz się zacznie”… Nie mam o czym z nim rozmawiać – jego nie interesuje co ja robiłam (zresztą wie lepiej, że „nic”) a mnie to jak jemu minął dzień (wiem i tak, że znowu, jak zwykle „się matka, ta wariatka wściekała”…) nic więc dziwnego, że w końcu pewnego dnia od niego usłyszałam, iż „ma dość mojej wiecznie skwaszonej miny, że mnie tak bardzo nienawidzi, że aż mu się chce rzygać na mój widok”… Nie chce już ze mną być, ma dość, chce się rozwieść, zapłaci mi wtedy czyste alimenty i zobaczę jak to będzie bez niego, przylizę do niego jeszcze na kolanach…

- Więc się rozwódź, zrób doświadczenie…  – odpowiadam - Co ci stoi na przeszkodzie? Składaj pozew jeśli to Ciebie uszczęśliwi, bo ja już więcej szopek z rozwodem robić nie będę… Po co w ogóle wracasz skoro nie możesz na mnie patrzeć? Nikt Ciebie do powrotów nie zmusza… Chyba, że pastwienie się nade mną sprawia ci przyjemność…

 

                Ostatnio zaczął mi doskwierać żołądek, czasami zaskakują dziwne widoki przed oczami… Faktycznie mniej się już uśmiecham… Odechciało mi się biegać… Uciekam w rutynę: dom, dziadek, dzieci, moje „badania” w nocy, które owszem dają mi radość ale przez które rano wstać nie mogę… Dni tak szybko uciekają… I marzy mi się ciągle, roi w głowie, że kiedyś zabiorę dzieci i się stąd wyprowadzę, do nowego dużego mieszkania i będę miała własną pracę, która dawać mi będzie satysfakcję… Tylko czy to marzenie kiedyś mi się spełni?



komentarze (20) | dodaj komentarz

O tym jak frustruje życie pod jednym dachem z facetem, któremu obce są pasje

wtorek, 25 listopada 2014 23:56

      PhotoFunia-1bb2c4c_o.jpg

 

          Wkurzyłam się strasznie, bo zawiesili mi neta… Nie, spokojnie, to jeszcze nie objaw uzależnienia, obędę się jakiś czas bez niego i świat mi się z tego powodu nie zawali. Nie będę się też wkurzać jeśli mi go szybko nie przywrócą - mam w zanadrzu wiele innych zajęć niż przesiadywanie przed komputerem ale… Wkurzyłam się, bo net padł już wczoraj wieczorem, kiedy dzieciaki akurat odrabiały lekcje a Młoda potrzebowała wypisać synonimy do zadanych słówek – w domu Słownika Wyrazów Bliskoznacznych brak a dziecię nie zwyczajne do tego, by jak matka za swych młodych lat, po lekcjach spędzać czas w bibliotece, w czytelni i tam wertując słowniki i encyklopedie odrabiać pracę domową – to nie te czasy, teraz przecież jest Internet…

 Na szczęście jest jeszcze coś takiego jak „przesył danych” w telefonie, Młoda więc odrobiła swoją pracę domową  ale moje plany wieczorne legły w gruzach…

Miałam zamiar – gdy już dzieci pójdą spać a ja będę „wolna” - poskanować sobie stare rodzinne zdjęcia. Specjalnie pożyczyłam na wieczór od siostry skaner ale niestety nie mogłam go zainstalować bez odpowiednich sterowników, których system nie mógł pobrać z braku Internetu!

- Co jest u licha? Dlaczego nagle nie ma neta? – Dzwonię na infolinię operatora i dowiaduję się, że jest awaria, która ma być usunięta do 22.00 ale chociaż mija godzina „awaria” nadal trwa więc dzwonię znowu i tu pada informacja, że „Dział techniczny pracuje tylko do 23.00”!

- No to już się q@@ nic nie dowiem! – warczę w myślach – Trudno, jutro rano wszystko poskanuję

Ale rano dalej neta nie ma… Dzwonię więc znowu na infolinię, bo „co jest”? Awaria się przedłużyła? Nie mogli mi przecież odciąż za nie opłacony rachunek, bo przelew robiłam w niedzielę więc w poniedziałek rano  już powinien do nich dotrzeć a jest środa… Głos z infolinii informuje mnie jednak, że mam wszczętą windykację, ostatnia wpłata jaka u nich figuruje jest z października, chcą aby wysłać im faksem potwierdzenia wpłat późniejszych… No fajnie tylko jak ja mam zrobić wydruk jak nie mam neta?! I w dodatku weź rzucaj wszystko i jedź przez pół miasta do punktu oddziału, żeby im wysłać faksa! Dzwonię więc znowu żeby sobie wyjaśnić sprawę z konsultantem… Dowiaduję się, że u nich zaksięgowanie faktury trwa 3 dni, więc być może już i bez wysyłania tego faksu dziś albo jutro mi neta przywrócą ale za chwilę pani w telefonie informuje mnie, że w międzyczasie weszła nowa faktura i aby mi ponownie podłączyć usługę muszę mieć potwierdzenie zapłaty również tej drugiej! No jak to? Przecież do tej pory nie robili mi żadnych problemów kiedy miałam lekki poślizg w opłacaniu faktur! Nosz q@@@a, a ja miałam w planie kupić Młodej buty na zimę i nie mam już więcej gotówki… Dupa, nie zapłacę i nie będzie neta, dziecko ważniejsze…

Przy okazji proszę panią konsultantkę o wyjaśnienie zawyżonej kwoty na ostatniej fakturze, wynika z niej, że był wypożyczany jakiś film a ja przecież żadnego filmu nie wypożyczałam…

I tutaj następuje kolejny powód – podwójny – do wkurzenia… Okazuje się bowiem, że 20.09 po godz. 1.00 w nocy był wypożyczany film o wymownym tytule  „Chcąc z obu stron”… Dodatkowo mila pani informuje mnie, że w październiku również zostały wypożyczone dwa kolejne filmy… No to wszystko już jasne kto mi zawyża rachunki… Jestem wściekła na R – mam płacić za jego pornole?! O nie!! Dzwonię więc, do niego wściekła, by go o tym powiadomić. Gdy wydarłam się na niego przez telefon za wypożyczanie pornoli poleciały w moim kierunku wyzwiska… bo „jak ja śmiem do niego dzwonić i kłócić się o głupie 30zł podczas gdy on miesięcznie wydaje na opłaty i na mnie o wiele więcej pieniędzy!”  Zaczyna się awantura przez telefon i wymianę smsów, R bowiem nigdy nie przyzna się do winy tylko reaguje kontratakiem i teraz będzie robił wyliczenia swoich wydatków na dom, na mnie i na dzieci…

- Tylko, że dysponuję mniejszym budżetem niż Ty – odpisuję - więc liczę się z każdym groszem, planuję swoje wydatki i zanim na coś wydam, zastanawiam się 10 razy czy jest mi to naprawdę potrzebne a Ty nie szanujesz ani swoich ani cudzych pieniędzy! I nie chodzi o 30zł tylko NA CO ZOSTAŁY WYDANE, kłóciłabym się za każde moje 5zł gdybyś je przepił, przepalił czy wydał na dziwki i tak samo nie zgadzam się płacić za Twoje pornole! A to, że Ty mi coś czasami dasz, to też nic za darmo nie dajesz, gdybyś miał zapłacić jakiejś babie za pranie, sprzątanie czy prasowanie zapłaciłbyś dużo więcej – Ty dla mnie z tych rzeczy nigdy nic nie zrobiłeś! A to, że robisz opłaty to też żadna łaska z Twej strony, tak samo tu mieszkasz, ze wszystkiego korzystasz a alimentów mi nie płacisz! A jeśli wg. Ciebie ja wydaję pieniądze na jakieś „fiu bździu, kosmetyki” to wydaję MOJE pieniądze więc Tobie nic do tego, ja ciebie z twoich zakupów nie rozliczam…!

R czepia się za wszystko – Młoda leje za dużo wody do wanny gdy się kąpie, dzieciaki „całymi dniami” grają na Playce i zasypiają przy lampce a ja „siedzę nocami na kompie…” on zaś musi za to wszystko płacić! Tymczasem wczoraj wstawałam ok 2.00 w nocy by wyłączyć u niego w pokoju telewizor i światło, bo kolejny raz zasnął przy włączonym a rano budzi mnie hałas lejącej się wody – R przez 20 min. bierze prysznic… Gdy wychodzi odkręca kran przy umywalce, woda znów się leje na full… Nie wytrzymuję, wchodzę i go opieprzam, bo R się goli a woda bąboli ile wlezie…  No i tak właśnie wygląda jego „oszczędność” – kogoś będzie opieprzał ale tego co sam robi nie widzi!

R potrafi wydawać kasę lekką ręką: kupić sobie np. buty do biegania za prawie 400zł chociaż wcale nie biega a gdy udaje mi się go w końcu na to bieganie namówić, pojechać najpierw szybko do sklepu i wydać kolejne 500zł na odpowiedni do tego strój z firmowego sklepu (no bo przecież w byle czym się nie pokaże) chociaż po tym jednym razie więcej biegać już nie ma zamiaru… Wyda 3 setki na kurtkę chociaż ta z zeszłego roku jest jeszcze jak nowa, bo prawie w niej nie chodził a  potem, w tym samym miesiącu wydać kolejne 3 stówy na buty (w sumie na zimę więc to rozumiem) i… 300zł na buty dla mnie, chociaż wcale ich nie potrzebuję, no ale dzięki temu może w sklepie pokazać przed ekspedientką, że „ma gest”, podczas gdy ja muszę płacić kartą kredytową za buty dla dzieciaków… Albo złożyć w perfumerii specjalne zamówienie na markową wodę toaletową dla siebie, zapłacić za nią a potem „nie mieć czasu odebrać”, a sklep w tym czasie zostaje zlikwidowany…  No ale to jego „ciężko zarobiona kasa” więc może sobie z nią robić co chce, ja się nie wtrącam, nie rozliczam go, bo uważam, że mi nic do tego, za to on do moich wydatków podchodzi zupełnie inaczej…

                Inna kwestia, że napięta sytuacja jest między nami już od pary tygodni. R ma do mnie pretensje, bo ostatnio zafiksowałam się na szukaniu moich przodków. Pochłonęło mnie to niemal całkowicie, poświęcam temu każdą wolną chwilę i zarywam noce… A R szlag trafia…

Wszystko zaczęło się od przyjazdu we wrześniu kuzyna z Ukrainy. Chce sobie wyrobić Kartę Polaka więc potrzebował poświadczonych danych na temat miejsca urodzin i narodowości swoich dziadków i pradziadków. Odwiedziliśmy siostrę stryjeczną jego babci (a zarazem siostrę rodzoną mojego dziadka), przeglądaliśmy stare zdjęcia by się dowiedzieć czegoś na temat jego korzeni. Byliśmy w odpowiednich urzędach i zostaliśmy ostatecznie odesłani do przeglądnięcia Archiwum Akt Dawnych przez stronę www.szukajwarchiwach.pl gdzie są dostępne on-line skany akt z urzędów i parafii, które mają już ponad 100 lat oraz by się osobiście udać do urzędów gmin czy parafii z których pochodzą nasi przodkowie, by odnaleźć akta, które jeszcze nie mają więcej niż 100 lat.

Nie mam jednak na razie możliwości aby sobie jeździć po parafiach więc zaczęłam przeglądać te z odpowiednich parafii dostępne on - line i szukać wśród nich naszych nazwisk.

Jak już tutaj na blogu kiedyś pisałam od dawna pasjonuję się genealogią. Jeszcze w czasach studenckich na zaliczenie z historii sztuki mieliśmy zadane przedstawić stworzoną przez siebie Kronikę Rodzinną. Wszystkie jednak dane na temat mojej rodziny potrzebne do stworzenia drzewa genealogicznego zbierałam na podstawie ustnych przekazów lub jakichś dokumentów dostępnych u najbliższej rodziny czy na cmentarzach. W akta nigdy się nie zagłębiałam, bo zawsze myślałam, że to bardzo skomplikowana sprawa – Jak np. sprawdzić te dotyczące rodziny babci jeśli parafia w której była chrzczona to teraz już nie Polska? A w ogóle jest sens by tam jechać jak może wszystko zniszczyła zawierucha wojenna? A skąd mam wiedzieć do jakiej parafii w ogóle się udać? Będę jeździć z jednej do drugiej i szukać? Nie mam na to czasu i środków i czy komuś będzie się chciało mi pomóc? A tu się dowiaduję, że mogę sama sobie przynajmniej już sporą część dawnych akt przeglądnąć w domowym zaciszu. Spokojnie bez pośpiechu w dogodnej dla mnie porze a potem jak coś już znajdę, to ewentualnie wystąpić do Archiwum o wydanie odpisu konkretnego aktu wg. sygnatury z poświadczeniem oryginalności.  Dokumenty z urzędów i parafii z danego województwa, które mają więcej niż 100 lat są dostępne w Archiwum w stolicy tegoż  województwa, z kolei te z terenów byłej Polski (mnie interesują te z Wołynia) są przewożone do Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie. Wszędzie są sukcesywnie skanowane i udostępniane do przeglądania on-line.

Wsiąkłam więc w te księgi  i wertuję rok po roku a nie jest to też taka prosta sprawa. Wiele roczników nie jest jeszcze dostępnych a te które są, spisywane były odręcznie i czasami trudno jest odczytać te „hieroglify” szczególnie gdy ten, kto je spisywał,nie był wytrawnym kaligrafem. Dodatkową trudność w odczytywaniu rękopisów sprawia to, że mniej więcej od roku 1865 coraz więcej akt spisywanych jest w języku rosyjskim, a po 1868 praktycznie już wszystkie (stopniowe wypieranie języka polskiego z urzędów było skutkiem represji ze strony zaborcy po upadku Powstania Styczniowego) muszę się więc sporo czasami namęczyć by odszyfrować co tu jest napisane. Mimo tych niedogodności zajęcie to bardzo mnie fascynuje i sprawia ogromną satysfakcję, szczególnie gdy wśród tych wszystkich zapisów odnajduję nazwiska należące do mojej rodziny. Spisuję sobie pasujące mi dane, składam potem je wszystkie w logiczną całość i uzupełniam zapisy w mojej Kronice. Przenoszę się myślami do tamtych czasów, utożsamiam z tymi ludźmi… Jest dla mnie w tym wszystkim coś mistycznego – Czy którakolwiek z tych osób przychodzących do kancelarii parafialnej, by poświadczyć zawarcie związku małżeńskiego, ochrzczenie dziecka czy zgłosić zgon zastanawiała się nad tym, że oto z górą sto lat później ktoś będzie te zapisy czytał, że ta właśnie chwila z ich życia zostanie przywrócona w pamięci i wyobraźni późniejszych pokoleń? Że w ten sposób stają się nieśmiertelni („człowiek tak długo żyje jak  pamięć po nim”)…?

Dodatkowo stworzyłam sobie jeszcze drzewo na stronie MyHartiage i w ten sposób dotarłam min. do

danych na temat pierwszej żony mojego dziadka po mieczu, których to mój ojciec nawet nie znał oraz przodków rodziny mojej babci, o istnieniu których ona już również nie miała pojęcia…

                Mojej pasji nie rozumie jednak R, który się na mnie wścieka ilekroć zastanie mnie siedzącą przy komputerze. Chodzi syczy i zemści, że zbyt dużo czasu na to poświęcam. Zarzuca mi, że „nic nie robię”, marnuję czas na bzdury zamiast się wziąć do roboty, zaniedbuję dzieci… A przecież to nieprawda! Codziennie wywiązuję się ze wszystkich obowiązków: sprzątam, piorę prasuję, odrabiam lekcje z dzieciakami, chodzę do dziadkiem… ale R ma do mnie pretensję nawet o to, że opiekuję się dziadkiem! Bo wg niego ja „skoro nie pracuję” powinnam siedzieć w domu a do dziadka ewentualnie zajrzeć raz na tydzień, na chwilę a resztę czasu poświęcać na gotowanie w domu obiadów i chyba czekać na jego powrót z rozkraczonymi nogami! Dla niego jak w domu nic nie jest ugotowane tzn. że nic nie robiłam… Tylko dla kogo ja mam gotować te obiady? Dzieciaki jedzą w szkole a on przecież gwoźdźmi też nie handluje… Po co mam gotować obiady gdy wystarczy, że wieczorem zje się jakąś kolację? Przecież jak bym jeszcze oprócz sprzątania miała codziennie gotować to kiedy miałabym czas żeby pójść do dziadka? Do R do tej pory nie dociera fakt, że bycie Opiekunem Osoby Niepełnosprawnej jest FORMĄ PRACY za którą dostaję wynagrodzenie w postaci zasiłku z MOPS, więc mam obowiązek zajmować się dziadkiem codziennie! To już nie moja wina, że dostaję za tę „pracę” tak marne pieniądze (jakie on bez zmrużenia oka może wydać w jeden wieczór), nie mogę jednak z niej zrezygnować, bo nie ma komu mnie w tym zastąpić! Dla R jestem jednak „gnojasem” któremu się nie chce pracować i którego on musi utrzymywać… Kiedy więc widzi, że wolne chwile poświęcam na coś, co sprawia mi przyjemność, a co wg. niego jest zajęciem bezużytecznym, zaczyna się wkurzać i mi dogryzać.

Parę miesięcy temu znajomy na facebooku zarekomendował fajny artykuł dotyczący relacji damsko męskich gdy w grę wchodzą męskie pasje („Dlaczego Panie nienawidzą męskich pasji?”) w którym autor opisuje co powoduje, że  kobiety starają się za wszelką cenę walczyć z hobby swojego faceta… Tłumaczył, że pasja to rodzaj miłości do czegoś a kobietą, kiedy walczy z męskimi zainteresowaniami  kieruje zazdrość, bo w pasji widzi „rywalkę” do jego serca i uwagi. Dlatego też za wszelką cenę stara się swojego faceta tego pozbawić, bo jest to coś, co na jakiś czas odrywa jego uwagę od niej  a ona chce być ciągle w centrum jego uwagi, chce by on poświęcał jej w pełni swój czas, chce nim całym zawładnąć. Kobiety gdy już wejdą w związek z mężczyzną chcą mieć nad nim kontrolę, wkurza je gdy ją tracą, bo w ten sposób tracą pewność siebie… Nie lubią więc gdy gdzieś sam lub z kumplami wychodzi, gdy się zaszywa np. w jakiejś pracowni, bo przez ten czas nie mogą śledzić co robi… Kobiety starają się więc szantażem zniszczyć pasję w mężczyźnie. A pasja, hobby to coś co uszczęśliwia człowieka, utrata tego sprawia, że człowiek staje się nieszczęśliwy, nieszczęśliwym zaś człowiekiem bardzo już łatwo jest manipulować…

Drugą rzeczą na którą autor tego artykułu zwrócił uwagę był stosunek kobiet do męskich pasji. Kobiety to wg. niego z natury materialistki patrzące na hobby swojego faceta poprzez wymiar finansowy – jeśli uprawianie jakiegoś hobby nie przynosi żadnego dochodu a nie daj boże wiąże się jeszcze z jakimiś wydatkami z których ona nic nie ma to jest to strata czasu i trzeba z tym walczyć…

                Artykuł był ciekawy, fajnie napisany, można było się zgodzić z jego treścią bądź nie – niektóre panie mogły się poczuć obrażone – można byłoby polemizować (niechby np. taki facet, który ma żal do żony, że mu wypomina, iż każdą wolną chwilę poświęca na śledzenie kanałów sportowych  zamienił się z nią rolami – jakby facet zareagował, gdyby jego partnerka po przyjściu z pracy do domu zamiast posprzątać, wziąć się za pranie, gotowanie lub poświęcić czas dzieciom zasiadała przed telewizor, bo np. oglądanie seriali jest dla niej „źródłem przyjemności, odstresowaniem od pracy i często wykańczającej nerwowo rodziny”? To właśnie te narzucone nam społecznie i kulturowo role raczej sprawiają, że wiele kobiet zwyczajnie nie może pozwolić sobie na posiadanie jakiejś pasji, ograniczają je brak czasu i obowiązki związane z poczuciem odpowiedzialności za rodzinę a nie brak światłego umysłu, potrzeby własnego rozwoju i zainteresowań). Z własnego doświadczenia i obserwacji wiem jednak, że sporo w tym co stwierdzał autor jest racji, myli się jednak jeśli uważa, że walka z pasjami partnera to tylko domena kobiet. Dla przykładu mogę właśnie podać przypadek mój i R. On nigdy nie podzielał moich zainteresowań i uważał że to strata czasu. Nie rozumie, że można czerpać przyjemność z robienia zdjęć, przeglądania ich, obrabiania w programach komputerowych, że fajnie jest pisać bloga, wymieniać się komentarzami z innymi czy z przebiec wyznaczony sobie dystans pokonując w ten sposób własne słabości… Że radość sprawia przekopanie ogródka, zwiedzanie zabytków ale również przeglądanie starych akt w poszukiwaniu swoich korzeni… Przez R też przemawia egoizm, bo szlag go trafia, że dla mnie może być coś ważniejsze niż jego osoba, coś przyjemniejszego niż sex z nim… Zapomina jednak, że przyczyną tego, iż z nim nie sypiam jest coś innego niż moje hobby…

Z kolei na przykładzie mojej koleżanki widzę jak może się zmienić podejście kobiety do pasji partnera przez pryzmat finansowy. Mąż jej był fotografem amatorem, lubił robić zdjęcia, zgłębiał wiedzę na ten temat i ciągle się rozwijał w tym kierunku poświęcając każdą wolną chwilę po pracy zawodowej na obróbkę zdjęć, kupowanie coraz doskonalszego sprzętu fotograficznego, programów graficznych… Znajoma tolerowała to jego hobby ale nie bardzo jej się to podobało, nie podzielała zbytniego entuzjazmu gdy inni podziwiali jego prace, bo wiedziała ile to wszystko kosztuje i jaki stanowi uszczerbek dla budżetu domowego a poza tym mąż zbyt mało pomagał jej przez to w domu… Z czasem jednak mąż z amatora stał się profesjonalistą a robienie sesji zdjęciowych stało się jego dodatkowym źródłem zarobkowania. Już nie potrzebował wydawać kasy na nowy obiektyw czy statyw ze swojej pensji tylko zarabiał na to robiąc zdjęcia innym. Potem jego grafik fotografa stawał się coraz bardziej wypełniony a to co zarobił na sesjach drugą pensją. Ostatnie wakacje znajomi wraz z dziećmi spędzili w wynajętej pięknej willi w górach. Cały koszt dojazdu, wynajęcie domu i pobyt pokryli z pieniędzy które znajomy zarobił dzięki swojej pasji . Koleżanka przestała w końcu na niego narzekać…

Czy gdyby R widział, że moje zainteresowania też przekładają się na  wymiar finansowy przestałby się wściekać widząc mnie przy pracy? W sumie trudno powiedzieć i szczerze mówiąc nie interesuje mnie to, co on sobie na ten temat myśli. I tak będę robić to co chcę, jak chcę i kiedy. W ogóle nie rozumiem jakim prawem on ma mnie ustawiać i mówić co mam robić, czy wyznaczać mi jakieś obowiązki i z tego rozliczać? Skąd się w drugim człowieku bierze potrzeba przejmowania kontroli nad drugą osobą? Uczynienia go nieszczęśliwym, zmanipulowania, podporządkowania swojej woli? Po co? Co mu to daje? Czuje wtedy satysfakcję? Wzrasta jego ego? W takim razie w rzeczywistości musi być kimś bardzo skrzywdzonym emocjonalnie skoro tylko w ten sposób jest w stanie zbudować w sobie poczucie własnej wartości.

Póki co nie mam jednak Internetu i przynajmniej dopóki mi go znowu nie podłączą moje hobby zostaje „zawieszone”. Ale tym samym może też odpocznę od ciągłych utyskiwań R – skończą mu się powody „by się mnie czepiać”…

Stwierdzam jednak, że pomimo wszystko bez Internetu dziś na dłuższą metę żyć już bym nie umiała, więc mam nadzieje, że to „zawieszenie” wiecznie nie potrwa.



komentarze (12) | dodaj komentarz

Wyjaśnienie (sowek mnie do tego natchnął)

wtorek, 28 października 2014 0:20

      Miałam tylko dać odpowiedź pod ostatnim komentarzem sowka, po poprzednim wpisie ale skoro ostatni wpis był już tak dawno, to postanowiłam jednak wyjaśnić dlaczego u mnie taka długa cisza na blogu panuje...

         No więc nie piszę nic nowego, bo mi się jakoś nie chce już pisać (i tak długo pisałam)...

Mąż mnie nie bije, kochanek się żaden nie pojawił (więc weny na tematy erotyczne brak), dziećmi przestałam się już przejmować, dziwić - nic już mnie nie dziwi, na wycieczki nie jeżdżę, nic mnie nie bulwersuje... To o czym ja mam pisać? O tym, że R mnie znowu wkurzył? To już się robi nudne nawet dla mnie... Ale może kiedyś jakieś natchnienie się u mnie pojawi i wtedy, gdy nic ciekawszego nie będę miała do roboty, coś tutaj jeszcze sklecę...

Na razie mi się nie chce... :)

 

Pozdrawiam czytających.

 

 

Ps. Miało być piwo więc jest piwo

 

Untitled-2.jpg 

 

A na zagrychę grzyb, uwieczniony telefonem,

z mojego ostatniego, jeszcze wrześniowego, spaceru po lesie :)

 

IMG_20140915_002226.jpg



komentarze (7) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 019