Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Wrzesień

piątek, 28 września 2012 0:44

     Odpuściłam sobie na jakiś czas pisanie, wiele rzeczy się na to złożyło: trochę nie miałam natchnienia, trochę nie miałam kiedy i trochę szkoda mi było zarywać nocy, bo w nawale różnych zajeć i obowiązków zazwyczaj tylko wtedy mam czas tylko dla siebie lub dostęp do komputera na dłużej a przez pewien czas nawet nie miałam jak, gdy znowu uległ uszkodzeniu twardziel w kompie… Na szczęście dysk był na gwarancji, więc wymiana nic nie kosztowała, na nieszczęście jednak szlag trafił wszystkie dane, których tym razem nie dało się odzyskać… Dobrze, że zdążyłam jeszcze skończyć ostatnią pracę i wszystko skopiowałam na pendriva, szkoda mi tylko trochę tegorocznych zdjęć ale dobrze, że przynajmniej te z lat wcześniejszych mam pozgrywane...


     Lato, wakacje szybko przeleciało… ubolewam nad tym, że znowu nigdzie z dzieciakami nie byłam (nie licząc jakichś pojedynczych wycieczek rowerowych, udziału w okolicznych festynach i jarmarkach, czy wypadu do zoo do sąsiedniego miasta). Miałam cichą nadzieję, że może R tak jak planował, zabierze nas jednak w góry (chociaż sam w sobie wyjazd w towarzystwie R nie bardzo mi się uśmiechał ale „jak nie ma co się lubi…” to wizja wyjazdu z kimkolwiek, byleby „gdzieś” wyjechać i zaoferować jakieś atrakcje sobie i dzieciakom bardzo mi odpowiadała) niestety, ze względów finansowych plany nie wypaliły… Zresztą i tak samochód co raz się nam psuł, więc strach by było zabierać się nim w dłuższa trasę... Zaangażowaliśmy się wobec tego (a najbardziej R) w pomoc mojej siostrze przy pracach wykończeniowych jej domu. W pospolitym ruszeniu jeździliśmy wszyscy, łącznie z dzieciakami na budowę, by robić porządki, kłaść gipsy, malować ściany i układać panele…  

 

 

 


    

    A początek września przywitał nas wypadkami i dziwnymi zdarzeniami losowymi… Najpierw w dzień rozpoczęcia roku szkolnego jadąc do rodziców R byliśmy świadkami poważnego wypadku na drodze. Parę samochodów przed nami jeden „As autostrad” podczas wyprzedzania kilku aut na raz, zmiótł z drogi skręcający w lewo na posesję skuter… Kierowcę skutera z poważnym urazem czaszki i połamaną nogą zabrał do szpitala śmigłowiec, były obawy czy przeżyje ale jak później czytałam w gazetach na szczęście przeżył…

Kilka dni wcześniej sama o mało nie miałam podobnego wypadku. Podobnie miałam skręcać w lewo, rzuciłam kierunkowskaz, przyhamowałam, za mną przyhamowały inne auta, bo nie miały miejsca by minąć mnie od prawej strony i już skręcałam kierownicą, gdy w ostatniej chwili zobaczyłam w bocznym lusterku, mijający mnie lewym pasem samochód! Zahamowałam a auto z impetem mnie ominęło… Q@wa gdybym nie zahamowała gościu przypieprzyłby mi w tylne drzwi, w dzieci a dzieła by dokończył nadjeżdżający zaraz potem z naprzeciwka tir, bo ni uja by nie wyhamował! Jakim debilem bez wyobraźni trzeba być, by wyprzedzać po kilka samochodów na raz, na wąskiej drodze, w mieście, przy skrzyżowaniu, bo mu się gdzieś śpieszy…

W tamtym przypadku też się komuś śpieszyło…

     Jeszcze tego samego dnia, gdy dotarliśmy w końcu po przymusowym postoju do rodziców R, teściowa wysłała go do ciotki, bo zaniepokoiły ją doniesienia przynoszone przez wstępujących po drodze z odwiedzinami znajomych, że „przed domem W stała policja i pogotowie”. R pojechał więc zobaczyć „co się stało” i przywiózł nowinę, że ciotka miała w domu napad… Kiedy poszła rano do miasta na rynek, dwóch oprychów włamało się do jej domu (mieszka sama na skraju miasteczka), a gdy wróciła wcześniej niż zwykle nakryła ich na gorącym uczynku. Próbowali ją ogłuszyć, zarzucili ręcznik na głowę ale udało jej się im wyrwać i wybiegła na ulicę, ktoś zawiadomił policję i pogotowie, złodzieje się spłoszyli i uciekli przez pola…

Ale to nie był koniec „atrakcji” tego dnia.

Kiedy R był na „wywiadzie” u swojej ciotki zadzwoniła do niego moja ciotka, roztrzęsiona z prośbą byśmy przyjechali i pomogli jej dostać się do szpitala, gdyż jej syn rzucił się pod tira… Zabrzmiało makabrycznie, ale na szczęście T nie odniósł żadnych obrażeń, bo kierowca widząc jego dziwne manewry na poboczu drogi (T jest niepełnosprawny i porusza się na specjalnym trzykołowym wózku) miał czuja; zwolnił i zaczął go wcześniej wymijać… A T chciał w ten sposób zrobić na złość matce, z którą wcześniej się pokłócił…

     Minęło parę dni a pewnego pięknego wieczoru dzwoni nasz bliski znajomy: „czy R może przyjechać do tej a do tej miejscowości, bo miałem wypadek…” Znajomy, jadąc na nasze tereny służbowo ze Śląska przysnął w czasie jazdy ze zmęczenia (jak mówił na sekundę) i wjechał w tył ciężarówki stojącej w korku… Znowu szczęście, że nic mu się nie stało…

     W końcu, dwa tygodnie temu rozbił się i R… nie, nic mu się nie stało – na szczęście, ale na moje nieszczęście auta już nie mam, czego przeboleć nie mogę chociaż coraz bliżej było mu już do pełnoletności i co raz, coś się w nim psuło. Żal mi go bardziej niż żal by było R, bo nie mam teraz czym jeździć, wszystkie sprawy załatwiam wolniej, przemieszczam się dłużej i jestem uzależniona od pogody, autobusów, biletów… I szkoda mi Młodego, bo musi sam tułać się półtora kilometra do szkoły z ciężkim plecakiem na plecach, a trzeba jeszcze będzie jeździć z nim na drugi koniec miasta na korektywę i podobnie wieczorami 2 x w tygodniu zawieźć do szkoły na karate a Małą na tańce a tu zaraz będzie ciemno, zimno i daleko i bez auta ciężko, więc jestem zła, zła i zła, bo nie stać mnie na nowy samochód (stary nadawał się już tylko do kasacji) a że nie miałam AC i do wypadku doszło z winy R to nawet z ubezpieczenia nic nie dostanę!

     I jeszcze do tego jak zwykle w związku z rozpoczęciem szkoły „kryzys wrześniowy”… nie, no zaczyna mnie dopadać jakaś deprecha, miałabym ochotę gdzieś uciec, wyjechać, oderwać się od wszystkiego – tak jak mama z siostrą, które wczoraj wróciły po 10 dniowym pobycie w Hiszpanii - odpocząć od problemów, od złych emocji, od ciągłej obecności w moim życiu R, od tej jego nachalności…

Ostatnio wykrzyczałam mu, że bez niego było mi o wiele lżej finansowo i psychicznie. Miałam mniejsze rachunki do płacenia a i atmosfera w domu pomimo wielu trudności była lepsza, nie było takiej nerwówki, więcej jakoś miałam na wszystko czasu, zdana tylko na siebie lepiej mogłam wszystko sobie zaplanować, stać mnie było też na więcej, chodziłam regularnie na siłownię a teraz nie mogę, bo opłaty pochłaniają większość mojego budżetu – on nic się nie dokłada twierdząc, że wystarczą alimenty, które de facto i tak płaci za niego państwo… Za dwa dni surprise – R daje mi karnet na siłownię… to ja nie mam już na chleb i muszę pożyczać a on kupuje karnet za stówę, którą gdzieś udało mu się zarobić (lub może tez pożyczyć)… Poza tym jak ja mam chodzić na siłkę jak nawet butów sportowych teraz nie mam, bo swoje stare adidasy zniszczyłam zakładając na budowę – nie stać mnie teraz na kupno nawet zwykłych tenisówek!

     Nie no R jest beznadziejny z tymi swoimi prezentami, nie pomyśli, nie zastanowi się przez chwilę tylko robi co mu akurat do głowy naleci… a może to mania? Ostatnio obserwuję go i widzę, że to całkiem ten sam R co był kiedyś, wbrew obietnicom wcale nie jest „innym człowiekiem”, zachowuje się tak samo jak dawniej. Kiedy wrócił, owszem widać było, że się „stara” ale teraz już nie, więc skoro swoje dawniejsze zachowania tłumaczył chorobą to może teraz ma jej nawrót, albo może ta cała jego choroba to jeden wielki kit?!

     Jakby nie było ostatnio jedna myśl zaprząta mój umysł – jak się uwolnić od niego? Wyobrażam sobie jak zabieram dzieci i wyprowadzam się zostawiając mu to całe mieszkanie, jak zaczynam wszystko od nowa…

Żeby tylko rzeczywistość była równie prosta jak sobie się zamarzy... Chociaż jeśli chodzi o mnie, niejednokrotnie już doświadczyłam, że marzenia się spełniają, tylko niekoniecznie dokładnie w takim kontekście jak byśmy tego oczekiwali, więc może kiedyś opuszczę ten dom, i odejdę, kto wie…

 



komentarze (11) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 040  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261040
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni