Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Afternoon in paradise

poniedziałek, 18 lipca 2011 12:35

 

    Ciężko było mi wstać dzisiaj z łóżka, po wczorajszej przejażdżce rowerem bolały mnie uda. Miałam rano iść na siłownię, ale zrobiłam sobie odpust, wystarczy mi chyba na razie wczorajszy 2 godzinny popołudniowo/wieczorny „trening”. Zrobiłam w końcu blisko 30 km, biorąc pod uwagę moją kondycję wynik zadawalający, więc dziś należy mi się odpoczynek.

Dzieciaki są u teściów, mam zatem „wolne” i mogę robić, co chcę, nigdzie się nie śpiesząc. Wyszłam z psem, przeszłam przez łąkę na „naszą” kopalnię. Stanęłam na skraju urwiska a ciepły powiew wiatru suszył mi włosy. Uwielbiam lato, uwielbiam ciepło, upały... Wszystko wokół zdaje się robić takie leniwe. Jakby czas stanął w miejscu. Chciałabym każdą tę chwilę zatrzymać. Schować do pudełka i móc sięgać po nią w długie zimowe wieczory. Nagrać ten delikatny szum liści, bzyczenie uwijających się pośród kwiatów pszczół, muchówek, osówek i trzmieli, trzepot kolorowych skrzydeł motyli, grające w trawach świerszcze. Zamknąć w flakonie zapach zroszonej ziemi, ziół i świeżego siana. Zachować przed oczyma widok polnych kwiatów: liliowych dzwonków, błękitnych chabrów i cykorii, żółć dzikich koprów, czerwień maków, pęki białych rumianków, kwitnące trawy uginające się delikatnie pod naporem rozgrzanego powietrza… Nade mną uwijają się jaskółki, gdzieś z oddali dochodzi odgłos nawołujących się bażantów. Letni spokój i wszechobecna ospałość jest pozorna, bo tutaj praca wrze na całego. Łąka to jedna wielka metropolia z tysiącami różnego pokroju mieszkańców. Wszystko się wokół roi. Dla mnie jednak czas stanął w miejscu… czuję jak wzbiera we mnie błogość, tak wygląda mój raj…  

Wczoraj mknąc gładko świeżo wyremontowaną szosą czułam to samo. Liczyło się tu i teraz a teraz rozpierało mnie szczęście i wokół nie widziałam nic innego. Nie czułam upływającego czasu, nie martwiły mnie pojawiające się pod oczami pierwsze zmarszczki - bo ich nie było, nie widziałam moich niedoskonałości w figurze - bo też gdzieś zniknęły… Ogarniał mnie wewnętrzny spokój, chwilami byłam całkiem sama, lecz czułam się bezpieczna i wolna, nie widziałam nieszczęść, nie widziałam smutnych ludzi, nie było nikogo chorego… Gdzieś w oddali słońce pomału chyliło się ku zachodowi, było jednak jeszcze na tyle wysoko by chwilami nieznośnie przypiekać mi ramiona i oślepiać swym światłem. Mijałam pola i zagajniki. Nade mną czyste niebo, słońce złotawo przebijające się przez liście drzew. W oddali nad polami bociany, świergot ptaków, zapach pól, lasu i przestrzeni… Czasem było ciężko, gdy trzeba było drałować pod górę, czułam jak pracuje każdy mięsień moich ud, lecz za każdym razem na szczycie czekała nagroda w postaci wolnego zjazdu w dół w szalonym tempie… Orzeźwiająca bryza muskała mnie w twarz.

Mijałam wsie - pasące się na łąkach krowy, drób w zagrodach, bujne warzywne ogrody, pola dojrzewającej pszenicy… Mijałam zadbane posesje i osiedla. Spacerujące matki z niemowlętami w wózkach, dzieci bawiące się przy drodze lub beztrosko szalejące na placach zabaw, rodziny ucztujące na świeżym powietrzu przy domach, wylewające się z donic kaskady surfinii i pelargonii, kota siedzącego w oknie leniwie obserwującego okolicę, kocięta baraszkujące na balkonie, spacerujące w objęciach pary zakochanych i ludzi na spacerach ze swoimi psami. Mijałam gwarne kawiarnie, wesołe miasteczko… Nie czuć było złości, nie słychać przekleństw i złorzeczeń. Z naprzeciwka mijałam innych rowerzystów, niektórzy tak jak ja jechali w pojedynkę inni rodzinnie lub w gronie przyjaciół. Uśmiechaliśmy się do siebie…

Wróciłam zmęczona, ale szczęśliwa. Tak, tak właśnie musi wyglądać raj, tak wygląda mój raj i nie potrzebuję innego…

 

 


 







komentarze (12) | dodaj komentarz

Udar

poniedziałek, 11 lipca 2011 1:44

     Mama zakochała się w ozdobnych kurach. Wymyśliła sobie, że zacznie takie hodować więc w sobotę wzięłam dzieci i z rodzicami wybraliśmy się na Wystawę Zwierząt Hodowlanych do Sitna k/ Zamościa.

    Zanim jeszcze wyjechaliśmy z miasta tato zatankował auto, kiedy wrócił do samochodu powiedział, że gdy płacił „coś mu nie dawało mówić", zaczął też chrząkać i pokasływać, bo miał wrażenie, że coś uwiera go w gardle. Ale nic, wsiadł za kierownicę i zaczął jechać dalej. Mama spytała czy na pewno dobrze się czuje - siedząc obok zauważyła, że zmienił się trochę na twarzy – tato jednak twierdził, że wszystko jest w porządku tylko lekko mu słabo ale to na pewno zaraz mu przejdzie i… jechał dalej.  Ewidentnie jednak coś było nie tak, bo jego mowa zaczęła przypominać bełkot pijanego mimo przytomności umysłu. Obserwując całą sytuację z tylnego siedzenia zasugerowałam, że może to być udar - wprawdzie nigdy nie widziałam „na żywo” jak wyglądają jego objawy ale przypadkowo kiedyś, gdzieś na ten temat czytałam i pamiętam, że pisało tam iż często osoby, które w miejscu publicznym doznają udaru są posadzane o bycie pod wpływem alkoholu, gdyż pierwsze objawy są do takiego stanu bardzo podobne. Jednak rodzice nie potraktowali tego co mówię poważnie. Mama wprawdzie dalej upierała się aby puki jeszcze nie wyjechaliśmy za miasto skręcić do lekarza ale stan taki przypisywała możliwości nagłego wzrostu ciśnienia gdyż jej (choruje na nadciśnienie i tato czasami również ma z nim problemy) kiedyś „zrobiło się coś podobnego”. Ojciec jednak nie chciał słyszeć o tym, żeby zjeżdżać z drogi a nawet mamrotając wydarł się na nią, żeby w końcu dała mu spokój i się odczepiła „bo mu nic nie jest”!! Znaleźliśmy się poza miastem, zaczęłam się niepokoić bo kilka razy lekko zahaczył o pobocze a rozmawiając z mamą nie dość, że mówił dalej niewyraźnie to odnosiłam wrażenie, że skacze z tematu na temat co dla mnie zupełnie nie miało sensu. W pewnym momencie zjechał jednak na pobocze i wziął od mamy tabletkę obniżającą ciśnienie, nadal jednak nie godził się na oddanie mi kierownicy. Zaczęłam się już bać, jeżeli to faktycznie jest udar to przecież w każdej chwili może równie dobrze stracić przytomność! Cholera, dlaczego on jest tak głupio uparty!! W końcu jednak dał się przekonać by po drodze skręcić pod ośrodek zdrowia w jednej z mijanych miejscowości. Niestety okazało się, że w soboty jest nieczynny! Musimy jechać dalej. Dopiero teraz zobaczyłam, że tato ma uniesiony do góry kąt wargi, co raz dotyka się w policzek i przeciąga ręką  do szyi jakby czuł, że coś mu tam przeszkadza, uwiera. Chód też zrobił się lekko chwiejny ale oczywiście pakuje siadać do przodu! Nie – spokojnie ale stanowczo sprzeciwiłam się temu – z tobą coś złego się dzieje, możesz zasłabnąć i nasz rozbijesz! I stał się cud, tato nic nie odpowiadając siadł już z tyłu. Pojechaliśmy dalej i zatrzymaliśmy się na chwilę u kuzynów aby zmierzyć mu ciśnienie – było bardzo wysokie. Kuzynka też powiązała te objawy z możliwością udaru co podziałało na nich przekonująco i pojechaliśmy prosto do szpitala w Zamościu do którego mieliśmy już niedaleko. Tam od razu jednak nas nie przyjęli, musieliśmy oczywiście odstać swoje w kolejce. Po wstępnym badaniu diagnoza była oczywista TO UDAR MÓZGU z podejrzeniem udaru niedokrwiennego! Tato został od razu przewieziony na S.O.R.

     Jak czytamy w Wikipedii udar niedokrwienny mózgu tak jak i zawał serca „spowodowany jest gwałtownym zatrzymaniem dopływu krwi do mózgu jako wynik zwężenia lub całkowitego zamknięcia światła naczyń tętniczych. Obecnie, za najskuteczniejszą metodę leczenia udaru niedokrwiennego uznaje się dożylne podanie leku trombolitycznego, który rozpuszcza zakrzep i pozwala jak najszybciej przywrócić dopływ krwi do tkanki nerwowej. Aby terapia dała efekty leczenie należy wykonać najszybciej jak to jest możliwe, w trakcie tzw. okna terapeutycznego, które dla obecnie stosowanego leku- rt-PA (rekombinowany tkankowy aktywator plazminogenu) podawanego dożylnie wynosi do 3 godzin od pierwszych objawów. Tkanka nerwowa jest bowiem bardzo wrażliwa na brak składników odżywczych (glukozy) oraz tlenu i zaczyna szybko obumierać. Po tym okresie, przywrócenie krążenia krwi w tkance nerwowej położonej najbliżej ogniska udaru (tzw. prenumbra lub "strefa cienia") grozi jej dalszym uszkodzeniem w związku z napływem różnych związków, w tym wolnych rodników uwalnianych z obumarłych komórek. Ze względu na ograniczenie czasowe, z leczenia trombolitycznego może skorzystać niewielu - mniej niż 10 proc. - pacjentów. Każde wydłużenie okresu, w którym można uratować większy obszar mózgu ma ogromne znaczenie”.

    Na szczęście zdążyliśmy się „wbić” między te pierwsze 3 godziny, chociaż oczywiście można było jechać od razu do szpitala w ogóle nie wyjeżdżając z Chełma jak tylko pojawiły się objawy gdyby tylko ojciec nie był tak uparty!

    Tato pozostał w szpitalu na 6 godzin. Podano mu leki, zrobiono tomografię i… wypisano ze skierowaniem do szpitala w miejscu zamieszkania. Przyjechaliśmy do domu żeby zabrać potrzebne rzeczy. Tylko, że on do tego szpitala nie chciał już jechać bo uważał że „czuje się lepiej”. No cholera, gorzej niż z dzieckiem! Tłumaczenia i prośby trwały dobrą godzinę, nawet moje dzieci włączyły się do przemawiania dziadkowi do rozsądku dopiero groźba wezwania pogotowia gdy zachwiał się i wywrócił w łazience jakoś podziałało i zgodził się pojechać. Ale oczywiście i tutaj na izbie przyjęć trzeba czekać i kolejna godzina mija!

     Jak będzie dalej – dziś tego nie wiadomo. Do trudności z mówieniem, skrzywienia ust i zachwiań równowagi wczoraj wieczorem dołączył lekki niedowład prawej ręki ale nic złego więcej się nie dzieje. Z tego co czytałam odpowiednio wcześnie podjęte leczenie pozwala na całkowite odwrócenie skutków udaru, zaś chory może powrócić do pełnej aktywności bez żadnych defektów neurologicznych. Więc mamy nadzieję, że w przypadku tata będzie podobnie. Na pewno jednak będzie musiał na siebie bardziej uważać. Rzucić w końcu papierosy, zacząć  mądrzej się odżywiać i mniej się forsować.

     Ja zapamiętam z tego kilka rzeczy. Nie należy lekceważyć objawów nawet jeśli nie jesteśmy do końca pewni co nam dolega i czy to coś poważnego czy nie, trzeba jechać od razu do szpitala albo wzywać pogotowie. W przypadku podejrzenia udaru unikać leczenia i transportu pacjenta do małych lokalnych ośrodków, które nie są w stanie zapewnić właściwego wczesnego postępowania terapeutycznego. Dyskwalifikujące dla ośrodka są: brak urządzenia diagnostyki obrazowej (tomograf, rezonans), brak całodobowego dyżuru, brak zespołu będącego w stanie zastosować leczenie trombolityczne. Optymalną sytuacją jest, gdy pacjent trafi na specjalistyczny oddział udarowy.  Nie można odwlekać niczego w czasie bo trzeba się liczyć z tym, że nie zawsze udzielona zostanie nam pomoc od razu - istnieje duże prawdopodobieństwo, iż trzeba będzie poczekać na swoją kolej, jeśli nie jesteś noworodkiem ani nie sprawiasz wrażenia już „umierającego” nie licz, że lekarz przyjmie cię poza kolejnością, takie są niestety realia a nigdy nie wiadomo, czy stan chorego nagle się nie pogorszy, „potem” mogłoby się okazać, że było już za późno…

 


 

Jakie dolegliwości zgłasza chory z udarem ?

  • - zaburzenia widzenia w jednym lub obu oczach (ewentualnie jednostronne rozszerzenie źrenicy),  utrata wzroku, podwójne obrazy,
  • -  niedowładu lub porażenia mięśni twarzy, ręki i/lub nogi, najczęściej po jednej stronie ciała
  • - zawroty głowy, zaburzenia chodu i równowagi - lub zaburzenia koordynacji (ataksja),
  • - "znieczulenia" twarzy, ręki i/lub nogi, najczęściej po jednej stronie ciała
  • - paraliż lub osłabienie w twarzy, ramion, nóg, a nawet połowy ciała
  • - zaburzeń mowy, z trudnościami w zrozumieniu słów oraz w wypowiadaniu się
  • - silnego bólu głowy bez znanej przyczyny
  • - zaburzenia połykania (dysfagia). 

Warto poczytać by wiedzieć „na przyszłość”

http://porady-neurolog.com.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=5%3Aco-to-jest-udar&Itemid=36

http://www.udar.medserwis.pl/



komentarze (4) | dodaj komentarz

Stres kontrolowany czyli jest pięknie chociaż pięknie nie jest :))) cz.2 Czy warto się zawsze nad wszystkim głąboko zastanawiać?

wtorek, 05 lipca 2011 1:22

      Moje plany odnośnie otworzenia mini przedszkola zawiesiłam na kołku. Trudno znaleźć odpowiedni lokal a poza tym ciągle „ściga mnie” Urząd Skarbowy za zaległe podatki po mojej dawnej działalności  no i jeszcze ten „potrzebny podpis męża”… Nie no, nie mam do tego sił. Dlatego puki co wyrejestrowałam się z PUP i złożyłam wniosek do MOPS-u o zasiłek pielęgnacyjny za opiekę nad dziadkiem. Skoro coś takiego się należy to dobre i to a jeżeli w między czasie w końcu dostanę ten rozwód to wrócę do swoich planów. Chciałabym bardzo robić coś poważnego, coś co by było moje i co dawałoby mi satysfakcję, bo widzę, że „z zewnątrz” nie ma nadziei żeby mnie ktoś zatrudnił. Niestety najgorsze są te stare niezałatwione, ciągnące się już od lat sprawy, które mnie hamują.   

     Przez ostatni tydzień pogoda nas nie rozpieszcza, nie mam zupełnie co robić w domu. Roboty żadnej nie mam więc nudzi mi się cholernie. Nie mam pomysłu jak zorganizować wakacje dzieciakom. Chciałabym gdzieś je zabrać, wyjechać ale nie mam za co. Nati przez parę dni był u dziadków. Teść organizował mu różne zajęcia. I bardzo dobrze bo w domu nie mogę go oderwać od gier. Siedzi albo przy komputerze albo xboxie, czasami przychodzą do niego koledzy i razem grają ale ja chce by wychodził na dwór! Gdy był u dziadków kosił trawnik, mył auto, pomagał w sklepie, darł tektury w kotłowni na podpałkę, karmił psy, jeździł z teściem samochodem... miał kupę roboty ale mimo tego i braku komputera był zadowolony. Ja w tym czasie siedziałam w domu z Małą i robiłyśmy sobie wycieczki po łące albo do lasu. Teraz nastąpiła wymiana - ona jest u dziadków a Młody w domu. Niestety, przez zalegający na niebie błękit pruski zmuszeni jesteśmy siedzieć w domu…

Mam huśtawki nastroju – nie wiem, może to przez pogodę a może to tylko hormony ale albo wpadam w euforię i rozpiera mnie radość gdy np. w sobotę kupiłam sobie w ciuchlandzie za 16 zł zupełnie nową bluzeczkę CUSTO (normalnie w sklepie cos takiego kosztuje ponad 200zł!!) i potem cały dzień w niej ganiałam i kręciłam tyłkiem przed lustrem w takt lecących z radia bitów albo tak jak dziś coś mnie przygnębia i zupełnie nic się nie chce.

     Parę dni temu już w nocy zaskoczył mnie sms od… X. Cholera ostatnio się ze mną kontaktował ponad pół roku temu. Myślałam, że wyjechał zgodnie ze swoimi planami, i że skoro milczy to jest już koniec naszej dziwnej znajomości. A tu nagle sms… Nie byłam tym uszczęśliwiona i zaczęłam mu to milczenie wypominać wiedziałam przecież o co mu chodzi skoro do mnie pisze, bo przecież nie o to „co u mnie słychać”. Napisałam wprost, że niepodobna mi się takie traktowanie, że bycie „koleżanką na telefon” mnie upokarza i w sumie chciałam jak najszybciej zakończyć tę zbędną dyskusję  i oczywiście wcale nie zapraszać X do siebie. On oczywiście zaczął się tłumaczyć pracą itp. i że nigdy „w ten sposób” o mnie nie myślał tylko „bardzo mnie lubi” a w ogóle najlepiej będzie jak po prostu przyjedzie i na miejscu wszystko mi wytłumaczy a nie przez smsy… no i przyjechał.

Mogłam na to ostro zawetować ale zrobiłam sobie gorącą kąpiel i zaczęłam rozmyślać: w sumie na czym mi zależy? Spędzę tę noc sama i będzie OK. ale mogę tez spędzić z nim albo nawet nie… możemy po prostu razem posiedzieć i pogadać nawet jak potem znowu zniknie z mojego życia na kolejne pół roku albo na zawsze… przecież mi wcale nie zależy żeby go przy sobie zatrzymywać, na nikim mi nie zależy żeby był przy mnie, nie potrzebuję mieć nikogo na stałe, ja się nie nadaję do związku, drażniłaby mnie obecność obok kogoś na dłuższą metę. Doskonałym wyjściem byłoby dla mnie posiadanie kogoś na wzór „czasoumilacza”, kogoś takiego na stałe ale jednocześnie żeby tylko był „na wezwania” żeby było z kim gdzieś pojechać, czasami wyskoczyć do kina, pogadać, miło spędzić czas itp. albo wezwać „na pomoc” gdy coś się popsuje by pomógł coś załatwić. Z X taka forma przyjaźni jest raczej niemożliwa. Ale ja też nie czuję aż tak wielkiego parcia aby jakieś nowe znajomości na jego miejsce zawierać. Nie chce mi się. Zresztą nawet jakby, to ciężko by było, no bo gdzie w mojej sytuacji kogoś takiego można by było znaleźć. Czasami z nudów np. wchodzę na czat – w większości wiadomo „co” tam siedzi ale tak to już jest, że jak znajdzie się ktoś zbliżony do mojego wieku i na poziomie to albo żonaty (a tacy zupełnie działają na mnie aseksualnie i nawet mi się z nimi gadać nie chce) albo niestety deficyty w ogólnym zaniedbaniu przyćmiewają ich „wnętrze”, bo niestety ale w tym kraju, w tym wieku to mało jest facetów na których można oko zawiesić. Owszem są jeszcze młodsi, którzy mają i wygląd i fajną osobowość tylko, że wiadomo co ich kręci w znajomości ze „starszą” – najczęściej chodzi o niezobowiązujący sex i tyle… więc w zasadzie o to, o co chodzi i X – po co mi zatem kolejny ktoś taki sam? Wolę poczekać następne pół roku na telefon od X niż wciąż przechodzić kolejno „z rąk do rąk”… chyba, że naprawdę w jakiś cudowny sposób pojawił się ktoś nowy w moim życiu wtedy bym telefonu już nie odebrała… Tak więc, na dobrą sprawę jest mi dobrze tak jak jest. Jaki wobec tego sens „karać” X za to, że nie traktuje mnie „poważnie”? Przecież nie zależy mi by o mnie zabiegał, dzwonił codziennie, przychodził i nosił róże w zębach…

Dlatego, gdy tak leżałam w wannie i znowu zadzwonił, powiedziałam „Przyjdź”...

Wypiliśmy po piwie, pogadaliśmy „co słychać”, pośmialiśmy się,  wysłuchałam opowieści o jego pracy w której nie zawsze jest fajnie… a potem położyłam spać i zostawiłam. Długo jednak sama nie pospałam, nie wytrzymałam i wróciłam…


 



komentarze (8) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 014  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261014
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni