Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Złe wieści...

piątek, 15 sierpnia 2014 12:31

           Popłakałam się wczoraj… Doniesienia ze wschodniej Ukrainy są bardzo niepokojące. Wczoraj media donosiły o ostrzelaniu Doniecka, mama zadzwoniła więc do cioci, bo niepokoimy się o nich…

Ciocia była roztrzęsiona… Wprawdzie tam gdzie mieszkają walk jeszcze nie ma ale z daleka słychać wystrzały – „dziś jest spokojnie ale nie wiadomo co będzie jutro” - mówi…  „Strach wychodzić z domu, kto koniecznie nie musi ten nie wychodzi ale najgorzej jest w nocy, bo nie wiadomo, czy nagle nie trzeba będzie uciekać…” „Zaopatrzenie w sklepach ciągle jeszcze jest ale znowu nie wypłacono świadczeń emerytalnych i nie wiadomo na ile starczy pieniędzy…”  Ciocia płakała, boją się, nie wiedzą co robić, czy wyjeżdżać czy zostać i przeczekać? Będzie gorzej czy może konflikt niebawem zostanie zażegnany? Mają świadomość tego, że jeśli wyjadą i zostawią cały dobytek to już nie będą mieli do czego wracać…

               Najgorzej, że nie wiadomo jak im pomóc? Paczki, pieniędzy żadnych się nie wyśle, bo urzędy pocztowe nie działają – pomoc materialna i tak nie dojdzie! Radzimy im opuścić Donieck i pomimo nieposiadania paszportów, nie działania polskiego konsulatu, próbować przedostać się na zachód – w Rownem też jest rodzina, jeden z kuzynów działa nawet w regionalnym samorządzie i jeździ z konwojami  w rejon Dombasu, więc może byłby w stanie im pomóc - a stamtąd może się uda jakoś do nas przedostać? Ciotka jednak uważa, że w Polsce „takich jak oni” nie przyjmują (?!) a rodzina z Rownego z nimi się nie kontaktuje i ich „nie uważa”, bo oni mają inne poglądy polityczne, dlatego też oni sami również z nimi nie próbowali się kontaktować i prosić o pomoc!

Boże, co za pokręcone myślenie?! Przecież TO JEST RODZINA i w przypadku zagrożenia życia nie ważne są poglądy polityczne! Mama oświadczyła, że w poniedziałek pójdzie do Wydziału Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców dopytać się dokładnie co można zrobić żeby ich jak najszybciej ściągnąć do Polski (w końcu pochodzenie mają od strony ojca cioci polskie). Z kolei siostra osobiście skontaktowała się z kuzynem z Rowna – był zdziwiony, że oni jeszcze stamtąd nie wyjechali i obiecał, że jak najszybciej się z nimi skontaktuje…

                Martwimy się o nich wszystkich i boimy, by ten konflikt nie dotarł też do nas (jak straszą w mediach), bo gdzie my wtedy będziemy uciekać? Ale mam nadzieję, że wszystko będzie jednak dobrze…

 

Ps. z 19.08.2014 Materiał od lat 18+

 



komentarze (15) | dodaj komentarz

Burzowo

poniedziałek, 04 sierpnia 2014 15:14

      

DSC00502.JPG

 

    Nadciągała burza… Niebo od wschodu przybrało barwę pruskiego błękitu, silny wiatr poderwał w górę masy kurzu, wyginał drzewa, silny grzmot kilka razy odbił się echem…

- Chyba jednak nigdzie nie pojedziemy, zobacz jak błyska i wieje, o mało drzew nie powyrywa… A co jeśli w drodze złapie nas ulewa?

Młoda skrzywiła się i zaczęła jęczeć… Kolejny dzień siedzi w domu - za gorąco żeby wychodzić na podwórko. Grają z Młodym na PS w Minecrafta i wspólnie z innymi dzieciakami dostępnymi online budują miasto… Młody mógłby tak grać całymi dniami i wcale nie wychodzić z domu, ona jednak po pewnym czasie się nudzi… Męczy mnie więc od paru dni aby jechać nad wodę jednak ja muszę być codziennie u dziadka i nie bardzo mogę to czasowo pogodzić, dziecko jest wiec coraz bardziej rozczarowane swoimi wakacjami… Przed południem zagoniłam Młodego do nauki – zaczęliśmy Figury na płaszczyźnie: rodzaje kątów, ich miary; teoria i rozwiązywanie zadań. Nie wiem, czy to ze mnie jest taka dobra nauczycielka, czy Młody taki pojętny uczeń ale mimo niesprzyjającej do nauki aury wszystko ładnie kojarzy i rozwiązuje. Ale i tak się martwię czy zdążymy na czas przerobić cały materiał, bo po godzinie Młodego nauka zaczyna nużyć a wieczorem przestaje już cokolwiek kumać. Jeśli więc nie poświęcę mu czasu z rana to nie mam co liczyć na to, że z takim samym efektem zrobię to wieczorem. 

Kiedy już uporaliśmy się z kątami trzeba było zrobić obiad a potem, gdy temperatura zaczęła dochodzić do czterdziestki jazda blisko 10 km z dzieciakami rowerami nie wchodziła już w grę… Obiecałam więc Młodej, że wieczorem skoczymy sobie na basen, zapowiadało się jednak, że pogoda znów chce pokrzyżować nam plany...

Młoda mimo wszystko nalegała na wyjazd, więc aby już nie marnować czasu, póki jeszcze nie zaczęło padać szybko wyciągnęłam rowery z piwnicy. Na dworze zaczynało już delikatnie kropić, jechałyśmy więc ile sił w nogach, by umknąć przed burzą… I udało się. Dość intensywnie zaczęło padać gdy dotarłyśmy już niemal na miejsce, choć na zachodzie wciąż świeciło słońce, nie trzeba więc było długo czekać, by ciemne niebo za naszymi plecami rozświetliła tęcza…

Na basenie ku mojemu zdziwieniu pustki. Mimo, że pora sprzyjająca na tego typu relaks oprócz nas było raptem jeszcze 2 panów. Basen czynny od 8 do 21 a ludzi jak na lekarstwo. Jak mówi pani z portierni na tygodniu przychodzi więcej osób, w weekendy dużo wyjeżdża za miasto a dziś może dodatkowo co niektórzy wystraszyli się burzy?... Ja jednak myślę, że problem leży gdzie indziej. Biorąc pod uwagę, że razem z Młodą zapłaciliśmy za bilet wstępu 15 zł (ja normalny ona ulgowy) regularne wyjście na basen może być dla niektórych sporym wydatkiem. A jeśli jeszcze ktoś chciałby przyjść z całą rodziną, a miał kilkoro dzieci? Nie rozumiem tego, zamiast w wakacje obniżyć ceny, zamiast jakieś karnety przygotować, zniżki rodzinne żeby ludzi przyciągnąć to aby im się opłacało utrzymanie pływalni potrafią tylko podnosić ceny za wejściówki… W naszym mieście od paru lat głośno się mówi o planach budowy aquaparku ze strefą spa i wellness za jakieś bardzo ciężkie pieniądze (częściowo finansowane z Unii) a ja ciekawa jestem kto tam będzie przychodzić jak teraz jeden z dwóch basenów (drugi i tak jest „wiecznie” w remoncie) na 70 tys. mieszkańców świeci pustkami?… Z drugiej strony, jak dla mnie, gdy pusto to bardziej przyjemnie i w przebieralni też bardziej komfortowo.

Burza jak się okazało narobiła hałasu i tylko wszystkich nastraszyła, nawet porządnie nie popadało ale powietrze gdy wyszłyśmy zrobiło się już lżejsze. W drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze do dziadka. Musiałam na wieczór nakarmić Reksa. Akurat mama wychodziła z domu z garnkiem, w którym wczoraj przygotowałam mu zapas karmy na dzisiaj, niestety zapomniała wziąć jedzenie dla kotów a gdy wyszła dziadek zaraz za nią zamknął już drzwi „na noc”, bo chociaż na dworze jeszcze jasno dziadek chodzi spać „z kurami”… Trudno, pies chcąc nie chcąc musiał się podzielić michą z kotami.

Z dziadkiem ostatnio coraz ciężej w ogóle jest mi dojść do porozumienia. Im starszy tym bardziej zrobił się niecierpliwy, tym bardziej skąpy… W tym tygodniu jeździłam z nim do dentysty. Było powiedziane, że ma wyznaczoną wizytę na 14.00 jednak po 12.00 był już gotowy do wyjazdu, wyszedł z domu, wszystko pozamykał i uparł się, by już jechać… Zamówiłam więc taksówkę i pojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że doktor między 12 a 14 ma przerwę… no i czekaliśmy do 14.00 a dziadek co raz zemścił, że już mu obrzydło to czekanie i wobec tego on chce wracać do domu…

Gdy zaszła potrzeba wyremontowania elewacji domu dopiero po tygodniu pertraktacji udało się wyciągnąć od niego kasę na materiały, bo przecież „jemu już nic nie trzeba”…

Mało tego. Widzę, że kończy mu się zapas jedzenia w lodówce więc wychodzę z propozycją, że zrobię mu zakupy i potrzebuję na to z 50 zł. Dziadek swoje: „mi wystarczy to co jest”  

- Ale o to chodzi, że tam już NIC nie ma – mówię… No i co mam z tym robić? Jak mam czas to zawsze przygotuję mu coś do jedzenia na miejscu albo przynoszę z domu, tak samo mama, ale oprócz tego musi przecież mieć coś w lodówce, nawet żeby mieć na śniadanie zanim do niego przyjdę! Tak samo zabieram pranie do domu; płacę za prąd, wodę, proszek  - dziadek nie kwapi się, aby się do tego dorzucić, bo przecież ostatecznie nie muszę tego brać, „on może sobie sam wszystko przepłukać… w zwykłej wodzie”

Kocham mojego dziadka, szanuję i mam do niego mnóstwo cierpliwości. Kiedyś często jeździliśmy razem po trawę i siano dla konia i przy okazji bardzo dużo rozmawialiśmy, miałam z nim zawsze lepszy kontakt niż z własnym ojcem… Nie powiem, nigdy nie był rozrzutny, ale gdy żyła jeszcze babcia umiała na niego odpowiednio wpłynąć i gdy miałam problemy finansowe niejednokrotnie mi pomógł wyjść z opresji ale teraz szkoda mu pieniędzy nawet na własne wydatki i czasami brak mi już do niego cierpliwości. Gdybym sama miała na tyle dużo, to bym mu te zakupy regularnie robiła z własnej kieszeni i nic nie mówiła ale moje dochody nie są zbyt wielkie i mam jeszcze na utrzymaniu dzieci… Gdyby on też sam nie miał, ale przecież ma i to dość sporą rentę, więc tak naprawdę stać go i na zakupy i na większy remont i jeszcze by zostało! Nie rozumiem po co on gdzieś składa te pieniądze? Na co zbiera?!

W sobotę to już miarka się przebrała. Siostra chciała na kolację usmażyć naleśników. Przygotowała ciasto… i gaz się skończył. Oznajmiam dziadkowi, że trzeba gaz zamówić – „To zamawiajcie”, - Ale nie mamy pieniędzy… - Ja też nie mam, jak wam trzeba to zamawiajcie i płaćcie, jak mi trzeba będzie to sobie w piecu napalę, wy też możecie

No więc pomimo upału na zewnątrz i pomimo, że zaraz wieczór będzie i normalnie o tej porze to w kuchni już się wszystko na noc wygasza, rozpalamy a przy okazji jeszcze zadymiamy całą kuchnię, bo coś nam to rozpalanie wcale tak łatwo nie idzie. Szlag by to trafił! Ciekawa jestem jak sobie dziadek jutro przygrzeje pierogów, które przyniosłam, by miał na rano? Trudno, będzie je jadł zimne… albo podgrzeje dopiero gdy „rozpali w piecu”! Ostatecznie, gdy kończymy smażyć te nieszczęsne naleśniki zastaje nas późny wieczór i dziadek już śpi, nie załapując się na kolację a do domu wracam w nocy, gdzie czeka na mnie sam i głodny Młody…

     Przedwczoraj ogólnie zaniepokoiło mnie też zachowanie dziadka – nie wiem już, czy on tak na starość dziwaczeje, czy to upał na niego wpływa ale chwilami mówił tak, jakby nie bardzo wiedział co się wokół niego dzieje…

        Po miesiącu udało nam się w końcu ponownie umówić na video rozmowę przez skayp’a z ciocią z Doniecka (bratanica dziadka). Siostra specjalnie zabrała laptopa do dziadka by mógł sobie z nią również porozmawiać. Fajnie było móc znowu się z nimi zobaczyć, na szczęście są cali i zdrowi, chociaż sytuacja u nich nieciekawa... Ciocia z mężem i z jednym z synów od paru lat mieszka w Makijewce – 16 km dalej (to jakby oddzielne miasteczko czy dalsza dzielnica Doniecka?) w Doniecku nadal mieszka jej starszy syn z rodziną ale na szczęście u nich też wszystko w porządku i wczoraj również przyjechali żeby się z nami wszyscy zobaczyć i porozmawiać…  W Makijewce jak na razie był spokój. Ostatnio jednak i tutaj dotarła wojna i od czasu do czasu słychać strzały... Jak ciocia opowiadała, dzielnica w której mieszkała jej znajoma, u której tez swego czasu gościli moi rodzice została ostrzelana (czy zbombardowana)! Miasto się wyludniło, kto gdzie mógł to wyjechał, na ulicach pustki, nikt nie wychodzi z domu jeśli nie musi… Przez jakiś czas byli odcięci od Internetu, przestała nadawać ukraińska telewizja, jest tylko rosyjska… Nie działają urzędy państwowe, nie ma policji… Był problem z wypłatami świadczeń emerytalnych ale teraz już jest OK… Ludzie się boją ale mają nadzieję, że ten konflikt niebawem się skończy ale jak to dalej będzie tego naprawdę nie wiadomo, skoro – jak mówił nam inny kuzyn, mieszkający na zachodzie Ukrainy, zajmujący się polityką – na Ukrainie jest powszechna mobilizacja i wszystkie wojska kierowane są na wschód … Mama wyszła z propozycją, by przyjechali do nas jednak ze względu na to, iż w ich rejonie nie działają urzędy, nie mają teraz możliwości wyrobienia nawet paszportów ani wiz…

        Gdy skończyliśmy rozmawiać, dziadek zaczął pytać gdzie są goście? Czy może trzeba ich „poczęstować kielichem”? Czy już pojechali? Czy samolotem do siebie wrócili?

– Co on gada? – zastanawiałam się. Czy on myśli, że oni byli tutaj naprawdę? O co mu chodzi?

Trudno się z nim dogadać…

 

Gdy wróciłam do domu R gdzieś wybył na całą noc. Wrócił rano, znów pojechał do pracy a gdy wpadł na moment do domu zapowiedział, że dostał dwa dni wolnego i wyjeżdża ale im mniej wiem tym lepiej… Niedawno przez parę dni był nie do zniesienia. Ponoć zgubił 1000zł, które miał przeznaczone na zapłacenie faktury. Wpadł w panikę, bał się, że gdy rodzice się o tym dowiedzą to mu nie uwierzą tylko oskarżą o kradzież… Kombinował więc skąd by tu pożyczyć taką kasę albo chociaż część, bo póki co nie mógł podjąć odsetek ze swojej lokaty.... Pierwsze kroki skierował do mojego dziadka ale ten oczywiście mu odmówił, liczył więc na to, że ja przekonam jakoś dziadka, żeby mu pożyczył ale ja nawet nie miałam zamiaru tego robić, bo wiedziałam, że i tak nic z tego nie będzie. Chciał więc żebym napierała na niego, by oddał mu za okno, które dla niego kupił ale dziadek powiedział, że nowe okno mu jest niepotrzebne więc złapał focha na dziadka i na mnie, że do niego chodzę… Potem z kolei zaczął mi wypominać, że pożyczyłam pieniądze siostrze i chciał, abym zmusiła ją by mi je natychmiast oddała… albo bym wypłaciła w bankomacie kasę, którą mam na karcie kredytowej na co nie chciałam przystać… Próbował więc mnie „zastraszyć” tym, że następnego dnia na pewno „wypierdolą go ze sklepu”… A mi jakoś trudno było uwierzyć w to, że mu jakimś dziwnym trafem w sklepie zginęła taka suma z kieszeni i w to, że „go wypierdolą” – może na parę dni ale kto niby inny miałby tam robić „za murzyna”? Nie kwapiłam się też do pomagania mu w biedzie za jego zachowanie wobec mojej osoby, za to fukanie, krzyki, wydzieranie się na dzieci… Ostatecznie też niech mu jego przyjaciółki pomagają skoro są takie bogate, żeby mu fundować wyjazd na Teneryfę o której ostatnio tyle gadał…

R znalazł jednak rozwiązanie. Ponoć część pieniędzy pożyczył z Apteki (nawzajem z aptekarką ciągle od siebie pożyczają i oddają jak któreś „przypili”) a część dołożył z niezapłaconej innej faktury. Jednak jego matka dowiedziała się, że zapłacił za fakturę nie w terminie i wtedy rozpętało się piekło… R oczywiście przyznał się, że zgubił kasę ale teściowa tak jak przewidział mu nie uwierzyła i dopiero gdy „przesłuchali” aptekarkę to dali wiarę w jego wersje i się uspokoili. Następnego dnia jednak matka R objechała z nim wszystkie hurtownie, by sprawdzić, czy za ich plecami R nie robi tam jakichś długów, na szczęście okazało się, że wszystko jest porozliczane na czysto.  Sprawa więc została zażegnana i do naszego domu też wrócił spokój…

 

      Wczoraj wieczorem jak już mamy w zwyczaju znowu z siostrą zrobiłyśmy sobie rundkę przed zaśnięciem. Bieganie działa na mnie odprężająco… Po upalnym dniu noc jest idealna… Cisza, spokój, ludzi niewiele na ulicach… Dziś padł nasz rekord, pierwszy raz odkąd zaczęłyśmy biegać udało nam się bez odpoczynku przebiec 2 x po kilometrze (nie forsujemy się niepotrzebnie i ile damy rady biegniemy a potem maszerujemy i tak na przemian a dziś pełny kilometr bez zadyszki i przerwy na marsz). Razem zrobiłyśmy 4 kilometry…

Jednak biegając tak, w poczuciu bezpieczeństwa, po spokojnym, cichym mieście myślami byłyśmy ponad 1200 km stąd…

               



komentarze (5) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 025  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261025
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni