Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

­Są rzeczy, w które trze­ba wie­rzyć, by je zobaczyć.

czwartek, 29 sierpnia 2013 4:22

 Nie wiem o której dzisiaj pójdę spać… Jestem załamana, aż mnie ściska w środku z nerwów, bo… zniknął mi cały folder ze zdjęciami z tego roku! Pieprzona Picasa!! Chciałam zgrać koleżance Młodej fotki na płytę i zrobić z tego filmik przy pomocy tego programu. Wszystko szło dobrze ale coś zaczęłam porządkować foldery i sama nie wiem jak i w którym momencie  kliknęłam (chyba) na jakieś zdjęcie (czy może cały folder) i usunęłam z programu Picasa i stał się cud bo nie tylko to konkretne zdjęcie mi zniknęło z programu ale cały folder nadrzędny w którym się znajdowało i nie tylko z programu ale całkiem z dysku! I nie ma go w koszu, nigdzie q..wa nie ma! Niech to szlag!

Szukam pomocy i czytam, że „Usunięcie zdjęć i folderów w programie Picasa powoduje też ich usunięcie z dysku twardego komputera” – no rzesz @@#@ mać! I co, i że nie do odzyskania ?!

Nic, próbuję jeszcze programem Recuva przeskanować kompa ale to już trwa ponad 2 godziny, nie wiem ile jeszcze przede mną… Na szczęście część zdjęć ciągle mam jeszcze na aparacie ale część musiałam już pousuwać, bo karta mi się zapychała, łącznie z tymi co dzisiaj robiłam – po jakiego cholera groma ja je dziś po ściągnięciu skasowałam (?!) ale mam nadzieję, że jak potraktuję Recuvą kartę pamięci aparatu to je również odzyskam… Ale to tylko po raz kolejny nauczka dla mnie, żeby nie odkładać zrobienia rzeczy ważnych na później, bo już od dawna sobie nakazałam zgrywanie na bieżąco zdjęć na płyty i co? I nic! Od roku nic nie zgrałam więc teraz mam za swoje! To samo sobie mówię odnośnie bloga „Muszę pozgrywać sobie moje wpisy, przecież to mój pamiętnik i szkoda by było żeby w wyniku jakiejś awarii na wp wszystko miał szlag trafić” i też jakoś nie mam czasu tego sukcesywnie robić aczkolwiek tutaj jest trochę lepiej, bo najpierw piszę „na brudno” w wordzie a potem to wklejam, więc moje „brudnopisy” mam (chociaż też nie kompletne)…

Tak czy siak, ze względu na to, że spać nie pójdę puki utraconych plików nie odzyskam, aby czasu nie marnować, a przy okazji by się odstresować, tworzę nowy wpis na bloga. Wpis do którego uczynienia już się dawno przymierzałam ale na którego czasu (i chęci) mi brakowało.

 

Wakacje się kończą, wyprawki dla dzieciaków już zakupione, zostało mi kupić tylko buty dla Młodego. Jak podliczyłam, do tej pory na książki i przybory szkolne poszło przeszło 700zł. Nie wiem jak bym sobie z tym poradziła sama bez R…

         Mieliśmy w planach z początkiem sierpnia, wspólnie z siostrą oraz moimi i jej latoroślami, rodzinny wyjazd nad morze, tylko na weekend, przy okazji Triatlonu Gdynia ale ostatecznie plany ze względów finansowych się pokrzyżowały i nic z tego nie wyszło… Szkoda, bo już się cieszyłam, że dzieciaki zobaczą morze…Nie wyszła Gdynia więc wymyśliłam, że pojedziemy pod koniec miesiąca do Radomia na Air Show. R zobowiązał się załatwić sobie wolne i pożyczyć samochód od kolegi lecz w przeddzień wyjazdu coś mu naszło, że bardziej opłaca się kupić mi kurtkę skórzaną niż wydawać tę kasę na podróż…  I tym sposobem nigdzie nie wyjechaliśmy. Praktycznie całe wakacje spędziliśmy w mieście i okolicy. Jestem tym trochę zawiedziona chociaż kurtka mi się oczywiście podoba i doceniam gest R ale szkoda mi tego wyjazdu szczególnie ze względu na dzieci…

To, że nigdzie nie wyjechaliśmy nie oznacza jednak, że się nudziliśmy i było nam smutno. Ostatnie tygodnie spędzaliśmy bardzo intensywnie dostarczając sobie różnych atrakcji. W połowie miesiąca, w Tygodniu Perseid, wspólnie z R i siostrą czatowaliśmy nocą na kopalni na „spadające gwiazdy”. W zasadzie guzik wyszła nam obserwacja nieba, bo zabraliśmy ze sobą butelkę wina która tak skutecznie nas rozpraszała, że pod jej wpływem zamiast patrzeć w skupieniu w górę zaczęliśmy się wygłupiać i robić sobie durne focie. W końcu gdzieś ok. północy R zaczął wycofywać się do domu. Chociaż w przypadku ataku wilkołaków, wampirów, zombie czy jakiegoś degenerata w ludzkiej skórze z R jako bodyguarda pożytku i tak byśmy nie miały, nie miałyśmy odwagi pozostawać same wśród krzaków, na pustkowiu, ruszyłyśmy więc za nim. Tego dnia pomimo, że było to maksimum, „spadających gwiazd” oglądać nie było nam dane, jednak dwa dni później wystarczyło, że o północy wyszłam przed blok, a potem również stojąc na balkonie, meteory spadały tak szybko i w tak krótkich odstępach jeden po drugim, że straciłam rachubę w liczeniu i nawet nie zdążyłam pomyśleć sobie życzenia…

 

DSC01375_1.JPG

 

DSC01378.JPG

 

DSC01450_1.JPG

 

Organizowaliśmy sobie też wycieczki rowerowe i zachęceni reklamą, jaką zrobiła na facebooku temu miejscu pani Gesler, zaczęliśmy odwiedzać położone przy bulwarze spacerowo -rowerowym gospodarstwo rybackie. Dziwne, że tak często przejeżdżaliśmy obok i nigdy tam nie wstąpiliśmy. Okazało się, że to naprawdę zgodnie z reklamą cudowne miejsce! Gospodarstwo zajmuje się hodowlą Karpia i Pstrąga. Na jego terenie znajduje się łowisko oraz nieduży bar, w którym podaje się ryby z własnej hodowli. Można je zamówić surowe, wędzone i z patelni. W sezonie letnim stoliki są wystawione na świeżym powietrzu, na molo, pod baldachimami z winorośli, w namiotach ogrodowych – na całym terenie gospodarstwa. Jest też możliwość zorganizowania imprezy integracyjnej lub okolicznościowej przy grillu, ognisku. Można przyjechać aby smacznie zjeść, odpocząć, powylegiwać się na leżakach w ciszy i spokoju albo samemu złowić sobie rybę. Dla dzieciaków to istny raj z placem zabaw, trampoliną i innymi atrakcjami, moich nie mogłam stamtąd wyciągnąć.

 

 

DSC01643.JPG

 

DSC01677.JPG

 

DSC01720.JPG

 

DSC01813.JPG

 

DSC01869.JPG

 

DSC_1225.jpg

 

DSC_1202.jpg

 

DSC01946.JPG

 

Tak jak zaplanowałam zawieźliśmy też Młodą do stajni… i złapała bakcyla! Zapisaliśmy więc ją na jazdę konną. Stadnina jest nieduża, pięknie położona. Właściciele prowadzą pensjonat oraz własną hodowlę koni małopolskich i kucy a oprócz tego naukę jazdy konnej. Młoda jeździ razem z koleżanką, dwa razy w tygodniu i widać, że robią z lekcji na lekcję postępy. Ostatnio jeździły już same, bez lonży. Dziewczyny nie tylko jeżdżą konno ale biorą też czynny udział w oporządzaniu konia przed jazdą, instruktorka przekazuje im również wiele informacji dotyczących zachowania i charakteru koni.

 

konie Tesa.jpg

 

DSC02268.JPG

 

DSC02320.JPG

 

konie Tesa 2.jpg

 

DSC02347_1.JPG

 

I tak wybiła godzina 4:00 i stał się cud! Odzyskałam swoje zdjęcia i jestem przeszczęśliwa! Nie wiem czy wszystkie, bo dużo tego jest, przeszło 3 tysiące więc część na pewno się dubluje ale nie mam siły teraz sprawdzać, bo  chce mi się już spać…

Na koniec jeszcze tylko jedno…  Siostra pokazała mi sztuczkę… Przywiązała spinacz biurowy do nitki i kazała mi go trzymać nad otwartą dłonią i myśleć… Miałam myślami wprowadzić nieruchomo zwisający spinacz do określonych ruchów – w ruch wahadłowy w bok, w przód bądź żeby robił kółka… i to działa! Mój spinacz robił dokładnie to co mu kazałam pomimo tego, ze nie poruszałam ręką która trzymała go na nici! Cóż miało oznaczać to doświadczenie? Ano to, że skoro spinacz robi to co mu każę to znaczy, że mogę mieć wpływ również na inne rzeczy. Wystarczy tylko, uwierzyć w swoja moc…

Na koniec więc film wart obejrzenia dla wszystkich. Trochę długi ale myślę, że po obejrzeniu każdy powinien skłonić się do refleksji czy faktycznie autorzy nie mają racji? Czy tak nie jest, bo ja analizując moje życie mogę powiedzieć, że faktycznie tak jest…

 

 

 

 



komentarze (13) | dodaj komentarz

Z każdej sytuacji są jakieś wyjścia. Szkoda, że czasem wszystkie są do d*py.

czwartek, 08 sierpnia 2013 2:16

DSC00914.JPG

Od dłuższego już czasu nachodzą mnie myśli żeby zamknąć bloga… Odkąd R wrócił do mojego życia pisanie straciło dla mnie sens. Wcześniej było dla mnie jakąś formą terapii, miałam potrzebę przelewania swoich myśli, uczuć, zapisu „chwili”, by to wszystko gdzieś nie uleciało w zapomnienie i traktowałam jak pamiętnik… Dziwny pamiętnik, bo z jednej strony niby ogólnie dostępny i „otwarty” na wszelakie komentarze a z drugiej – jak w przypadku zwykłego „zeszytowego” pamiętnika – nie miałam ochoty, by wszystkie moje przemyślenia i „przygody” były znane tym, którzy są fizycznie blisko mnie… Gdy R zaczął również śledzić moje wypociny siłą rzeczy wcześniejsze założenia przestały mieć rację bytu.  Chociaż panuje przekonanie, że będąc w związku nie powinno się mieć przed sobą żadnych tajemnic  to prawda jest taka, że zbytnia otwartość też niczemu nie służy  a przynajmniej w sytuacji, gdy dany związek do idealnych nie należy jak to jest w naszym przypadku… Już widzę minę R gdy to czyta, grymas malujący się na czole i oburzenie w oczach – „Jakie więc masz tajemnice przede mną?” – zapewne spyta -„Jesteś moją żoną i powinienem znać twoje myśli, uczucia, fantazje… wszystko powinienem o tobie widzieć…”  Tak, bo dla R ciągle jestem żoną – jego własnością, pomimo, że jesteśmy przecież od ponad roku oficjalnie w separacji… Tylko co to w rzeczywistości za separacja jeśli ja coraz bardziej zaczynam być od niego zależna i zaczynam się zastanawiać w ogóle nad sensem całego tego rozwodu, którego rozprawa zbliża się coraz bliżej… Czasami dochodzę do wniosku, że całe to moje życie z nim to jedna wielka farsa, cokolwiek bym nie zrobiła w żaden sposób życia sobie nie poprawię… R oczywiście to widzi, sam również wielokrotnie przecież powtarzał „Zastanów się czy dobrze robisz, gdy będziesz ze mną nie pożałujesz…” a z drugiej strony wypomina gdy nie chcę przyjść do jego łóżka - „Myślisz tylko o sobie, traktujesz mnie jak skarbonkę, tylko do tego jestem ci potrzebny…” Do tej pory temu zaprzeczałam, czułam się w jakimś stopniu pomimo wszystko od niego niezależna lecz w chwili obecnej widzę jak słowa R już „stają się ciałem”... bo znalazłam się w d*pie. Odkąd zostałam bez świadczenia pielęgnacyjnego moje dochody poważnie uszczuplały, nie wystarcza ich już nawet na podstawowe comiesięczne opłaty związane z utrzymaniem mieszkania, wcześniej też nie było kolorowo ale zawsze przynajmniej ciut zostawało, co oczywiście „na życie” normalnie nikomu by nie wystarczyło ale gdy (z pomocą najbliższych) sobie „dorobiłam” mogłam z dzieciakami żyć na przyzwoitym poziomie nawet gdy nie było jeszcze z nami R. A teraz d*pa, d*pa, d*pa… Teraz będziemy już zupełnie zależni od niego!

Nie wiem co robić… Mam szukać pracy? Rejestrować się w PUP? Zostaję bez ubezpieczenia więc wypadałoby się zarejestrować ale z drugiej strony rejestrując się w PUP „jestem gotowa do podjęcia pracy” a przecież nie jestem! Rozmawiałam z mamą ale ona nie potrafi nic mi poradzić, sama też nie daje rady wszystkiego ogarnąć: na głowie dom, zmaganie się z własną chorobą, ojciec po udarze i spłata kredytów a co za tym idzie konieczność aktywności zawodowej – to zbyt wiele obowiązków aby jeszcze wystarczyło czasu na zajęcie się dziadkiem i jego domem… A jeśli udało by mi się jednak znaleźć pracę? Pamiętam jak to było gdy pracowałam „nie u siebie”; pobudka 6:00 - toaleta, zbieram się; 6:30 - zbieranie dzieci, szybkie śniadanie, szybkie siku z psem; 7:00 odwożenie dzieciaków do szkoły, przedszkola, by na 7:30 zdążyć do pracy (dobrze, że miałam jeszcze samochód ale i tak często lądowałam „na dywaniku” u dyrektora z powodu spóźnień); 15:30 koniec pracy, odbiór dzieci ze szkolnej świetlicy a drugiego od rodziców i ok. 16:30 powrót do domu; spacer z psem, czas na „ogarnięcie się”, gotowanie, pranie, zajęcia domowe i 18:00-19:00 odrabianie lekcji, kolacja, kąpanie dzieciaków, potem ewentualnie jakiś film, prasowanie, spanie… a kiedy czas na „doglądanie dziadka”? Kiedy pracowałam bywało, że tydzień tam nie zaglądałam, dopiero w sobotę miałam czas żeby w czymś pomóc, zrobić generalne porządki, zabrać pranie… ale wtedy żyła jeszcze babcia, dziadek nie był sam i o kilka lat był młodszy, zdrowszy, sprawniejszy... Teraz, po udarze wymaga jeszcze większej uwagi i pomocy z naszej strony a tylko ja w tej chwili jestem na tyle dyspozycyjna, by się odpowiednio tym zająć, a z nadejściem jesieni i zimy pomoc ta jest szczególnie potrzebna, dodatkowo ze względu na to, że dziadek nie ma w domu c.o., wc, no i jeszcze to poczucie osamotnienia na starość… Więc jak iść do pracy, nawet jeśliby ta praca była? A może faktycznie po prostu zatrudnić się u kogoś po znajomości i po kilku tygodniach zwolnić, a następnie złożyć ponownie wniosek o SZO do MOPR-u jak to czytałam, że niektórzy kombinują? Wszystko wróciłoby wówczas do normy…

Na razie jednak masę czasu zajęło mi składanie wniosków a następnie pisanie odwołań, wertowanie tych wszystkich przepisów prawnych, wyroków sądowych itp. co jednak z góry wiem, że na niewiele się zda, bo „nawet jeśli TK przychyli się do wniosku RPO i uzna niekonstytucyjność ustawy pozbawiającej praw obecnych opiekunów osób niepełnosprawnych do świadczenia pielęgnacyjnego to opiekunowie  będą musieli czekać na przepisy wykonawcze rządu dostosowujące się do orzeczenia TK (które może być za rok, dwa, trzy…) bądź wystąpić z pozwami cywilnymi przeciwko Skarbowi Państwa! Co z tego że będzie wyrok TK jeśli dawno będziemy bez prawa do ŚP i decyzji wygaszających? W jaki sposób to prawo Nam ma zostać przywrócone? Zostało przecież odebrane bez decyzji a z mocy samej ustawy więc? Więc jesteśmy i tak, i tak udupieni” – jak to wytłumaczył mi jeden pan, również pozbawiony świadczenia… Na początku zeszłego tygodnia z tego wszystkiego wylądowałam na pogotowiu. Męczyłam przez pół dnia pisanie odwołania i nie wiem, z nerwów, ze zmęczenia wywołanego wielogodzinnym wpatrywaniem się w ekran monitora, czy może z upału, czy w wyniku wzrostu ciśnienia dostałam na wieczór ataku migreny… Wzięłam w końcu tabletkę i  zdrzemnęłam się na chwilę, nic to jednak nie pomagało, ogromny ból wręcz rozrywał mi głowę. W dodatku Młody czepił się sklejać model statku i nie wiem już czy to przez zapach tego kleju czy z powodu bólu głowy zaczęło brać mnie na wymioty, zrobiłam się sino blada, zaczęły mi drżeć ręce, coś dusić w okolicy serca… R zapakował mnie więc w samochód i zawiózł na pogotowie. Na wpół przytomna poszłam się zarejestrować a tam surprise – wbrew zapewnień pań z MOPR-u, że moje ubezpieczenie obowiązuje jeszcze przez kolejny miesiąc od chwili wygaśnięcia świadczenia, okazało się, że JESTEM NIEUBEZPIECZONA! Na szczęście lekarz przyjął mnie bez problemu, zbadał, zadawał jakieś pytania na które odpowiadałam od rzeczy, pozaglądał i poświecił w oczy i na koniec zaprowadził do zabiegowego na zastrzyk przeciwbólowy, po którym musiałam jeszcze zostać na poczekalni przez godzinę… Na odchodne panie z recepcji kazały mi się koniecznie zarejestrować w PUP, by uzyskać prawo do ubezpieczenia, bo w takich sytuacjach jak ta, pomocy ambulatoryjnej udzielono mi bezpłatnie ale wypadki chodzą po ludziach…

No tak, brak ubezpieczenia to kłopot, chociaż z drugiej strony byłam już kilka razy w tym roku w takich sytuacjach, że mówiłam „na *uj płacić składki na ubezpieczenie jak nie można się dostać do specjalisty ani skorzystać z pomocy w razie nagłego wypadku?!”. A zeszły miesiąc w ogóle mogę podsumować jako miesiąc kontuzji i znowu na własnej skórze przekonałam się jak ta doraźna pomoc w takich przypadkach wygląda…

Jednego pięknego przedpołudnia wybrałam się np. z dzieciakami rowerami nad wodę. Pojechaliśmy trasą pozwalającą nam uniknąć sąsiedztwa ruchu ulicznego, „na skróty”, biegnącą przy torach, to jakimiś terebejami, to zarastającymi ścieżkami…  Młody co raz powodował „kraksy” gdy jadąc przodem wąska ścieżką znienacka hamował powodując, że kilkakrotnie wjeżdżałam w niego a Młoda z tyłu przywalała w mój rower co skutkowało tym, że doznawałam nieprzyjemnych urazów od wewnętrznej strony ud w wyniku uderzeń o ramę roweru. No ale nic, siniaki powstające u mnie od jazdy rowerem to już norma, nie przewidziałam tylko jednego… Wjeżdżamy z rozpędem na drogę pod górkę, jedziemy oczywiście „całą ulicą”, bo pusto ale za nami pojawia się jakieś auto wyjeżdżające od pobliskich garaży… Wołam „zjeżdżać na bok, samochód…”  i ustępuję tuż przed sobą miejsca Młodej co powoduje, że muszę zwolnić a w końcu nawet stanąć na chwilę, by w nią nie wjechać… Przepuszczam mijający nas samochód, siadam z powrotem na rower, ruszam… a tu nic! Zapomniałam, że ruszam pod górę ale nie miałam wcześniej zredukowanych przerzutek więc pedały mam zbyt mocno obciążone i rower mi staje! W jednej chwili przekręciłam kierownicą w bok, prawa noga osunęła mi się z pedału, tracę równowagę i robiąc obrót wokół własnej osi lecę jak długa na drogę… Wszystko widzę jak na zwolnionym filmie… Padam na kolana, wyciągam przed siebie dłonie i szuram nimi o szosę… Widzę jak zdziera mi się na nadgarstku płat skóry a drobne kamyczki, żużel wbiją głęboko w skórę… W jednej chwili leżę a pomiędzy moimi nogami rower…  @%@! Wstaję, czuję przenikliwy ból, wołam dzieciaki, które pojechały już daleko przodem… Najważniejsze to nie panikować i opanować doskwierający ból. Zostawiam leżący rower i chodzę po drodze głęboko oddychając. Wołam Młodego, by postawił mój rower, podał wodę, wyjął z torby chusteczki ale widać, że jest w szoku, przeraził się moim wyglądem – kolana czarne, pozdzierane, zakrwawione, różowe mięcho na dłoni, zadrapania i poobijania na nogach… Młoda z kolei nie może opanować śmiechu : „Mamo, nie obraź się, że się śmieję ale to komicznie wyglądało, obracam się i widzę tylko twój tyłek w górze…” Komiczne jest przede wszystkim to, że ja stara baba wywaliłam się na rowerze i teraz będę chodziła ze strupami na kolanach jak dziecko… Tymczasem przemywam rany co z większego zabraną ze sobą wodą, osuszam z lekka chusteczkami, robię sobie z nich prowizoryczny opatrunek na dłoni -bo przecież gdzież bym pomyślała wcześniej, żeby w drogę, na rower zabierać ze sobą jakieś opatrunki czy apteczkę - i… jedziemy dalej, no bo co robić? Jesteśmy w połowie drogi nad wodę, wracać się do domu – za daleko, po R nie zadzwonię, bo wyjechał na weekend do Wrocławia, mama z tatem są gdzieś za miastem na pomiarach a jadąc dalej po drodze będę miała aptekę, szpital… W drodze myślę sobie - „ pojadę na SOR, może mnie przyjmą, może trzeba oczyścić rany z żużlu, zrobić zastrzyk od tężca…” Pani z recepcji przyjmuje moje zgłoszenie, ogląda mnie, idzie zgłosić „wypadek” lekarzowi, wprowadza moje dane „do systemu” i każe zająć miejsce na poczekalni… Pytam, czy długo będę czekać, bo jeśli tak to może pójdę jednak i kupię sobie coś w aptece… ale pani mówi, że to potrwa „pół godziny, góra z godzinę…” Ok, w sumie boli mnie wszystko, ręce i nogi same drżą, poczekam więc, odpocznę trochę… Mija godzina, następne pół a lekarza nie ma, w końcu pani z recepcji też wybyła i nawet przywoływanie jej dzwonkiem przez kolejnych pacjentów nic nie daje a dzieciaki coraz bardziej się nudzą i marudzą, że wycieczka nam się nie udała… Nikt się mną nie interesuje, nie ma kogo poprosić nawet o kawałek gazy czy jakiegoś opatrunku a rany ciągle mi krwawią. Chusteczki już się kończą a w łazience nie ma nawet papieru, nie mogę się umyć, bo czym się powycieram! Mam w końcu dość tego czekania, w sumie czuję się już lepiej, odpoczęłam więc postanawiam iść jednak do apteki i sama się opatrzyć, bez niczyjej łaski! Kupuję wodę utlenioną, opatrunki, bandaże, dostaję od aptekarki „gratis” chusteczki i idę do łazienki… Następnie siadamy na rowery i jedziemy dalej. Cholera tyle czasu straciłam! Jednak dzieciaki nadrabiają to wszystko przez kolejne dwie godziny chlapiąc się w wodzie.

Z powrotem znowu robię im wycieczkę objazdami przez wsie, łąki by „na skróty” dojechać do dziadka. A po drodze o mało nie padam ofiarą oszalałego psa, który wylegując się przy jakiejś posesji postanowił przepuścić Młodego, Młodą ale ode mnie już pobrać haracz w postaci obgryzionego kawałka nogi! Szlag! Wpadłam w panikę, zeskoczyłam z roweru i zaczęłam piszczeć! Panikuję w takich sytuacjach, bo kiedyś jako dziecko, również gdy jechałam rowerem, zostałam już pogryziona przez psa, pozostał mi zatem uraz do końca życia… Psu widać zależało na tym, by mnie pogonić, bo gdy stanęłam on też stanął nadal ujadając i sadząc się do mnie. Odgrodziłam się jednak od niego rowerem, krzyknęłam, tupnęłam, schyliłam po kamień żeby go nastraszyć i powoli zaczął się wycofywać. Odczekałam, aż stracił mną zupełne zainteresowanie i dogoniłam dzieciaki… Uff, brakowałoby jeszcze tego, bym została pogryziona…

W kolejnym tygodniu zostałam jednak… pogryziona przez kota! Było to tak… U dziadka okociły się dwie kotki. Codziennie słyszę, ze trzeba ‘coś z nimi zrobić” więc  dałam ogłoszenie, by znaleźć im dom. Niebawem zadzwoniła pani chętna zaadoptować kotka, nie przewidziałam jednak tego, że będę miała kłopot z ich wyłapaniem…  Wcześniej, gdy były małe nie miałam problemu żeby je złapać, ale gdy podrosły, zrobiły się sprytniejsze i… zdziczały, w ogóle nie chciały już do mnie podchodzić! Postanowiłam więc oddzwonić do kobiety i odmówić, bo zanim kotów nie obłaskawię, nie nadają się do adopcji. Dziadek wymyślił jednak żeby zwabić je w klatkę a potem połapać. Ok, udało się, tylko co z tego, jak koty się boją, prychają… Zakładam dla bezpieczeństwa rękawice ogrodowe i sięgam pod klatkę po kota. Ten jakby oszalał, zaczyna prychać, pluć, miałczy jakbym go na żywca ze skóry obdzierała, wije jak węgorz, wyrywa się, skacze, drapie, ledwo mogę go utrzymać… W końcu gdzieś się przekręca i dziabie mnie w rękę, małe ostre jak igły kiełki przebijają grubą rękawicę i z całej siły wbijają mi się w palce, raz, drugi, trzeci…  Nie wytrzymuje i puszczam tego diabła… a leć w cholerę! Mam tego dość i wychodzę ze stodoły… R i dziadek się śmieją a mi wcale nie do śmiechu… Zdejmuję rękawicę a tu kap, kap, krew leci ciurkiem, boli jak cholera, paluchy momentalnie puchną… Jestem totalnie wkurwiona idę do domu, rękę pod kran i zaczynam płakać… Dziadek przychodzi i jeszcze podgaduje, że „trzeba było od razu wszystkie koty połapać i w worek pakować”…  R się śmieje, że czego ja tym kotem tak telepałam „jak jakimiś marakasamii” – „Odczepcie się!” „Sam sobie łap te koty!” „Nikomu ich nie oddam puki się ich nie udomowi!”- krzyczę już do dziadka. Zawsze tylko słyszę, że „trzeba zrobić porządek z kotami” Ostatnio jak była ciotka, to też „a co z kotami zrobisz” tak jakby to były moje koty i moja wina, że kotki mają małe ale jak chcę „coś zrobić” i posterylizować  lub chociaż na zastrzyk zawieźć to nie, sponsorów nie ma a ja skąd na to mam wziąć?! Dziadkowi to by pasowało, żeby koty po prostu wywieźć jak najdalej od jego domu ale już tego nawet nie słucham, to inne pokolenie, inny sposób myślenia, inny świat… Ja w każdym bądź razie po całej tej akcji to już całkiem wyglądam jak „dziecko wojny” poobijana, posiniaczona od roweru, z pobandażowanymi kolanami, z ropiejącą raną na nadgarstku a teraz jeszcze z plastrami na palcach u drugiej ręki…

Na szczęście nigdzie nie wdała się infekcja i na dzień dzisiejszy wszystko ładnie już się pogoiło.

         I tak półmetek wakacji za nami. Zrobiłam malowanie kuchni u dziadka i zamierzam sukcesywnie pomału zrobić w końcu, dzięki wprowadzeniu „ustawy śmieciowej”, porządek z rupieciarnią jaka powstawała przez lata na strychu, w komorze, garażu i w stodole… Dalej też, na ile czas pozwala, zabieram dzieciaki na rowerowe wycieczki po mieście, jeździmy nad wodę - przynajmniej taką mają rozrywkę z braku perspektywy na ciekawszy wakacyjny wyjazd nad czym ubolewam, bo bardzo by im się coś takiego przydało…

Młody zafiksował na puncie GTA V. Gra ma mieć swoją premierę we wrześniu i Młody intensywnie szuka sposobów, by sobie na nią zarobić. Każdy grosz wpłaca na konto SKO i w ogóle nie dociera do niego to, że ja absolutnie i tak się nie zgadzam na to, by miał sobie ją kupić. Obiecałam jednak, że zapłacę mu za każdy wykuty na pamięć słupek z tabliczki mnożenia, za naukę Przypadków ale gdzie tam, nauka w wakacje – to nie w jego stylu! Ma więc zrywy i pomaga w domu, za co oczekuje potem zapłaty… Potrafi np. sam z siebie, wstać przed 6:00 i wyprowadzić psa na spacer, pomyć naczynia, zrobić zakupy tylko potem każe sobie za to płacić! Ostatnio wymyślił, że będzie kręcić filmiki o tematyce kulinarnej z serii „Gotuj z N…m”, wstawi na You tube a gdy filmiki będą miały dużą ilość subskrypcji zacznie zarabiać na reklamach (jakoś tak, sama nie orientuję się jak to dokładnie działa). I tak jednego ranka budzę się a dzieciaki w kuchni kręcą film, Młoda robi za operatora  kamery a Młody udaje Pascala i w pierwszym odcinku nowo powstającej serii uczy jak robić naleśniki… Pozwalam im nakręcić filmik do końca ale przed publikacją poddaję cenzurze, a to co widzę na ekranie wprawia mnie w osłupienie wywołując naprzemienne salwy śmiechu… Nie, na pewno do opublikowania w sieci to się nie nadaje (w tle niezaścielone łóżko zostawione przez R, fura rzeczy do prasowania na desce, jakaś szmata walająca się na podłodze, brudne naczynia w zlewie – wszystko takie nieustawione i „naturalne”) chociaż z drugiej strony gdyby to opublikować w dziale „komedia” może i Młody miałby trochę „lajków”…

Skoro jednak Młody tak chce zarabiać, R zaczął zabierać go ze sobą do sklepu gdzie pomaga rozładowywać i wykładać towar, obsługuje klientów… Dobrze, bo chociaż oderwie się od monitora ale z drugiej strony jestem zaniepokojona tym, że Młody żyje ostatnio tylko wizją kupienia sobie nowego GTA i ledwo wstanie, od rana mówi tylko o tym na inne tematy nie daje się z nim już rozmawiać…

Z kolei Córcia „zachorowała” na… kucyka. Coś jej naleciało i też od tygodnia przesiaduje w internecie i wyszukuje oferty sprzedaży kucy. Nie dociera do niej, że kupno konika to wielki koszt a utrzymanie go to poważny obowiązek. Rozmawiała z dziadkiem a dziadek, jak to dziadek nawet przychyla się pozytywnie do pomysłu ukochanej wnuczki i wspólnie z nią ogląda konie w internecie! Dziś dzwoniła do mnie mama i mówi, że może jak ktoś ma niedrogo do sprzedania to by jej zakup konia sfinansowała! Już sama nawet przeglądałam strony fundacji, które maja konie do adopcji, za darmo… Tylko gdzie oni chcą trzymać tego konia jak z obory u dziadka zrobili kurnik? Zapomnieli już ile było gadania i kłopotu gdy konia kupiła sobie swego czasu siostra? Mam nadzieję, że za jakiś czas fascynacja końmi Młodej jednak przejdzie. Ale myślę też, że źródłem tego nagłego zainteresowania jest poczucie osamotnienia. Coś złego się dzieje w jej otoczeniu. Dotychczasowe najbliższe koleżanki poodsuwały się od niej, znalazły sobie nowe „przyjaciółki” a Młoda została zepchnięta „na boczny tor”. Nie ma koleżanek na podwórku wśród rówieśniczek, nie ma się z kim bawić i czuje się odtrącona … Dziś wróciła z płaczem z podwórka i przez łzy zaczęła mnie prosić byśmy się stąd wyprowadzili, nie chce tu mieszkać, bo nikt jej nie lubi… Przykro mi się zrobiło i zaczęłam ją pocieszać jak tylko potrafię. Postanowiłam też sobie, że w najbliższym czasie pojedziemy do jakiejś stadniny, by Młoda mogła pojeździć na koniu i zobaczyć na własne oczy jak wygląda opieka nad końmi. Może przekona się dlaczego nie stać nas na konika a może odkryje w sobie nową pasję? Bardzo bym chciała aby jakąś miała, zarówno on jak i ona…

Na koniec, żeby jednak nie było tak przygnębiająco – bo jakoś trochę smutno się zrobiło - i dla usprawiedliwienia pojawiających się w moim wpisie wulgaryzmów, zamieszczam do obejrzenia edukacyjny filmik, który pomimo „powagi tematu” wywołał u mnie uśmiech :)

 



komentarze (22) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 990  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260990
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni