Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Prawdziwie wolny jest człowiek, który zadowolony jest i szczęśliwy z tego co posiada...

wtorek, 31 sierpnia 2010 0:19

     Byłam dziś w PUP. Jak ja nie lubię tam chodzić. Trzeba stać ponad godzinę w kolejce w pomieszczeniu o znikomej cyrkulacji powietrza i nigdy nie wiadomo, czy gdy przyjdzie moja kolej nie odeślą mnie gdzie indziej, bo za każdym razem gdy tam jestem coś się zmienia a panie urzędniczki przemieszczają się z pokoju do pokoju. Tym razem oczywiście było tak samo... Wchodzę widzę 4 kolejki, w tym 3 w tłoku na końcu korytarza. Więc ustawiam się do pierwszego pokoju z brzegu, bo i kolejka mniejsza i osoby w niej stojące tak jakoś lepiej się wizualnie prezentują no i ostatnio, i przed, przed ostatnio też tu byłam. Po względnie krótkim oczekiwaniu wchodzę daję dowód, pani coś mi tam karze podpisywać ale w pewnym momencie się reflektuje, że ja nie do niej powinnam przyjść bo „nauczyciele to do pokoju dalej"; - Ale ja przecież nie jestem tylko nauczycielem... - To nic, ale tak mamy panią zakwalifikowaną... - Ale ostatnio tutaj właśnie podpisywałam listę (nie daję za wygraną bo nie widzi mi się stanie drugi raz w kolejce i w takim tłoku)...- Może ktoś był wtedy tutaj do pomocy...

Dalsza dyskusja nie ma sensu, chcąc nie chcąc staję ponownie w drugiej niechcianej kolejce a przede mną wizja godzinnego czekania. Korytarz jest wąski, ludzie pomieszani jedni stoją do drzwi na prawo drudzy na lewo a trzeci na wprost. Co raz ktoś próbuje wejść żeby „tylko o coś spytać" i tłum się zaczyna burzyć... W powietrzu czuć dziwny zapach; na przemian jakby jakaś kiszonka i coś bliżej nieokreślonego sama nie wiem jak to nazwać, kręcę się więc, to siadam na ławce to stoję bo trudno mi tak w jednym miejscu wystać i to wszystko wdychać. Dobrze, że przynajmniej wiatrak włączyli to jakoś to wszystko krąży a nie stoi w miejscu. W pewnym momencie do tych „dziwnych" zapachów dołączył zapach alkoholowych wyziewów. Swoją gotowość do pracy przyszło bowiem podpisać dwóch narąbanych jak drzwi od gajówki delikwentów czerwonych na twarzach z przepicia i próbujących bełkotliwym głosem ustalić gdzie się znajduje koniec kolejki. Koniec kolejki znajdował się niestety za mną... Siadłam na ławce, młodzi w sumie jeszcze panowie - na oko lat może ok. 30-tu ale zmęczeni życiem - siedli na ławce naprzeciwko rozprawiając głośno nad niedogodnościami wynikającymi z długiego oczekiwania na podpisanie listy, komentując wygląd obuwia noszonego przez stojące w kolejce panie i co raz zastanawiając się kto za kim stoi. W pewnym momencie zamilkli i zaczęli mi się bacznie przyglądać. Wstałam. Jeden z nich wstał również i podszedł chwiejąc się blisko do mnie pytając: - Koleżanko jak masz na imię... Zawahałam się zaskoczona, kilka osób stojących w kolejce i obserwujących sytuację zaczęło chichotać

- Koleżanko czy mam klęknąć przed tobą żebyś mi powiedziała - ponowił pytanie bełkotliwym głosem; - Tak - odpowiedziałam i... chłopak klęknął. Wobec takiego poświęcenia nie miałam wyjścia i przedstawiłam się bardzo oficjalnie - Anna; Chłopak wyciągnął dłoń w geście powitalnym - Tomek, miło mi; Odpowiedziałam mu uściskiem dłoni. Niestety mój nowy znajomy nie był w stanie sam wstać więc musiałam mu w tym trochę pomóc w wyniku czego zachwiał się i wpadł mi w objęcia... Tłum zachichotał już głośniej... Bosche czy mnie zawsze musi spotykać coś takiego? Żeby choć raz się zdarzyło, że jakiś normalny facet mnie zaczepia, Ok... ale nie!! mnie jak już to zawsze musi „podrywać" jakiś pijak, normalnie robię się w ich oczach piękna dopiero jak wypiją litr nalewki. Fuck! Na szczęście mój Romeo i jego Merkucjo wyszli na fajkę a jak wrócili obrali sobie za cel zaczepek inną kobietę która jednak nie była już wobec nich taka miła co nie omieszkali odpowiednio do swojego poziomu skomentować.

     W końcu przyszła moja kolej. Pani urzędniczka zaproponowała mi skorzystanie z jakichś kursów gdyż ofert pracy „dla nauczycieli jest mało" więc trzeba się przekwalifikować. Nie omieszkałam zauważyć, że ostatnio kierowano mnie stąd na  kurs, który niestety ale nie był kierowanych do osób będących ubezpieczonych w KRUS-ie co mnie jako kursantkę dyskwalifikowało. Pani zaproponowała abym zorientowała się co ma do zaoferowania CONSULTOR. Weszłam więc sobie potem w domu na stronę tegoż Biura Doradztwa Personalnego i czytam, że min:  Projekt skierowany jest do osób bez zatrudnienia, niezarejestrowane jako bezrobotne lub poszukujące pracy w urzędach pracy - no a ja jestem przecież zarejestrowana! No chyba, że jako „rolnik" jestem poszukująca pracy tylko... Ale dalej czytam: zameldowani na terenie województwa lubelskiego w następujących powiatach: chełmskim, krasnostawskim, włodawskim lub łęczyńskim, w gminie wiejskiej lub miejsko-wiejskiej lub w mieście do 25 tys. mieszkańców - a ja mieszkam w mieście powyżej 70 tys. mieszkańców! Dalej z kolei czytamy: Osoby takie nie mogą być rolnikiem/domownikiem rolnika ubezpieczonym w KRUS - no to cholera nie mogę!

Te panie w PUP to same nie wiedzą gdzie i po co wysyłać petentów. Nie ma co liczyć na ich pomoc. Został mi wyznaczony kolejny termin wizyty i po prawie 2 godz. mogłam wrócić do domu. Dzieciaki były u mamy i dały jej dobrze popalić. Wściekały się, aż miała ich dość bo nie dawały pracować. Była jeszcze dodatkowo zdenerwowana sytuacją z dziadkiem. Dziadek (88l.)  nie mógł bowiem patrzeć, że przecieka dach w stodole i nie czekając na nikogo sam wdrapał się na dach i zaczął łatać dziurę. W pewnym momencie poczuł się jednak źle, zakręciło mu się w głowie i jak sam potem mówił o mało się nie stoczył, na szczęście udało mu się jakoś pomału zejść na dół i doszedł jeszcze do domu żeby zadzwonić do mamy. Na pomoc przyjechała siostra i ...musiała wyręczyć dziadka w robocie.

     Wracając do domu pojechałam jeszcze z dzieciakami na zakupy. Muszę jeszcze im kupić przed nowym rokiem szkolnym obuwie na zmianę ale nie mam już kasy! Mam jednak jeszcze kartę kredytową, którą ruszam przy „czarnej godzinie". Wchodzę więc do sklepu, lukam na ladę - mają czytnik kart więc zabieram się do wybierania ciapów. Dzieciaki oczywiście nie potrafią usiedzieć spokojnie i na nic zdaje się ich uspakajanie. Najpierw więc wybieram buty małemu a kiedy już odpowiednie zostały wybrane „wypad za drzwi i czekać na zewnątrz". Mały wychodzi ze spuszczoną głową i zaciśniętymi pięściami cedząc przez zęby - Kulwa! Mijający go w drzwiach młody tata z dzieckiem na ręku tylko parska śmiechem a mi wstyd za syna -bluzgatora. Z małą nie jest tak łatwo, zanim decyduje się na właściwą parę bucików przymierza 5 różnych fasonów. W końcu jednak możemy iść do kasy a tu niespodzianka - miła pani  ekspedientka informuje mnie, że niestety ale u nich kartą nie zapłacę tylko gotówką! No q... jak to? A ten terminal na ladzie to co?

No nic... Jak nie, to nie kupię bo nie mam inaczej czym zapłacić. Odechciało mi się też szukać innych sklepów bo tu był największy wybór. Trudno, będę musiała iść „po prośbie" i wrócę tu jutro.



komentarze (8) | dodaj komentarz

Są takie dni ...

piątek, 27 sierpnia 2010 1:32

     Chciałabym w końcu napisać coś pozytywnego, żeby się stało coś fajnego ale są takie dni do dupy gdy wszystko na przekór wszystkiemu się pieprzy...

     Dzień zapowiadał się pięknie, za oknem chociaż trochę chłodniej to jednak słońce pięknie świeci niebo bezchmurne powietrze takie rześkie, lekki wiaterek... Miałam w planie już o 800 być dziś na siłowni bo o 1000 umówiłam się z Al na wyjazd do Lublina.Oczywiście jednak moje wyjście opóźniło się o pół godz. bo najpierw Nati ociągał się z ubieraniem a potem nie mogłam złapać kota, który czmychnął na dwór a potem ukrywał się pod samochodami gdy wyszłam na spacer z psem. Już miałam dość i myślałam, żeby go zostawić na dworze ale na szczęście w końcu przestał się ze mną drażnić i grzecznie podreptał za psem do domu.

Na siłowni wkurzył mnie mały. Przez całą godzinę zamiast czymś się zająć przeszkadzał mi i jęczał, że się nudzi i chce wracać a na brak reakcji z mojej strony zemścił pod nosem pod moim adresem.

Po treningu odstawiłam go do rodziców. Z Al wstąpiliśmy jeszcze po Beacię i pojechałyśmy do Lublina w interesach... B planuje otworzyć w naszym mieście profesjonalny gabinet dietetyczny dlatego chciała dowiedzieć się parę praktycznych rzeczy nt funkcjonowania takiego gabinetu od kogoś kto już działa dłużej w tej branży. A, że Al dysponuje ogromną ilością przeróżnych znajomości skontaktowała B ze swoją dawną koleżanką, która prowadzi taki gabinet w Lublinie. Kiedy B dowiedziała się już tego czego chciała pojechałyśmy dalej załatwiać moje sprawy. Al. umówiła również mnie ze swoja inną znajomą która z kolei prowadzi biuro zajmujące się pomocą w pozyskiwaniu dotacji i kredytów bankowych. Wpadłyśmy bowiem na pomysł, że mogłabym poprowadzić podobne biuro w Chełmie, które działałoby na zasadzie franczyzny i właśnie miałam dowiedzieć się szczegółów jak coś takiego otworzyć, jak to działa itp. Nie byłam jednak w stanie skupić się na tym co do mnie mówiła kobieta a tym samym zapewne też nie zrobiłam na niej zbyt dobrego wrażenia a to dlatego, że wcześniej jeszcze w drodze zadzwoniła do mnie koleżanka pracująca w szkole małego z wiadomością, że nie załapuję się na refundację za podręczniki bo po dodaniu do mojego dochodu jeszcze dochodu z posiadania gospodarstwa rolnego przekraczam  wymagane kryterium dochodowe! Mogę jeszcze spróbować jutro napisać pismo do dyrekcji szkoły i uzasadnić w nim sytuację w jakiej się znajduję ale to nie daje gwarancji, że mój wniosek przejdzie. No ale próbować będę. Książki na szczęście już małemu kupiłam bo dostałam akurat 200zł na zakup żywności z MOPS-u...

Poza tym w czasie jazdy podczas zmieniania pasa ruchu o mało nie doszło do kolizji bo zagadałyśmy się i Al niechcący wymusiła pierwszeństwo wjeżdżając tuż przed inny samochód. Na szczęście szybko zjechała mu z drogi i przeprosiła ale gość oczywiście nie mógł tego darować i podjechał pod nas i zaczął głośno szczekać bluzgi pod jej adresem. Al. jeszcze raz przeprosiła, że go nie zauważyła ale czerwony ze złości chłopak pluł się dalej więc nie wytrzymałam i wydarłam się na niego najgorszymi znanymi mi bluzgami, aż sister sama się na mnie wkurzyła i zaczęła bronić chłopaka, że przecież się przestraszył i miał prawo zdenerwować bo ewidentnie to jej była wina. Ja owszem wszystko rozumiem ale jeśli go przeprosiła to jakiego ch@ się ch@ jeden jeszcze pruje, co mu to da?! Zmieni coś?! A trzeci powód to był taki, że wstąpiłam po drodze jeszcze do sądu, żeby się dowiedzieć jaki zapadł wyrok w mojej sprawie rozwodowej bo dziś miał być ogłoszony. No i wszystkiego się spodziewałam tylko nie tego co usłyszałam. A mianowicie poprzedni wyrok został oddalony a sprawa przekazana z powrotem do Sądu I instancji do ponownego rozpatrzenia. Sędzina decyzję uzasadniła tym, że sąd dopuścił się wcześniej wielu uchybień. Nie wzięto min pod uwagę tego, że R jest chory psychicznie i ponownie muszą rozpatrzyć zasadność jego eksmisji z mieszkania... Załamałam się, nogi się pode mną ugięły... Jak to do cholery??!! Znowu wszystko od nowa? Będę musiała wziąć adwokata bo sama zginę. Tylko, że mnie na adwokata nie stać!! Będą pewnie starać się udowodnić, że R jest chory a więc nie ponosi odpowiedzialności za zarzucane mu czyny, więc tym samym nie jest winny rozwodu... Skoro jest chory to ja-żona w myśl ustawy winna jestem go w chorobie wspomagać... Niezasadne jest przyjęcie, że jego zachowanie było rażąco naganne i uniemożliwiające z nim zamieszkanie bo przecież nie ma zeznań sąsiadów na ten temat, nigdy żaden z nich nie wzywał podczas awantury policji tylko ja! A ja nie jestem wiarygodna! Ja go przecież notorycznie zdradzałam, z tego ile razy powołuje się na fakt zdrady wynikałoby, że cały czas przez okres naszego małżeństwa miałam po kilku kochanków, sama nie wiem ilu ale zapewne będzie to wiedziała jego siostra i szwagierka z Lublina, które powołał na świadków w tym akurat temacie... W dodatku wykorzystując jego chorobę chodziłam przed sprawą do niego na widzenia i wpływałam na podejmowane przez niego decyzje i składane oświadczenia! Te i wiele innych zarzutów jakie zawarte są w apelacji ma ponownie rozpatrzyć Sąd! K@wa, myślałam, że to już będzie koniec ale dopiero teraz zacznie się walka na wyciąganie brudów. Jestem jak rozwścieczona wilczyca, nie podaruję. Nie chce dać mi spokoju, nie chce pozwolić mi spokojnie zniknąć ze swojego życia więc koniec litości. Teść jeszcze w tamtym tygodniu przed zbliżającą się jego sprawą karną dzwonił do mnie z sugestią, żebym napisała pismo, że się już nie obawiam R gdyż wg adwokata mogłoby to pomóc mu w uniknięciu odsiadki w Zakładzie Psychiatrycznym i zwolnieniu. Ale ja nie zgodziłam się tylko powiedziałam, że zobaczymy jaki wynik będzie po apelacji i wtedy zastanowię się czy coś pisać czy nie. Teraz wiem, że gówno! Nic nie będę pisać! Sam sobie zaszkodził tą apelacją, ale chciał więc ma, niech siedzi... Puki nie mam tego cholernego rozwodu - nie mam możliwości ruchu. Nie mogę zacząć żyć od nowa. Nawet z taką działalnością na własny rachunek jest problem bo nie mam rozdzielności majątkowej, formalnie jestem ciągle żoną R i nawet starając się o dotację z PUP na rozpoczęcie działalności muszę mieć ponoć podpis współmałżonka (jeszcze muszę się dokładnie na ten temat dowiedzieć), a wszelkie dochody, wszelkie dobra jakie zdobędę w czasie trwania naszego małżeństwa są wspólne! Więc przy podziale majątku dzielone na pół!

Nic, wysłuchałam jednak co Iw miała na temat mojej nowej firmy do powiedzenia i się nawet napaliłam na tego typu działalność. Iw zadzwoniła też do PUP i dowiedziałyśmy się, że do 8.09 przyjmują jeszcze wnioski na rozpoczęcie działalności więc jakbym się sprężyła to bym jeszcze zdążyła złożyć. Jej biuro za opłatą 350 zł pomaga nawet w wypełnieniu takiego wniosku, ułożeniu biznes planu i załatwieniu wszelkich formalności... A gdy wyjaśniłam główną przyczynę mojego przygaszenia doradziła nawet dobrą adwokatkę dla której ponoć nie ma spraw nie do wygrania a która bierze bagatela 10 tys za rozwód!  Ale ponoć jak widzi, że kogoś nie stać to jednak potrafi zejść z tej stawki i zadowala się mniejsza kwotą ciekawa tylko jestem jak mniejszą bo obawiam się, że mimo wszystko mnie jednak nawet przy pomocy rodziców stać na nią nie będzie... No cóż, widać że Iw żyje jednak w innym świecie niż ja i myśli już też innymi kryteriami...

     W domu u rodziców przywitała mnie już na schodach kochana córcia. Od soboty była u teściów. Z progu pochwaliła się, że 2x była „u tatusia" we wtorek i dziś a w sobotę "tatuś chce żebym przyszła jeszcze ja i Nati"... taa jasne już mnie zobaczy @%@#@!!

Dzieciaki nie wiem czy dlatego, że się tak długo nie widziały i się za sobą stęskniły ale były nie do zniesienia, wściekały się nie dały porozmawiać, co raz jakieś kuksańce, krzyki wrzaski. Mama miała już ich dość i po zdaniu pobieżnie relacji zabrałam się do domu. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu a tam moje młode dostawały wariacji. Szarpały się ze mną o wózek, popychały, przekrzykiwały a na koniec urządzili sobie jakieś gonitwy miedzy regałami i nic ale to nic do nich nie docierało, na nic zdały się moje próby przywołania ich do porządku! Głowa zaczęła mnie już z tego wszystkiego boleć, byłam na skraju wytrzymania nerwowego. Miałam ochotę tak złapać jedno z drugim i porządnie wytrzaskać!!

Dojechaliśmy jakoś w końcu do domu, wyjmuję korespondencję ze skrzynki a tam kolejny surprise: dostałam pismo od administratora budynku które brzmi mniej więcej tak:

    „W nawiązaniu do licznych skarg lokatorów odnośnie zanieczyszczania przez zwierzęta domowe terenów przeznaczonych do wspólnego użytku (także klatki schodowe)... przypominamy o obowiązku zachowania środków ostrożności, zapewniających ochronę zdrowia i czystości, a także dołożenia starań, aby zwierzęta te nie były uciążliwe dla otoczenia.

     Jednocześnie przypominamy, że właściciele zwierząt domowych mają obowiązek usuwania pozostawionych przez nie zanieczyszczeń."

WTF???

Każdy kto ma jakieś zwierze w bloku to dostał czy tylko ja??  A jeśli tylko ja to którzy to lokatorzy tak się skarżą i w jaki sposób moje zwierzęta są uciążliwe i gdzie są te pozostawiane przez nie nieczystości?? Klatkę schodowa brudzą? że niby ja nie sprzątam? Owszem „stara" kotka wychodzi sama na dwór. Kiedyś bardzo nie lubiły się z kotką sąsiadki z dołu i nie daj boże jak się spotkały na klatce to zaraz była wojna. Sąsiadka skarżyła się mi nawet, że moja sika jej na wycieraczkę i drzwi ale z kolej jej kicia nie była dłużna i potrafiła przyjść pod moje drzwi... Zainwestowałam w spray odstraszający zwierzęta i co jakiś czas opsiukiwałam profilaktycznie wszystkie kąty i wycieraczki sąsiadów żeby kotom odechciało się zaznaczać teren. Z czasem jednak kotka sąsiadki zachorowała i zdechła (sama zresztą jeszcze woziłam kiedyś sąsiadkę z jej kotem do weterynarza) i wzajemne podsikiwanie się skończyło. Przynajmniej już nikt się nie skarżył bezpośrednio ale też dowód przestępstwa w postaci jakichś dziwnych podejrzanych zapachów i plam na posadzce też znikł. No ale to było już dawno temu. Więc skąd teraz to pismo? Moja sunia zawsze chodzi na spacer na łąkę - chyba na łące może się załatwić, zresztą wszyscy z okolicy wyprowadzają tam swoje psy, tak, że ogólnie nasze osiedle jest zadbane, nie widać odchodów na chodnikach. Na plac zabaw nie ma nawet prawa wstępu. Poza tym Roxa nie zakłóca spokoju publicznego bo jest to sunia po przejściach wzięta ze schroniska, mam ją od ponad roku i dopiero pomału zaczyna się zachowywać jak pies, wychodzi z traumy ale ciągle jest jeszcze bardzo zalękniona więc wprost się cieszę gdy czasem zaszczeka, bo zdarza się to bardzo rzadko. Młoda kicia w ogóle sama nie jest wypuszczana z domu ze względu na to, że nie jest wysterylizowana i wolę nie ryzykować więc nie ma takiej możliwości żeby mogła gdzieś zanieczyścić teren. Więc o kogo chodzi? Czyżby komuś przeszkadzała moja wolno chodząca czarna kocica?

Nie, no to pismo przelało dziś czarę goryczy. Myślałam, że otaczają mnie życzliwi ludzie ale widzę, że jednak nie... „liczne skargi lokatorów" słowa te weszły mi za skórę i ciągle się zastanawiam którzy to akurat lokatorzy... siadłam na kanapie i się rozwyłam. O dziwo dzieciaki przestały szaleć, przejęły się, że mama płacze...

     Dzień mimo, że zapowiadał się przyjemnie takim się nie okazał... ochłodziło się, z lekka zachmurzyło a na wieczór zaczęło padać... Z tego wszystkiego postanowiłam więc upiec sobie na osłodę osławione czekoladowe ciasto „od Zrodzonej". Dzieciaki tak pomagały, że jedno jajko wylądowało na podłodze - nic, pies zjadł... Czekały, czekały ale się nie doczekały bo zasnęły. Ja się jednak doczekałam... ciasto oczywiście wyszło mi z zakalcem bo jakże dziś mogło mi wyjść inne ale nic to, dobre jest nawet z zakalcem. Zjadłam trochę za dużo, jutro jednak z rana pójdę sobie na siłkę i będę wszystko spalać aż całe plecy będę miała mokre i padnę ze zmęczenia...

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Górka, dół doły...

sobota, 21 sierpnia 2010 0:13

     Jestem siedzącą w domu, bezrobotną babą, tzw. kurą domową więc zajmuję się „nicnierobieniem" - jak to widzi ogół żyjących ciężko pracujących. Siedzę więc w domu „nic nie robię" i... nie wiem cholera co dzieje się z tym czasem - im bliżej końca wakacji tym biegnie szybciej. Wczoraj była sobota i ... jutro właśnie będzie już sobota a ja nie pamiętam kiedy był poniedziałek i wtorek... Ostatni weekend spędziłam wraz z siostrą i K, moimi dziećmi i psem nad jeziorem na działce u M.Ż. Jako, że M.Ż odwiedził jego przyjaciel T wraz z narzeczoną, którego nie widziałam blisko 3 lata a T jest jedyną osobą w obecności której piłam swego czasu alkohol 40% więc nie obyło się od nocnej powtórki z rozrywki przy ognisku i wspominkach „jak to było za ostatnim razem" i co się działo czego ja nie pamiętam oraz co się działo dalej kiedy T już nie widział... jednym słowem było wesoło aczkolwiek nie aż tak jakby mogło być gdyż od ostatniego razu zmądrzałam na tyle żeby nie dać się sponiewierać do końca alkoholowi - czucie w kończynach pozostało do końca.

Pogoda dopisała, dzieciaki szalały w wodzie rano, w południe i wieczorem tak, że weekend udany a do domu wróciliśmy dopiero na noc w niedzielę.

     Zaczęłam chodzić na siłownię. Al wykupiła mi miesięczny karnet tak, że szkoda nie być codziennie.  Od 2 tygodni wstaję więc wcześniej i ganiam na 1,5 - 2 godz na siłkę. Czasami zabieram dzieciaki. Z rana jest mało ludzi więc mogą wchodzić ze mną za darmo. Biegają na bieżni a mały ostro ćwiczy z ciężarkami i co chwilę sprawdza w lustrze bicepsy czy mu już urosły.

     W środę jeździłam na posiedzenie sądu apelacyjnego w mojej sprawie rozwodowej. Myślałam, że w końcu wszystko się rozstrzygnie ale oczywiście NIE!! Sąd musi się zastanowić i wyrok będzie dopiero za tydzień. R ma adwokata ja nie. R jest chory i z choroby robi swój atut uważa, że nie można go winić za zarzucane mu czyny, nie może ponosić winy za rozpad naszego związku skoro jest chory. Najbardziej boję się, że sąd odrzuci jego eksmisję, co to za rozwód jeśli on miałby prawo dalej ze mną mieszkać... Nie tyle się obawiam, że mogłoby znowu coś złego z jego strony mnie spotkać tylko tego, że mógłby próbować wszystko odbudowywać między nami a ja tego nie chcę, nie jestem w stanie wyobrazić sobie ponownego życia razem po tym wszystkim co było.

     W czwartek byłam na rozmowie o pracę. W zakładzie fotograficznym szukali osoby do obsługi klienta ze znajomością programów graficznych. No i znowu oczywiście nic z tego. 2 lata temu kierowali mnie tam z PUP ale wtedy byłam jeszcze w trakcie studiów podyplomowych więc rzeczywiście wielu rzeczy nie umiałam, teraz jednak już coś potrafię znam się na obróbce zdjęć, potrafię robić retusz itp. A skoro zobaczyłam, że znowu kogoś szukają więc poszłam. W ogłoszeniu było, że potrzebują kogoś ze znajomością Photoshopa i Corela. Ja osobiście więcej zawsze robiłam rzeczy w Photoshopie,  Corela używam sporadycznie i brak mi praktyki jeśli chodzi o obróbkę w nim zdjęć a jak się okazało na miejscu facet w zakładzie nie miał Photoshopa - to po cholerę ogłasza, że szuka kogoś kto się na nim zna, jak mam zaprezentować swoje umiejętności, widzę zresztą, że to co mu tłumaczę jakoś mało do niego dociera? Zresztą po rozmowie nie wiem już czego ten gość oczekuje, jak dla mnie potrzebuje bardziej informatyka niż grafika a może ja rzeczywiście jestem do dupy, a może jestem za stara, może mam za małe cycki a może rozmowa byłaby inna gdybym była facetem?. I do cholery gdzie ja zdobędę tę praktykę jeśli nikt mnie nie chce zatrudnić !  

Zdołowałam się. Znowu odczuwam brak kasy. Dostałam alimenty i rodzinne, porobiłam część opłat i koniec. Nie mam jeszcze nawet kupionych książek dla małego do szkoły, mają mi w przyszłym tygodniu wypłacić jakąś zapomogę z MOPS-u czekam też, kiedy mama sprzeda projekt który pomagałam jej robić to też wpadnie mi parę groszy ale wszystko to takie dorywcze, nic stałego.

     Dziś z kolei rozprawę miał R. I znowu myślałam, że w końcu wszystko się rozstrzygnie a tu niestety nie stawił się jeden z biegłych, rozprawa odsunięta na wrzesień...

     Wzięłam się za odnawianie krzeseł. Siedziska czekają u tapicera na mój przypływ gotówki. Jedno jest już odmalowane, drugie się robi a 3 jeszcze muszę wyczyścić szlifierką. Muszę też wywieźć dywan do prania, przydałoby się zedrzeć jeden pas tapety w przedpokoju bo moja mała zrobiła w niej dziurę (mam nadzieję, że został mi zapas) i pomalować „belki" w kuchni bo kot upodobał sobie wdrapywanie się po nich i teraz brzydko wyglądają podrapane. Tak, że pomimo siedzenia w domu na nudę narzekać nie mogę bo zawsze robota się znajdzie.



komentarze (9) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 995  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260995
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni