Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Wpis wakacyjny, drugi...

poniedziałek, 28 lipca 2014 19:55

 DSC00191.JPG

 

     Dni mijają leniwie jak to w lecie, nic się nie chce a to już zaraz połowa wakacji za nami…

 

     Przez ostatnie 2 tygodnie miałam trochę luzu, przyjechała ciotka z rodziną więc odjęła mi obowiązków związanych z opieką nad dziadkiem, w tym czasie mogłam sobie zrobić generalne porządki w domu i przycisnąć Młodego do nauki chociaż z tym „przyciskaniem” też jest ciężko, bo Młody miga się jak tylko może. Za nic nie chce samodzielnie pracować, jak nad nim siedzę to rozwiązuje zadania wystarczy, że zajmę się swoimi sprawami i już nic nie robi. Jak na razie robię mu powtórkę z wszystkich działów zgodnie z tym co przygotowała mu pani, bo chcę się zorientować z czym ma problemy i zaległości ale póki co widzę, że nie ma większych problemów z rozwiązywaniem tych zadań tyle, że idzie to zbyt wolno, bo po pół godzinie nauki Młody ma dość, zaczyna jęczeć i domaga się przerwy a ja nie mogę siedzieć w domu po całych dniach i czekać aż mu się znowu zechce pracować… Więc się martwię, bo miesiąc już mija a przed nami jeszcze masa materiału do przerobienia. Z tą poprawką jeszcze jest taki problem, że nadal nie znam jej terminu. Powiedziano mi tylko, że będzie gdzieś w drugiej połowie sierpnia i jak wyznaczą termin to będą do mnie dzwonić ale przez to nic nie mogę zaplanować a miałam nadzieję, że uda się nam gdzieś razem wyjechać jeszcze na wakacje, chociaż na parę dni. Tak bym chciała zabrać dzieciaki w góry…

Chociaż w sumie i tak już nie wiem czy jest sens cokolwiek planować i szukać… R, gdy poddałam mu propozycję wspólnego wyjazdu od razu zapowiedział, że rodzice nie dadzą mu wolnego. Mogłabym się oczywiście na niego nie oglądać tylko sama pojechać z dzieciakami i np. z siostrą tylko sęk w tym, że nie mamy pojazdu – ojciec nawet jakby chciał pożyczyć to nie pożyczy, bo niedawno swój samochód rozbił -  a jak już to wolałabym jechać swoim autem, bo to zawsze i łatwiej się przemieszczać i można więcej rzeczy zwiedzić po drodze a nie widzi mi się pojechać w konkretne miejsce i potem siedzieć tam na dupie… 

Poza tym R ostatnio stał się wobec mnie opryskliwy i coraz częściej się kłóci. Odnoszę wrażenie, że spowodowane to jest tym, iż znowu ma jakieś „przyjaciółki”. Od paru miesięcy ciągle „siedzi” na telefonie, wymieniają się smsami, chodzi wieczorami (jak wprost mówi np. Młodej) na randki…

Ok. niech się spotyka, jakoś mnie to nie rusza tylko przypuszczam, że pewnie ta „przyjaciółka” czy koleżanki (już się gubię ile ich tam ma) coś mu przy okazji doradzają w sprawach życiowych – jak to już nie raz miało miejsce – a potem on przychodzi do domu i znowu widzi, że ja jestem „nie taka”, bo inne go „uwielbiają” a ja mu tych wyrazów uwielbienia nie okazuję albo może wkurza go to, że nie okazuję zazdrości i nie „walczę o niego”, bo przecież zazwyczaj kobiety w takich wypadkach wpadają w histerię i albo wystawiają facetowi walizki za próg albo robią wszystko, aby odwrócić uwagę od rywalki – nagle stają się wulkanem seksu i zabiegają o jego względy spełniając każdą zachciankę, byleby tylko został w domu… A mi to wisi i powiewa, ni ziębi ni grzeje, jeszcze gdy się wystroi i pyta czy dobrze wygląda, czy może tak iść to mu służę radą. R wkurza się, że jestem wobec niego oziębła, i straszy, że znajdzie sobie „łamistrajka”,  odejdzie i wtedy „zobaczę” i sama do niego przyliżę… A mi wszystko jedno ale oczywiście boli gdy zaczyna fukać… Z tydzień temu zaczął też przebąkiwać, że… na początku sierpnia wyjeżdża z koleżanką na Teneryfę, ponoć ona wszystko już opłaciła… Znam już R długo i wiem jaki z niego potrafi być lejwoda, więc wątpię w to, że do tego wyjazdu dojdzie (cokolwiek R mówi, nigdy nie można mieć pewności, że to 100% prawda) chociaż nadal nie rozumiem dlaczego opowiada mi rzeczy wyssane z palca? Nawet jeśli miałoby to mieć na celu wkurzenie mnie, czy wzbudzenie mojej zazdrości to po co to?

R z jednej strony - jak mówi – lata na randki i strzeże swojej prywatności a z drugiej mnie chciałby mieć pod stałą kontrolą i rozliczać z tego z kim się spotykam, z moich finansów i z tego co robię. Ostatnio też dostawałam porządny opierp  za to, że „rozpieprzyłam” swoje pieniądze, bo ośmieliłam się pożyczyć trochę kasy siostrze i mamie. R twierdzi, że już nie zobaczę tych pieniędzy z powrotem a on chciał, żebym za to kupiła nową lodówkę…  W sumie moja wina trochę, bo to ja wypaliłam z kupnem nowej lodówki. Miałam już dość, gdy jednego dnia okazało się, że zamrażalnik starej znowu cały „obrósł” lodem (bo uszczelka w drzwiczkach do zamrażarki czasami dobrze nie przylega) i muszę obłupywać lód nożem, żeby dostać się do szuflad a i tak udało mi się kawałek szuflady obłamać i w rezultacie nie obyło się bez rozmrażania lodówki… R od razu podłapał temat i zaraz zawiózł mnie do sklepu gotowy na to, że od ręki kupię nową wypasioną lodówkę… tylko, że ja już nie miałam tyle kasy na koncie… Potem znów sam chciał pożyczyć ode mnie tysiąca na towar i wtedy musiałam już mu się przyznać, ze nie mam nawet tyle, bo pożyczyłam jeszcze mamie… No i się wściekł! Wygadał się, że sam już kilka razy pożyczał kasę mojej siostrze (z czego nazbierała się już niezła sumka) i do tej pory mu nie oddała i, że ja na pewno mojej kasy też już nie zobaczę… Gnębił mnie, że mam ją naciskać, żeby jak najszybciej oddała mi dług, wyznaczał mi ultimatum… Tylko dlaczego do cholery on rozlicza mnie z tego, co ja zrobiłam ze swoją kasą? Bądź co bądź mamy rozdzielność majątkową i ja np. w jego „kieszeniach” nie siedzę, nie interesuje mnie nawet to, ile ma na koncie. I dlaczego on się tak piekli z tą lodówką? Mi w sumie już przeszło – stara nadal chodzi jeszcze dobrze chociaż ma już przeszło 12 lat i po rozmrożeniu i umyciu nie widzę znowu potrzeby aby jej już się pozbywać. Owszem, nowa zużywałaby o połowę energii mniej ale można ją równie dobrze kupić za parę miesięcy (kiedy może dług będę miała już zwrócony) a nie JUŻ!

Na razie jednak sprawa lodówki przycichła i kłótnie między nami również. R zajął się czym innym…

W zeszłym tygodniu podjął się wymiany okien u ciotek znajomego (jedna niechodząca staruszka przeszło 90 lat druga 68) i podczas prac doszło do katastrofy budowlanej! Z tego co opowiada R starsze panie mieszkały w jakiejś drewnianej chałupie o bardzo niskim standardzie i gdy R wyjął stare okno wraz z próchniejącą ościeżnicą i zamontował nowe nagle coś trzasnęło i w pokoju runął cały strop! R w tym czasie wraz z domownikami był na zewnątrz domu w środku została jednak babcia i R nie zważając na niebezpieczeństwo zawalenia reszty budynku sam wszedł do środka i na własnych rękach wyniósł staruszkę z domu… Przyjechała oczywiście zaraz straż pożarna, policja, prokurator, komisja z nadzoru budowlanego… Ponoć R nie zawinił, wszystko co robił przy oknie robił poprawnie, zgodnie z wiedzą budowlaną a przyczyną zawalenia stropu była spróchniała belka opierająca się na również starej przepróchniałej murłacie, wszystko to było sczepione z sobą prowizorycznie jakąś grubą na pięć centymetrów beleczką i w rezultacie opierało się na tej starej futrynie okna… Cud, że to się wcześniej nie zawaliło samo. R przez kolejne dni jeździł po urzędach i podpisywał stosowne oświadczenia jako świadek. Ponoć dostał nawet od straży gratulacje za obywatelską postawę za wyniesienie babci z domu i jak dobrze pójdzie to może jeszcze dostanie za to nagrodę komendanta…  Zaofiarował się też w pomocy tym kobietom w przeprowadzce do nowego lokum…

Trudno mi uwierzyć w to wszystko, szukałam nawet jakichś informacji na ten temat na necie (bo ponoć prasa też była na miejscu) ale nic nie znalazłam jednak wczoraj R jeździła tam z Młodą i Młoda mówi, że owszem, taki zawalony dom istnieje a tato w tym domu zamykał na noc psy… W każdym bądź razie dzieciaki ochrzciły R mianem Bob Budowniczy i przez parę dni chodziły za nim śpiewając „Bob Budowniczy wszystko spierniczy…”  chwaląc się wszystkim, że ich tato raz stuknął młotkiem i chałupę rozwalił…

                Ja z kolei od ponad miesiąca codziennie staram się z siostrą przebiec min. 2 km i to bez względu na pogodę – w deszczu też. Siostra moja podjęła się takiego wyzwania, by móc w nagrodę wziąć udział w szkoleniu organizowanym przez jakiś tam Business Coaching. Motywację ma wielką a ja jej w tym towarzyszę. Fajna sprawa i tym bardziej cieszy, że odkąd regularnie biegam uciekło mi już kilka cm w pasie i z bioder. Najfajniej nam się biega  po lesie albo późną nocą po wyludnionym mieście… czasami nawet dzieciaki dają się wyciągnąć – Młody w desperacji kilka razy wolał iść z nami biegać niż siedzieć nad matematyką tylko, że z nim to bieg po pewnym czasie przeradza się w spacer – nie daje rady ale to i tak cud, bo gdy mam z nim gdziekolwiek iść na piechotę to zawsze jęczy a w tym wypadku może maszerować nawet i 5km nie marudząc, ze go nogi bolą… Jednego wieczora podczas takiego dłuższego już spaceru spotkaliśmy kolegów siostry. Zgodzili się podwieźć nas z powrotem autem i wtedy zgadaliśmy się, że fajnie by było sobie tak pojeździć jeszcze rowerem. Chłopaki szybko podłapali temat więc odstawiliśmy Młodego do domu, zostawiliśmy z R a sami przesiedliśmy się na rowery i zaczęliśmy szaloną jazdę pustymi ulicami przez miasto. Coś nam strzeliło do głowy i postanowiliśmy w pewnym momencie jechać ścieżką rowerową prowadzącą przez łąki nad zalew za miasto. Noc ciemna, bezksiężycowa, co raz z szuwarów dobiegają jakieś dziwne odgłosy a gdzieś tam w oddali widać błyski i ciche grzmoty  a wariaty jadą  jeden za drugim ile sił w nogach w czarną czeluść. W końcu znaleźliśmy się na miejscu, okazało się jednak, że nocnych amatorów przesiadywania nad jeziorem jest znacznie więcej. Gdzieś tam paliło się ognisko a tu i ówdzie, zarówno na plaży jak i na pomostach, przesiadywały grupki młodzieży. My również rozłożyliśmy się na jednej z ławek na molo, wokół ciemno a nad nami niebo usiane gwiazdami, od jeziora wiała delikatna bryza… Siedzieliśmy tak sobie i gadaliśmy o wszystkim i o niczym… a gdzieś godzinę później ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem jednak trasa wiodła drogą. Chłopaki oczywiście szaleli urządzając sobie wyścigi i skacząc. Ktoś z przechodniów ostrzegł nas, byśmy zachowali ostrożność, bo o tej porze kierowcy jeżdżą tędy nie przestrzegając przepisów o ograniczeniu prędkości i faktycznie kilka razy gdy mknęliśmy z górki w stronę miasta mijały nas rozpędzone auta… Gdy w końcu, około północy po przebyciu przeszło 20km dotarliśmy w okolice domu wstąpiliśmy jeszcze na godzinkę do M. Tam wypiliśmy po radlerku, wypaliliśmy parę blantów, objedliśmy M z ptasiego mleczka, powygłupialiśmy się, pośmiali i wróciliśmy w dobrych humorach do domu…

                Oprócz takich nocnych wypadów jeździmy też sobie na wycieczki rowerowe z dzieciakami a ostatnio, ze względu na to że wzięliśmy od Straży dla Zwierząt na Dom Tymczasowy do dziadka  psa (w typie owczarka) sporo wędrujemy z nim po okolicznych łąkach by mógł się wybiegać, gdzie można przy okazji do woli się relaksować odgłosami natury i odpocząć od miejskiego zgielku. A pies jest taki fajny, że z chęcią bym go nie oddawała już nikomu i mam taką cichą nadzieje, że może już u dziadka zostanie…

         Ogólnie rzecz ujmując, pomimo jakichś tam małych problemów domowych jest luuuzzz… i takie powinny być wakacje, choćby nici wyszły z wyjazdu na wczasy.

 

DSC00180.JPG

 

DSC00430.JPG

Sama natura tworzy bukiety :)

 

DSC00426_o.jpg

 

 

14211_o.jpg

 

P15fe3_o.jpg

DSC00387.JPG

Reks - chłodzi się podczas spaceru - czy znajdzie się ktoś kto go pokocha? Chociaż ja już go pokochałam, bo to bardzo fajny i mądry pies...



komentarze (12) | dodaj komentarz

Wakacyjnie

sobota, 05 lipca 2014 12:21

 DSC09093.JPG

         Dzieciaki od tygodnia są na pierwszych swoich koloniach. W sumie wyjechały tylko na tydzień i tylko 40 km od domu i jutro już je zabieramy ale dla nich dobre i to, bo chociaż bardzo bym chciała gdzieś z nimi na wakacje wyjechać to nie wiem czy uda mi się te plany zrealizować. To też pierwszy dla nich tak długi pobyt w obcym miejscu, „bez mamy” (nawet gdy wyjeżdżały do teściów to nie było ich co najwyżej przez weekend) – niech zbierają nowe doświadczenia i uczą się samodzielności a Młody sobie „odpocznie” od gier, Playki, komputera i telewizora. O ile jednak nie mogły się doczekać wyjazdu i „pakowały” się już tydzień wcześniej (U Młodego w walizce, gdy sprawdzałam jak się spakował, odkryłam nawet… zabitą mysz leżącą na wznak! To jeden z kotów zrobił mu „psikusa” gdy zapewne podczas zabawy myszą – czarna kicia przynosi upolowane myszy młodym kotom – musiał tak nią podrzucić, że niefortunnie wylądowała między ciuchami Młodego. A może specjalnie mu ją zapakowali, taki prezent „na pamiątkę” od kotów, by miał jak zgłodnieje? W każdym bądź razie Młody gestu nie docenił, wściekł się wręcz na koty i z obrzydzeniem rozkazał mi wyprać ponownie wszystkie jego spakowane rzeczy z walizki…) o tyle od połowy turnusu nie mogą się doczekać powrotu. Rozumiem, że Młodemu może coś tam nie pasować – trudno może mu się dopasować do nowych reguł, nowych kolegów no i ten „detoks” od gier też może mu doskwierać (chociaż już w czwartek mówił, że jest fajnie i mu się podoba) ale, że Młoda będzie mi wyć w słuchawkę i błagać, żeby po nią przyjeżdżać to się nie spodziewałam, bo pojechała przecież z trzema koleżankami z którymi jest w jednym pokoju i w jednej grupie! Warunki zakwaterowania mają bardzo dobre, jedzenia też i w sumie program zajęć też ciekawy – to głównie z tego względu chciały same jechać.  Dziewczyny są modelkami i mają zajęcia związane z tą tematyką a chłopaki tworzą konstrukcje z lego. Oprócz tego zaplanowane są zabawy w plenerze, 2 razy dziennie zajęcia taneczne, plażowanie, dyskoteki, karaoke, ognisko… Nie ma czasu na nudę! A mimo to Młoda płacze i chce wracać… Przedwczoraj odwiedzili ich moi rodzice. Byli w okolicy, w lesie na jagodach więc postanowili przy okazji zrobić im niespodziankę. Z tego co mówiła mama dzieciaki jednak były bardzo zadowolone i z entuzjazmem opowiadały co robią, myślę więc, że jeśli chodzi o Młodą to w czasie gdy mają czas na dzwonienie do rodziców udziela się jej po prostu atmosfera – inne dziewczyny płaczą i narzekają to ona też…

Tyle sobie planowałam na ten tydzień „wolności” od dzieci… Myślałam, że sobie odpocznę, pójdę do fryzjera, że odpicuję całe mieszkanie, przemeblujemy z R kuchnię, będę miała czas zrobić większe porządki u dziadka… Tydzień zleciał a ja jestem w połowie zrealizowanych zadań…  i jestem już zmęczona. Kupiłam zmywarkę (moje biedne dłonie w końcu odpoczną i skończą się pretensje do wszystkich o brak zaangażowania w mycie naczyń) i nowe blaty do kuchni ale niestety zaszła pomyłka i tylko jeden blat na razie przyjechał więc montaż odbędzie się dopiero w przyszłym tygodniu.  Wysprzątałam pokój dzieci, wczoraj wyprałam ich kanapę ale został mi jeszcze do prania narożnik i dywan (może dziś to zrobię)… Zrobiłam przegląd ciuchów i butów dzieciaków łącznie z tymi co już kilka lat zalegały poodkładane w piwnicy, część sprzedałam na allegro a resztę ometkowałam, zapakowałam w torby i zamierzam w przyszłym tygodniu z siostrą pojechać w dzień targowy na jakąś wieś i spróbować to posprzedawać  ( w tym tygodniu na przeszkodzie stanął nam deszcz).

U dziadka też muszę być codziennie i też jest tam zawsze coś do zrobienia. Miesiąc temu rozebrałyśmy z siostrą walący się płot i przylegającą do niego drewutnię oddzielającą podwórko od sadu. Płot był już bardzo stary, i zaczął się przechylać a dziadek oczywiście nie mógł się na to patrzeć i chociaż już niedowidzi, ma problemy z kręgosłupem i ledwo chodzi zaczął sam, pod nieobecność wszystkich,  tworzyć jakieś podpórki … Oczywiście się namęczył i nie mógł się ruszyć z bólu w plecach i nogach więc widząc to i wiedząc, że dziadek jak tylko odpocznie, znów będzie się brał do roboty chociaż ledwie chodzi w jedno popołudnie, do wieczora z siostrą rozebrałyśmy tę wiekową konstrukcję. Urobiłyśmy się też niesłychanie, bo miałyśmy do przenoszenia mnóstwo desek, kłód, bali drewnianych, złomu, śmieci i drewna na opał. Wszystko trzeba było posegregować, bo przez lata dziadek zbierał wszystko na jedną kupę, bo przecież „kiedyś się przyda”…  Przez kolejne dni jeszcze pakowałam śmieci w worki, przenosiłam stare kafle piecowe i cegły w inne miejsce, demontowałam stary płot i porządkowałam teren – byleby dziadek nie miał tutaj nic do roboty…  Problem tylko w tym, że teraz nie ma płotu a dziadek nie chce dać kasy na nowy. Kombinuje, że sam zrobi… Znowu muszę go w tej robocie jakoś uprzedzić ale też szkoda mi na to moich pieniędzy. Jakiś czas temu R mówił, że jego znajomy przygotuje mi sztachety taniej ale ponoć teraz pije i na razie ani słychu ani widu tych sztachet… Na razie jednak dziadek znalazł sobie inne zajęcie – chciał żeby kupić mu dętkę (która jednak okazała się za duża więc ją pociął i pokleił na nowo) i mocuje się z robieniem koła do roweru… Nie wiem po co ta robota, czy ma zamiar jeszcze jeździć rowerem no ale niech ma zajęcie…

Na domiar złego z jednej ściany domu oberwał się tynk. Znów miałam robotę bo trzeba było wszystko obłupać, zebrać na taczki i posprzątać i to jak najszybciej zanim dziadek się za to weźmie. W dodatku okazało się, że stara chałupa z tej strony była ocieplona słomianką więc jeszcze tę słomę trzeba było pozrywać… Na szczęście akurat przyjechał R i mnie w tej robocie wyręczył. Teraz z kolei wszystko trzeba na nowo ocieplić ale tego już podjął się mój ojciec, chociaż się niezbyt z teściem „kochają”…  

                Tak więc na brak zajęć narzekać nie mogę i nie będę przez całe wakacje, bo jak tylko wrócą dzieciaki to biorę się  za naukę z Młodym. W sierpniu ma poprawkę z matematyki i do przerobienia 26 tematów z teorii oraz mnóstwo zadań. Wszystko od początku muszę z nim przerobić chociaż mam nadzieję, że część materiału ma opanowane i nie będę musiała uczyć go wszystkiego od podstaw, przecież pierwszy semestr też zaliczał i był obkuty „na blaszkę”. Podobnie dobrze sobie radził w drugim semestrze z polami figur, z ułamkami, działaniami na liczbach ujemnych… W sumie nie rozumiem dlaczego nałapał tyle jedynek, dlaczego sobie nie radzi na sprawdzianach? Rozmawiałam z panią i wiem, że część to za „nic nierobienie na lekcji”, że tak samo często na sprawdzianach oddawał puste kartki lub z ledwie zaczętymi zadaniami jakby w ogóle nie wiedział jak ma te zadania rozwiązać a przecież na tyle co z nim siedzę przy lekcjach wiem, że się orientował w temacie!  W dodatku pani często przed sprawdzianem dawała im jako pracę domową do rozwiązania te same zadania, więc jakim cudem potem nie udawało się mu napisać go na ocenę pozytywną?!

Nati mówi, że nic nie rozumie gdy pani tłumaczy a dopiero gdy ja mu wytłumaczę to on wie o co chodzi. No, może coś w tym jest, bo gdy przychodzę na konsultacje z rodzicami to widzę, że do pani od matematyki stoi w kolejce najwięcej rodziców (kiedyś weszło z 15 z jednej klasy) ale z drugiej strony skoro ja poświęcam mu tyle czasu, i gdy ja mu wytłumaczę to on rozumie to dlaczego mimo to dalej sobie na lekcjach nie radzi? Problem jest też w tym, że Młody wolniej myśli i wolniej wykonuje zadania ze względu na problemy z koncentracją a gdy zadań do rozwiązania jest dużo to może się nie wyrobić w czasie, poza tym potrafi się też „zaciąć” tzn. Zrobi jedno, drugie zadanie, trzeciego nie wie jak więc staje w miejscu zamiast robić dalej to co wie, bo ma zakodowanie w głowie, że musi wszystko robić po kolei… Nie wiem więc jak sobie poradzi na tej poprawce, R już panikuje, że jej nie zaliczy, ja póki co jestem dobrej nadziei…

 

                A na koniec to czego się dowiedziałam wczoraj i przedwczoraj słuchając „Radia Maryja” (oczywiście nie słucham z własnej woli ale przy okazji, ze względu, że dziadek jest fanem i jestem zmuszona słuchać krzątając się po jego domu). Otóż dowiedziałam się, że ja nie jestem narodowości polskiej… bo naród polski to naród katolicki!  Skoro tak to wszyscy co nie są katolikami, co nie chodzą do kościoła to nie są Polacy… Cholera,  to kim ja jestem? Mam polski dowód osobisty, polski paszport, polskie prawo jazdy, w pismach urzędowych w rubryce narodowość wpisuję zawsze – polska…  A tutaj mówią, że ja to nie Polak…

Drugim odkryciem było to, że dowiedziałam się, iż głównym winowajcą alkoholizmu wśród katolików jest rząd… bo nie nakłada kar na reklamodawców wyrobów alkoholowych i pozwala na jego ogólnodostępność – tak mówił jakiś ksiądz w kazaniu podczas transmitowanej mszy. Rząd prześladuje katolików i robi wszystko, by zniszczyć katolickie rodziny. W tym celu specjalnie pozwala min. na sprzedaż alkoholu na całodobowych stacjach benzynowych i nie ogranicza ilości przyznawanych sklepom akcyz na sprzedaż alkoholu a przez reklamy piwa rozpija się brać studencka…

Zastanawiam się tylko, dlaczego na większość najbliższych w moim otoczeniu osób oraz na mnie jakoś ta ogólna dostępność trunków wysokoprocentowych ani reklam nie działa? Dlaczego się jeszcze nie rozpiłam? No, ale najwidoczniej to tylko na katolików działa, więc jest to jeszcze jeden argument za tym, by kościół omijać z daleka…

 

I tym akcentem (z przymrużeniem oka) na koniec życzę wszystkim spokojnych, gorących i udanych wakacji.

 

 

DSC00058.JPG

 

 

DSC09055.JPG



komentarze (15) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 049  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261049
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni