Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

I po burzy...

piątek, 13 lipca 2012 1:24

     Ufff… dziś w końcu upał się skończył, a i mi lżej się też oddycha – złe emocje odleciały chociaż co raz i tak szlag mnie trafia z powodu R i …Młodego.

Nati w tym roku zaczyna IV klasę. W związku z tym skierowany został do Poradni Pedagogiczno - Psychologicznej celem wystawienia nowej opinii pedagogicznej i przeprowadzenia badań w kierunku dysleksji i dysgrafii. Przy okazji rozmowy z panią psycholog wspomniałam o niepokojących mnie problemach Natiego z wybuchami agresji, jego uzależnieniem od komputera i niewłaściwym stosunku do ojca. Pani psycholog umówiła nas w tej sprawie z terapeutą. Wczoraj poszliśmy więc na spotkanie razem z R.

Terapeutka, której już wcześniej nakreśliłam sytuację jaka panuje w naszym domu poradziła oczywiście, że koniecznie musimy ograniczyć Młodemu komputer i być w tym konsekwentni. Nie może być tak, że ja zakładam mu blokadę a R jako „dobry tatuś” podaje mu hasło na konto. Nie może być też tak, jak postępował R, że gdy Młody jest w trakcie np. oglądania interesującego go filmiku, podchodzi i nagle wyłącza mu komputer lub odsuwa z krzesłem i sam zajmuje miejsce przed ekranem monitora, bo „czas Młodego minął” – nic dziwnego, że dzieciak się wścieka, zaczyna rzucać obelgami - dla każdego, nawet dorosłego, takie nagłe odciągnięcie na siłę od ekranu byłoby irytujące - tylko, że Młody potrafi jeszcze wtedy podnosić rękę na R lub wyładowuje swój gniew na siostrze albo sprzętach – awantura wówczas w domu gotowa. R - ja czasami, gdy nie wytrzymuję nerwowo, też - sięga po pasa a ja zaczynam bronić dziecka i kłócimy się w sprawie metod wychowawczych, bo gdy ja każę Młodemu „kończyć” ale pozwolę „dooglądać” coś do końca, to potrafi odejść od komputera sam, bez histerii…

Terapeutka poradziła byśmy w przypadku wybuchów wściekłości spróbowali go przytrzymać, objąć, ścisnąć aby poczuł, że jesteśmy silniejsi. W sumie kiedyś, gdy był dużo młodszy stosowałam już tę metodę i wtedy była to jedyna metoda jaka na niego działała aby się wyciszył. Teraz będzie trudniej ale trzeba będzie spróbować, bo straszenie pasem czy nawet go użycie w ostateczności (co jest jedyną, pewną formą perswazji jaka na niego działa) nie jest dobrym rozwiązaniem. Młody uczy się tylko, że złość leczy się agresją. Przymus z użyciem siły fizycznej, można zastosować gdy Młody nie chce np. wyjść z nami z domu, bo woli siedzieć przed telewizorem czy grać w gierki a nie mogę go akurat „dla świętego spokoju” zostawić samego, bo byłby zbyt długo bez opieki. Ale już i tak niejednokrotnie zdarzyło mi się wcześniej, przy wyprowadzaniu go z domu, stosować dźwignię łokciowo - barkową. Pewnie jeśli któryś z sąsiadów obserwowałby mnie wówczas przez okno, pomyślałby sobie; „oto przykład wyrodnej matki – wariatki, która pastwi się nad dzieckiem” ale niestety, na niektóre dzieciaki jest to jedyna metoda!

     Dla mnie ta jego „ucieczka” w świat wirtualny jest dziwna. Mam wrażenie, że nie potrzebuje kolegów – jak przyjdą to Ok jak ich nie ma to sam nie poszuka. Może jest to jakaś forma ucieczki przed problemami w domu, przed świadomością tego, że w jakiś tam sposób odstaje od swoich rówieśników, bo może nie potrafi znaleźć z nimi wspólnego języka? Ale jego dzieciństwo nie może być takie „monotematyczne”, on potrzebuje kontaktu z innymi, by móc się rozwijać!

Widzę jak jego dzieciństwo jest inne od mojego… W sumie fakt, za moich czasów nie było komputerów a w telewizji też nie było nic pociągającego więc siłą rzeczy wakacje to był czas wspólnego hasania po dworze „od świtu do nocy”… Ale moi rodzice nie musieli szukać mi na silę rozrywki, potrafiłam sama znaleźć sobie zajęcie: miałam koleżanki z którymi się bawiłam, graliśmy w dwa ognie, klasy, gumę, podchody czy „Państwa miasta”… Rysowałam, czytałam książki, urządzałam z siostrą przedstawienia, pisałyśmy scenariusze, robiłyśmy kukiełki, dekoracje, teatrzyki, bawiłyśmy się w szkołę na świeżym powietrzu u babci na podwórku, właziłyśmy na drzewa, objadałyśmy się czereśniami, kradliśmy papierówki z sadu sąsiadów, jeździłam rowerem, robiliśmy sobie wycieczki na łąki, były żniwa, sianokosy w których pomagałam… cholera, było tyle rzeczy do robienia a dla Młodego nie ma nic!

Dobrze, że przynajmniej z córcią jest inaczej. Ona się nie nudzi, ma koleżanki z którymi wychodzi na rower, rolki i przesiaduje pod blokiem do późnego wieczora. Jeździ też z koleżanką i jej mamą – naszą sąsiadką – na ich działkę nad wodę a wczoraj zażądała od R, by ją wywiózł na kilka dni do jego rodziców. Nati gdyby był grzeczniejszy też mógłby jeździć nad wodę, też mógłby pojechać do dziadków – ale nie chce…

Pewnie wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby było mnie stać gdzieś wyjechać na wczasy, czy wysłać dzieciaki na kolonie – ale niestety, finanse nas ograniczają. R wprawdzie coś kombinuje z wyjazdem w góry – ma znajomego, który go do siebie zaprasza... Fajnie by było wyjechać, chociaż na kilka dni ale mielibyśmy razem jechać i udawać „szczęśliwe małżeństwo”? Z drugiej strony, może dla takiego wyjazdu aby się oderwać od codzienności i pokazać dzieciakom fajne miejsca warto zakopać toporki wojenne i trochę „poudawać”?  

Nie wiem czy cokolwiek z tego wyjdzie, bo w kasie pustki. Ja staram się jak mogę skończyć jak najszybciej projekt ale i tak nie wiem kiedy dostanę za niego wypłatę. Muszę też odłożyć na zakup podręczników i wyprawki do szkoły a szykuje się nam jeszcze duża dopłata za światło, a R przecież nie zarabia... Ostatnio jest zajęty nadzorowaniem budowy mojej siostry. Wyszukuje fachowców, materiały, ciągle jeździ i coś załatwia – i dobrze, bo im mniej jest w domu tym mniej mamy powodów do kłótni… Dobrze, że wczoraj postarał się o jakąś gotówkę i kupił dzieciakom nowe plecaki (bliżej września nie byłoby już takiego wyboru) dla mnie to o jeden planowany wydatek mniej.

 

     Aby pomimo braków w gotówce, zapewnić dzieciakom jakieś atrakcje przeglądnęliśmy wakacyjną ofertę Domów Kultury i dzisiaj R zawiózł Młodego na zajęcia z modelarstwa organizowane przez MDK. Skoro ma smykałkę do tworzenia wymyślnych konstrukcji z klocków i budowania w Maincrafcie to może się sprawdzi w budowie szybowców? Młodemu zajęcia bardzo przypadły do gustu. Szkoda tylko, że to kilkudniowe warsztaty ale po wakacjach na pewno zapiszemy go do Klubu Modelarskiego. Jutro chłopaki idą robić zawody i będą puszczać w parku wykonane przez siebie modele a na przyszły tydzień zapisaliśmy dzieciaki na wycieczkę autokarową do Kazimierza (za drobną opłatą) – w programie min. zwiedzanie zamku, obiad i rejs statkiem po Wiśle. W przyszłym tygodniu mają też być jakieś warsztaty kulinarne, warsztaty z projektowania biżuterii itp. i wszystkie te zajęcia za darmo, więc oby tylko dzieciaki chciały warto  będzie z tego programu skorzystać.

     Dzisiaj też moje Syniu poczuło w sobie… artystę i wymęczyło prośbami zakup farb i podobrazia. Nie posiadał się z radości kiedy przytachałam z piwnicy moją starą, zakurzoną sztalugę, pędzelki i rozłożyłam mu ją w kuchni. Oczywiście zaczął malować… tonącego Titanica. Kiedy dzieło zostanie ukończone nie omieszkam go tutaj zamieścić, teraz poniżej proces jego powstawania…

      Najważniejsze więc nie dać się złym emocjom  a może nie będzie tak źle.

 

 

Ps. I dzieło ukończone :)



komentarze (21) | dodaj komentarz

Powrót do przeszłości...

środa, 04 lipca 2012 3:47

     No i się zaczęło to, co było do przewidzenia… wpadam w dołek z powodu R… Dopadły mnie znowu złe emocje, takie z dawnych czasów, o których istnieniu przez ostatnie trzy lata zapominałam… Pierwszy raz przydarzyło mi się to jakiś miesiąc temu, pokłóciliśmy się, wybuchłam… miałam ochotę rzucić się na niego - z całą nienawiścią jaką w sobie miałam wobec mojej niemocy w stosunku do jego tępoty dla mojej argumentacji - i otłuc mu mordę… ale awantura i wrzaski przecież niczego nie rozwiążą, powstrzymałam się w ostatniej chwili, zabrałam psa i wyszłam na spacer… Tego dnia po raz pierwszy od jego powrotu znów przez niego płakałam, znów poczułam tę bezsilność i beznadzieję sytuacji, jakby wszystko nagle wróciło, jakby znów ktoś usiłował zamknąć mnie „w klatce”, w której siedziałam zanim on nie zniknął na te dwa lata z mojego życia…

Nie wiem co się dzieje, te emocje są strasznie destrukcyjnie, boję się ich i nie chcę by wracały…

    Rok temu też miałam swoje problemy, jak zwykle brakowało pieniędzy, czasami czułam się samotna, zmęczona, czasami wkurzały mnie dzieci ale miałam jakiś taki wewnętrzny spokój i optymizm. Była we mnie jakaś taka lekkość, czułam w sobie wolność i nadzieję, że będzie lepiej - a teraz?

     Od paru dni z nim się kłócę i nie jest to raczej wpływ księżyca ani mojego PMS, po prostu zaczynam się coraz poważniej bać i przejmować tym, co dalej z nami będzie… Czy on się nigdy już ode mnie nie odczepi? Drażni mnie coraz bardziej jego obecność, to jego ciągłe „kocham cię”, „pokochamy się dzisiaj?”… ten jego „zły” dotyk – nienawidzę jak mnie całuje znienacka, dotyka, głaszcze, przytula się… Ile razy będę mu tłumaczyć, że sobie tego nie życzę, nie chcę by mnie dotykał, że „nie będziemy się kochać, bo Ciebie nie kocham!” Mogę do niego mówić, mogę prosić, mogę krzyczeć, mogę dać w pysk ale do niego i tak nic nie trafia a we mnie narasta tylko coraz większa frustracja… Wraca to co było kiedyś i wbrew obietnicom wraca ten sam co kiedyś R, tylko jeszcze na mnie ręki nie podniósł…

Podniosłam za to ja, parę dni temu, podczas kłótni…

Miedzy mną a R dochodzi coraz częściej do kłótni na tle finansowym – nie widzi mi się go utrzymywać! Jesteśmy w separacji więc nawet nie mam takiego obowiązku. Każdy powinien żyć na swój własny rachunek a skoro mieszkamy nadal pod jednym dachem to koszt utrzymania mieszkania dzielić na pół ale R całą tę separację traktuje jak pic na wodę. A ja – ja i tak muszę płacić, bo inaczej stracę mieszkanie, w spółdzielni nikogo nasza sytuacja nie interesuje, interesują pieniądze za lokal – całość!

Odnoszę wrażenie, że R sobie odpuszcza. Odkąd skończyły się sprawy związane z rozwodem - tak jak zresztą czułam, że będzie – pomału coraz bardziej przestawał się „starać”. Poniekąd to oczywiście rozumiem, bo dla kogo i po co niby ma „się starać” skoro jego starania i tak są niedoceniane? Wcześniej spontanicznie, sam brał się za sprzątanie czy mycie naczyń a teraz trzeba coraz częściej na niego „huknąć”, żeby się wziął za jakąś robotę w domu.

Miał mieć zlecenia na układanie kostki, umawiał się pod koniec miesiąca, kiedy już się obrobimy z robotą u nas, ale niestety jakoś nastała cisza w tej kwestii… Szukał też pracy w paru miejscach, miał już pewne obgadane miejsca i… nic z tego też nie wyszło. Nie wiem, czy on ma po prostu takiego pecha, że czego się nie czepi to okazuje się, to jakimś niewypałem?

Większa część pieniędzy jakie ja dostaję idzie na opłaty, „na życie” praktycznie nie zostaje nic i wszystko co mam „ponad to” dostaję od mamy lub dziadka jako „zapomogę” lub jako zapłatę za wykonane zlecenia. Dlaczego mam utrzymywać z tego jeszcze R? On oczywiście uważa, że jest w porządku, bo przecież ma rentę (ostatecznie nie nadaje się z powodu swojej choroby do pracy), a że idzie ona w całości na spłatę zaległych długów w KRUS-ie a teraz również na spłatę kredytu to cóż on na to poradzi, przecież to MOJE długi spłaca! Oczywiście w jaki sposób do tych MOICH długów doszło nie pamięta a przypomnienie kończy się awanturą…

Spieramy się też ciągle w kwestiach wychowawczych związanych z Natim. R obarcza mnie winą za jego problemy z nauką i uzależnienie od komputera. Między nim a Młodym dochodzi ciągle do przepychanek słownych, szarpaniny, walk o pilota lub komputer, bo tato musi wejść na czat… Tyle razy mu tłumaczyłam, że jeśli chce wyegzekwować coś od Młodego to nie wystarczy mu tylko tego zabronić ale trzeba zaproponować coś równie atrakcyjnego w zamian! Wiem, że Nati ma problem, widzę, że ucieka „w swój świat” ale też mnie to nie dziwi – przecież ta „rodzina” jest chora! Owszem, nie jestem bez winy wobec tego stanu rzeczy, też w pewien sposób go zaniedbałam, bo mając świadomość, że wymaga poświecenia mu większej uwagi, często zwyczajnie pomiędzy obowiązkami na to poświęcenie uwagi nie miałam czasu i przez to „pozwoliłam” mu na taką „samowolkę” w rozrywce ale R, kiedy wrócił, miał mi w tym pomóc! Miał spędzać więcej czasu z dzieciakami, zacieśniać z nimi więź, pomagać w lekcjach, nadrabiać to co stracił przez lata nieobecności i wcześniejszego braku zainteresowania… Na początku owszem, „starał się” ale z czasem wrócił „stary” R, który owszem wymaga ale z siebie daje mało i kiedy mówi – to krzyczy, jakie dziecko będzie lgnęło do takiego ojca? Poza tym 2 lata to dla dziecka bardzo dużo czasu, a że wcześniej ten ojciec też nie był dla niego kimś bliskim tylko gościem w domu to jak teraz nagle ma stać się autorytetem? Aby tak się stało trzeba czasu, poświęcenia mu sporej uwagi, zainteresowania i cierpliwości, krzykiem i zastraszaniem można wzbudzić tylko większą niechęć i frustrację. Dodatkowo kłótnie jakie wybuchają między nami, których świadkami są dzieci też w tym nie pomagają a moje panowanie nad sobą już się wyczerpało…

Dziś znowu to samo… Zaczęło się od tego, że nic nie było rano na śniadanie a kasa też już mi się skończyła. Pojechałam więc z Małą do rodziców (zabrał nas po drodze tato, bo akurat wracał z działki). Tam wzięliśmy jeszcze udział w akcji ratowania kota, który spadł rodzicom z balkonu - z drugiego piętra – „zatrzymał się” zadaszeniu balkonu na parterze i z daszku wskoczył sobie na parapet sąsiadów na pierwszym piętrze i tam utknął miaucząc przeraźliwie… Sąsiadów nie było w domu więc nijak nie było jak zabrać kota z parapetu, okna od południa, upał więc zapowiadało się nieciekawie. Próbowaliśmy jakoś zwabić kocura, by z powrotem skoczył na daszek – nie miał teoretycznie z tym żadnego problemu – już nie pierwszy raz na nim wylądował i kiedyś, był z niego ściągany przez sąsiada, ale tym razem „upodobał” sobie parapet i nawet argumenty w postaci straszenia go od góry wędką przez mojego ojca do niego nie trafiały… Mama dzwoniła już do administracji, by ktoś przyjechał z długą drabiną – drabinę mają ale akurat nie mieli do niej ludzi…

W końcu sąsiadka z vis-à-vis zamkniętego mieszkania (gdzie utknął kot)  wpadła na pomysł: wychyliła się przez okno i podłożyła do ściany deseczkę, którą oparła na parapecie sąsiadów gdzie siedział kot i o dziwo kot się posłuchał i wszedł na deskę a kiedy był już w zasięgu jej rąk kazałam, by szybko złapała go za kark i wciągnęła do swojego mieszkania! Tym sposobem Stefan został uratowany z opresji.

Potem dostałam od mamy parę złotych i mogłam iść z Małą na zakupy. Z powrotem szłyśmy na piechotę. (W niedzielę jak na złość zepsuł się samochód, nie wiadomo czy „poszedł” tylko wybierak, czy cała skrzynia do wymiany, jak to drugie to położę chyba już krzyżyk na tym samochodzie, bo się nie opłaca robić…) Upał niemiłosierny a ja objuczona siatami i Małą, która wprawdzie pomagała ale co chwilę się męczyła i jęczała, że „nie ma już siły”… zmordowane ale doszłyśmy jakoś żółwim tempem do domu. A w domu… syf! R „nie zdążył” zaścielić łóżka mimo, ze już było blisko południe, w kuchni bałagan, bo „robił Młodemu omleta” a Młody zajęty obieraniem ziemniaków na frytki, więc łupiny w zlewie, łupiny na podłodze, łupiny na stole… wszędzie totalny rozpierdol!

A tatuś oczywiście w tym czasie miał czat… i jeszcze szczęśliwy woła mnie, by się pochwalić nagimi fotkami jakie dostał od jakiejś głupiej blond pizdy! Szlag mnie trafił, opieprzyłam go za bałagan i „nic nie robienie” pod moją nieobecność. Kazałam wypakować zakupy do lodówki… sama musiałam odpocząć. Kiedy R poszedł do sklepu po olej, zaczęłam jednak sama ogarniać to pobojowisko. Otworzyłam lodówkę by coś schować a tu z górnej półki leci na mnie opakowanie z jajkami – nijak nie miałam szans by je „uratować” 9 jajek wylądowało rozbryzgując się na podłodze!

-„Nie, no zabiję go! Miało być ciasto z truskawkami a jest jajecznica na podłodze!” – Okazało się, że R zamiast wyłożyć zakupy do lodówki po prostu walnął byle jak reklamówki z całą zawartością! Gdy wrócił ze sklepu znowu awantura gotowa…

Cały dzień siedziałam nad projektem, robiąc sobie przerwy na gotowanie, pranie, sprzątanie…

Wieczorem gdy szykowałam Małą okazało się, że nie ma jej aparatu na zęby – wyjęła u rodziców a ja zawinęłam go w chusteczkę – tyle pamiętam, ale do torebki nie włożyłam… Cholera, a jeśli zostawiłam go na stole i potem ktoś wyrzucił do śmietnika? Dzwonie do rodziców, ale nikt go nie widział a jedne śmieci były już dziś wynoszone… Nie, no załamię się chyba, 1300zł poszło się je@%ć!

    A R się wykąpał, wyperfumił i przepadł na noc… Ja pracowałam, naszło mnie pisanie, teraz zaczyna świtać a jego ni widu ni słychu. Przed wyjściem siedział na czacie, więc pytam: „Umówiłeś się z jakąś, że wychodzisz?”. Zaprzeczył - „Rowerem idę pojeździć, przecież wiesz, że ja Ciebie nigdy nie zdradzę…”

Taaa, jasne, bo idąc „na rower” dupę się myje… Żeby cholera jakąś sobie znalazł, żeby z nią już został – byłabym szczęśliwa, ale nie, on wróci, bo przecież „mnie kocha”…



komentarze (15) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 012  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261012
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni