Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

W czasie deszczu dzieci się nudzą? Niekoniecznie...

poniedziałek, 26 lipca 2010 1:30

     Od czwartku moje młode były u dziadków - miałam wolne. Mogłam przez te parę dni odetchnąć, nie gotować, nie sprzątać bo nie było komu bałaganić, zobaczyć w tv jakiś film i przy okazji wziąć się za zalegającą od miesiąca stertę prasowania zamiast „oglądać" bajki, wyretuszowałam 2 starusieńkie fotki sprzed ponad półwiecza  należące do moich dziadków i podgoniłam robotę... Wczoraj spędziłam pół dnia u dziadka i robiłam porządek na podwórku, podsiałam trawę tu i ówdzie - miałam wyczucie bo na wieczór spadł długo wyczekiwany deszcz...

     Dzieciaki miały wrócić dziś wieczorem ale rano (tzn ok. 10 chyba) ledwo wstałam a dzwoni teść, że je zaraz przywiezie bo coś sobie już nie dają rady z trójką (mają jeszcze pod opieką jednego wnuczka - syna brata R), bo Adrian bije Natiegi i moje chcą już wracać do domu... OK, za jakieś pół godziny już byli. Dziadek przywiózł też Adriana. Mały ma 4 lata, wygląda na 3 a zachowuje się jak 2 latek... Bardzo mało mówi, trudno z nim złapać kontakt, żyje jakby w swoim świecie. Ponoć w Antwerpii gdzie mieszka na stałe lekarze podejrzewali nawet, że może mieć autyzm ale w Polsce to wykluczono. Widać jednak, że jest z nim coś nie tak bo odstaje od przeciętnego 4 latka... Teść martwi się bardzo o niego, z teściową starają się jak najwięcej poświęcać mu uwagi, sami na własną rękę jeździli z nim po psychologach, logopedach ale z tego co mówi chyba u nas trudno o dobrego specjalistę, który rzeczowo i konkretnie mógłby coś poradzić jak można małemu pomóc. Teść oczywiście ma swoją teorię; uważa że wszystkie problemy z dziećmi wynikają z tego, że rodzice za mało spędzają dziś z nimi czasu, nie poświęcają im uwagi, nie okazują uczuć, za mało rozmawiają. Dzieci pozostawione są same sobie, same się bawią w otoczeniu coraz wymyślniejszych zabawek, przed telewizorami albo komputerami a rodzice są zadowoleni bo mają święty spokój.  Kieyś było inaczej... Dlatego gdy moje dzieciaki tam jadą o ile to możliwe zabiera starszego ze sobą do pomocy w sklepie i daje mu „ważne" zajęcia: Nati np. przebiera cebulę, pomaga przy wyładowywaniu jakiegoś lżejszego towaru, wynosi puste pudełka, a ostatnio miał właśnie jako najstarszy pilnować Adiego. Nati oczywiście czasem się buntuje i skarży, że dziadek goni go do roboty ale ja uważam, że to bardzo dobrze, bo po 1) dziadek nie goni go do pracy ponad siły ale pokazuje, że jest czas na zabawę ale też i na pracę po 2) przebywając z dziadkiem ma szansę zacisnąć z nim więź i uczy się męskich zajęć i zachowań a po 3) uczy się odpowiedzialności i może poczuć się kimś ważnym...

     Jeśli chodzi o małego Adiego trudno mi uwierzyć, że rodzice za mało go kochają i nie poświęcają mu dostatecznej uwagi ale z drugiej strony nie mogę zrozumieć jak można rozstać się z takim szkrabem na ponad miesiąc i to na odległość 1500 km! Pierwszy raz w Polsce był tak długo w tamtym roku. Przyjechał ze swoją nianią - kuzynką, która akurat wracała na wakacje do domu i najpierw przez miesiąc przebywał tutaj u dziadków. Dla mnie było dziwne to, że nie tęsknił za rodzicami, nie płakał zachowywał się tak jakby było mu obojętne gdzie jest. Teściowa uważała po prostu, że ich poznał - tylko jak 3 latek może poznać dziadków których widział ostatnio jako niespełna roczne dziecko? Dla przeciętnego dziecka tacy dziadkowie są jak obcy ludzie! Mały pomału zaaklimatyzował się do nowego środowiska. Teściowie po wizycie u logopedy zaczęli z nim ćwiczyć i pomału zaczęło przynosić to efekty. Widać było, że się do nich przywiązuje.  Ale gdzieś po miesiącu padło hasło z Belgii żeby wywieźć małego do drugich dziadków, 400 km dalej, żeby i tamci mogli nacieszyć się wnukiem... Chcąc nie chcąc z ciężkim sercem teściowie to zrobili, bo decyzja rodziców ważniejsza...

W tym roku historia się powtarza tylko w odwrotnej kolejności - najpierw mały był tam a teraz od tygodnia jest tutaj. Nie zauważyłam aby przez ten rok zrobił jakieś postępy, może minimalne ale w sumie ja go widziałam tylko kilka razy w tamtym i w tym roku więc trudno mi coś więcej na ten temat powiedzieć. Podebatowaliśmy z teściem co z nim robić, gdzie można się udać. Podałam mu numer telefonu do profesorów z Lublina, do których dostałam kiedyś namiar od pani psycholog ze szkoły starszego. Widać, że małemu potrzebna jest pomoc specjalistów i wdrożenie jak najprędzej jakiejś terapii...

     Kiedy zostaliśmy sami pomału do moich dzieci zaczęli schodzić się koledzy którzy jak widać mają wyczucie, że już są w domu. Po wczorajszej burzy na dworze panuje spore ochłodzenie. Pogoda nie zachęca do przebywania na dworze. Co więc robić?

Któreś rzuciło hasło „robimy imprezę". I rozpoczęli przygotowania... Najpierw Eryk z moim starszym zaczęli na you tube wyszukiwać odpowiednie na imprezę przeboje. Debatowali nad repertuarem - co wybrać? Czy lepiej aby zagrał Behemoth czy Justin Bieber i jego „Baby, baby"? W końcu stanęło na mojej propozycji żeby na imprezie przygrywała Eska club. Nati poczuł, że ma misję do spełnienia. Wyciągnął swoje zaskórniaki i zajął się zaopatrzeniem. Pojechał rowerem do sklepu i zakupił wielką pepsi oraz kolorowy klej z brokatem który był im potrzebny do zrobienia zaproszeń. Zaczęli zażarcie dyskutować kogo zaprosić na imprezę. Dołączyła do nich Roxana, która starała się przekonać Alenę żeby nie zapraszała Karoliny ale Karolina to nasza kuzynka więc Alenie nie wypadało nie zapraszać „siostry" - ach te dziewczyny i ich problemy... Potem samodzielnie pisali na kartkach imiona kolegów i jak potrafili najładniej zaproszenia ozdabiali a następnie je poroznosili po bloku. Do imprezy pozostało jeszcze parę godzin ale w tym czasie ja musiałam pomóc w zaciemnieniu pokoju bo oczywiście impreza nie może się odbyć w świetle dziennym tylko w nocy i przy migoczących światłach. Ze względu na to, że nie posiadam zasłon w oknach na ten czas zawiesiłam koce a zamiast profesjonalnego oswietlenia migały im światełka od rowerów. Pokój przyozdobiliśmy przyniesionymi przez Eryka balonami a na poczęstunek dałam im ciastka i chipsy. Mała się wystroiła i z koleżanką robiły sobie nawzajem makijaże. O 19 muzyka nastawiona na full i impreza się rozpoczęła. Matka została przepędzona do drugiego pokoju... Muszę przyznać, że chłopaki byli lepsi w wygibasach niż dziewczyny, aż się zdziwiłam, że mają taki dryg. Eryk stawał na głowie robił gwiazdy - istne szaleństwo, aż się bałam żeby nie zrobił sobie krzywdy... Wygłupiali się, śmieli - jednym słowem zabawę mieli przednią... W sumie koledzy nie dopisali i bawili się tylko we czwórkę ale jakoś wcale im to nie przeszkadzało. Dla mnie lepiej bo mniejsze pobojowisko i mniej mycia szklanek.

     Impreza trwała z godzinę. Potem towarzystwo się rozeszło. Moje młode się zmęczyły i popadały po 2000.

Udało mi się jeszcze jakoś je pokąpać przed zapakowaniem do łóżek. Mała chciała żeby ją przytulać i drapać po plecach. Leżąc i tuląc się rozmawiałyśmy sobie; ja ją gładziłam po włosach a ona opowiadała mi co ciekawego robiła u babci i w końcu zasnęła... Patrzę tak na nią i przypominam sobie jak jeszcze niedawno zasypiały przy mojej piersi (przed nocnym snem zawsze był rytuał: kąpiel, cyc i zasypianie) uwielbiałam patrzeć jak zasypiają a potem delikatnie odnosiłam do łóżka - jak ten czas biegnie nieubłagalnie... I teraz, kiedy tak czasami tulimy się przed snem, kiedy patrzę jak zasypiają, gdy delikatnie wysuwam się z ich objęć... myślę o tych wszystkich dzieciach którym brak rodzicielskiego uczucia, które zawsze muszą zasypiać same, nad którymi nikt nie czuwa, których nikt nie kocha, które nie mogą spać spokojnym snem bo dorośli zabrali im prawo do beztroskiego dzieciństwa...

I coś wtedy we mnie krzyczy, drze się wręcz w środku...



komentarze (8) | dodaj komentarz

Grunwald 17.07.2010

czwartek, 22 lipca 2010 0:51

     Przez to nocne czuwanie zamiast rankiem powstawaliśmy gdzieś dopiero po 900. Po toalecie i śniadaniu zaczynamy się pakować. Paręnaście metrów od miejsca naszego parkingu biegnie droga na Stębark. Już o tej porze ciągnie się nią sznur samochodów i powstaje korek. Zastanawiamy się co robić? Iść na piechotę? Na miejscu i tak może być poważny problem z zaparkowaniem, jednak dla dzieci wędrówka w upale ponad 7 km może być zbyt męcząca. Wstępnie postanawiamy jechać jednym samochodem ale naszym panom to trochę nie w smak, zaczynają z lekka kręcić nosami, nie uśmiecha im się spacer w taki upał tym bardziej, że po południu trzeba będzie przebyć tę trasę z powrotem. Robimy naradę nad mapą i znajdujemy jakąś boczną trasę. Przebijamy się wąskimi, krętymi drogami przez okoliczne wsie. Lepiej zrobić parę km więcej ale jechać niż stać w korku! Plus jest taki, że drogi są całkiem puste! Asfaltówka zmienia się w bruk a na koniec jedziemy już wybojami. Nie jesteśmy pewni czy to dobry kierunek, ale okoliczni mieszkańcy zadbali o turystów i na drzewach widzimy napisane na tekturach strzałki wskazujące kierunek na Pola Grunwaldu. Jedziemy przez las, przez łąki i pola kukurydzy. Trzeba uważać, by nie zaryć podwoziem o nierówności ale w końcu wyjeżdżamy na drogę tuż przed Polami bitewnymi.



Jedziemy jeszcze kawałek przesuwając się wolno w korku. Nie chcemy parkować na parkingu ze względu na duże koszty, staramy się jednak dojechać jak najbliżej i odbijamy w jakąś boczną piaszczystą drogę. Chwila na ogarnięcie się; zabieramy ze sobą parasole, narzuty, zapas wody i idziemy...


 

Panuje skwar. Temperatura na termometrze w samochodzie podczas jazdy wskazywała 36oC a teraz zbliża się już południe. Zewsząd dobiega gwar. Mijają nas samochody, motory i masa ludzi. Wokół las namiotów, zapełnione parkingi...

 


 

Wchodzimy na teren Pól bitewnych. Mijamy obozy w których trwają już przygotowania do wielkiej bitwy. Rycerze zakładają zbroję pomagają im w tym kobiety. Inni stawiają się już na zbiórki.

 

 

 

 

Na samych polach z głośników dobiegają na przemian miarowe dźwięki bębnów lub jakaś orkiestra dęta która akurat występuje dla publiczności na rozstawionej w okolicy pomnika scenie.  Nagle słychać okrzyk „Przejście!" - tłumy rozstawiają się w szpaler a pomiędzy żwawym krokiem przechodzą wojska piechoty niosąc za sobą zgrzyt zbroi i unosząc tumany kurzu, gdzieś obok słychać dźwięk szkockich kobz - kolejne wojska kierują się na pole bitwy.

 

 

 

 

Szukamy najbardziej dogodnego miejsca skąd będzie można oglądać bitwę.Trochę z tym trudno, bo o tej porze jest już masa ludzi. Najlepsze miejsca w okolicy telebimu są zajęte. Snujemy się więc tam i z powrotem, zachodząc pole od lewej „krzyżackiej" strony, stamtąd jednak niewiele da się zobaczyć więc wracamy kierując się ku pagórkom


Wg. historyków na polu bitwy  15 lipca 1410 roku łącznie stanęło około 50 tysięcy ludzi (w tym około 40-45 tysięcy konnych) dziś było tutaj wg szacunków mediów ok 180 tys.  turystów

 

Zbliża się 1400. Bitwa zaraz się zacznie. W końcu znajdujemy miejsce skąd mamy nawet niezły widok na sporą część pola. Tak jak i inni rozkładamy się na ziemi z kocami. Inscenizacja się rozpoczyna! Słychać wystrzały, palą się domy w wiosce... Niestety nie jesteśmy w stanie zrozumieć co mówi lektor gdyż do miejsca gdzie jesteśmy nie dochodzi głos z głośników. Dobiega nas jednak dźwięk śpiewanej przez rycerstwo „Bogurodzicy" - nie wiem dlaczego ale zawsze gdy słyszę tę pieśń przechodzą po mym ciele ciarki...


 

 

 

 

 

Oglądający w naszej części są w miarę zdyscyplinowani. Pomimo upału i kłopotów z widocznością nikt nie rozkłada parasoli ani nie wstaje by każdy kto znajduje się z tyłu też mógł wszystko zobaczyć. Moje dzieci początkowo są zainteresowane widowiskiem ale po chwili zaczynają się nudzić i marudzą. Nati jęczy, że jest głodny wymyśla, że pójdzie (sam!!) i coś sobie kupi, nie docierają do niego moje tłumaczenia, że może się zgubić. Co chwila kopie małą, mała go w odwecie szczypie i słyszę tylko „mamo!!". Uspakajanie ich nic nie daje. Następnym razem jeśli tu przyjadę na pewno ich ze sobą nie wezmę ! W końcu na hasło „siku" udaję się z małą do tojki, gdy wracamy jest już po bitwie. Ludzie stoją w szpalerze, wracają wojska. Nie mogę się dostać do „naszych" i boję się, że się rozdzielimy a nie mam ze sobą torebki ani nawet butów! Zewsząd otaczają nas tłumy. W końcu dostrzegam po drugiej stronie Alicję i Beatę. Wołam ale mnie nie słyszą zajęte robieniem fotek. Pomagają mi inni ludzie. Krzyczymy razem „Ala, Ala!" - ale nic to nie daje!! Nic,  stoimy i czekamy do końca. W sumie mamy na wszystko bardzo dobry widok. Powracający uczestnicy bitwy są wymęczeni, rycerze w pełnym rynsztunku suną krok za krokiem. Wszyscy są pod wrażeniem ich wytrwałości i poświęcenia, ludzie biją brawo i skandują „dziękujemy". Mijają nas Krzyżacy na koniach, król Władysław Jagiełło ze świtą, wspaniale przyozdobieni rycerze zachodni i ich giermkowie, piechota, łucznicy, chłopi, Tatarzy na koniach, ludzie niosą łupy wojenne, maszerują w tym kolorowym korowodzie całymi rodzinami, wszyscy w średniowiecznych strojach, kobiety niosą dzbanki z wodą, małe dzieci na rękach i pomimo wyczerpania upałem zadowoleni... Widać, że to ich pasja, i za to wielki szacun dla wszystkich... Myślę, że dobrym zwyczajem byłoby obsypanie schodzących kwiatami jak w dawnych czasach, bo naprawdę na to zasłużyli.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

     Po przejściu uczestników łączymy się z resztą grupy. Na szczęście Endriu zadbał o nasze buty i nie poginęły. Udajemy się na poszukiwania jakiejś jadłodajni i chodzimy po straganach. Punkty gastronomiczne są oblegane tak samo jak budki z piwem, napojami i lodami (maszyny do lodów nie wyrabiają takiego przerobu i niekiedy odmawiają posłuszeństwa)  każdy chce się ochłodzić i poczuć w ustach coś zimnego, bo upał jest straszny. Niedaleko przejeżdża wóz strażacki i oblewa ludzi wodą. Słychać piski i okrzyki zadowolenia. Ludzie wołają „jeszcze!!". Endriu załapuje się na polewaczkę i wraca mokry...

Z głośników co chwilę dobiegają ogłoszenia o zaginionych dzieciach. Spiker zapowiada, iż dorośli powyżej 15 roku życia mają się szukać na własną rękę przy pomniku krzyży, po dzieci zaś zgłaszać się należy do sztabu kryzysowego lub na rozstawione posterunki policji. W razie zaginięć nic bowiem nie daje dzwonienie do siebie bo niestety na polu jest problem z zasięgiem! Dlatego musimy trzymać się razem. Mijamy parkingi. Ludzie zaczynają już wyjeżdżać, tworzą się potężne korki, jedni pipczą na drugich. Panuje chaos, bo wszyscy chcą wyjeżdżać na raz! Nie wiem, czy oni nie myślą? Jaki sens stać w upale przy włączonych silnikach w korku?? Czy każdemu aż tak bardzo się śpieszy, że nie mogą poczekać z wyjazdem? Niektórzy najwidoczniej przyjechali tylko na bitwę i zaraz wyjeżdżają.

Nam się, aż tak bardzo nie śpieszy. Wolimy sobie jeszcze trochę pospacerować, pooglądać stragany, kupić pamiątki. Idziemy na jarmark średniowieczny bo tam są ciekawsze rzeczy. Po drodze dzieciaki męczą mnie o lody. Zgadzam się i zostaję w tyle. Mamy nadzieję, że jakoś się potem znajdziemy. Gdy dochodzi moja kolejka widzę, że stojąca na wolnym powietrzu zamrażarka nie wyrabia i część lodów jest rozmrożona! Głośno wymawiam do dzieci opinię na temat jedzenia takich rozmrożonych lodów i zdrowotnych tego konsekwencjach, słysząc to kolejka z tyłu momentalnie się kurczy. Moje maluchy są jednak nieustępliwe, proszą, błagają więc kupuję im po jednej gałce tych najbardziej jeszcze zmrożonych. Jednak mojej małej to nie pasuje bo ona chciała zielone a dostaje czerwone więc foch! Chcą żeby kupić jeszcze gdzie indziej, ja się nie zgadzam więc mamy konflikt. Postanawiają, że się zgubią! Nie chcą trzymać się za ręce, wchodzą w tłum i nie reagują na wołania. Dobija mnie upał, jestem zmęczona, pieką mnie plecy na niewiele daje ochrona pod parasolem i jeszcze muszę się użerać z gówniarzami!! Chciałam pochodzić po straganach a muszę uważać żeby mi gdzieś nie zniknęli w dodatku nie mogę znaleźć naszych. Staję się rozdrażniona! Idziemy więc w stronę obozów przy wyjściu. Tam jest trochę cienia, odpoczywamy chwilę i maszerujemy do samochodu, może już tam na nas czekają... Kiedy dochodzimy na miejsce nikogo jeszcze nie ma, więc wracamy, na szczęście spotykamy się w połowie drogi.



Jest godz. 1700. Przed odjazdem uzupełniamy płyny i doprowadzamy się do jakiego takiego porządku. Wszyscy jesteśmy zmęczeni i zakurzeni na maxa. Rewelacyjnie spisują się chusteczki do demakijażu ścierając z ciała nie tylko warstwę brudu ale dając rewelacyjne uczucie odświeżenia. Droga główna jest zapakowana. Na tej, na której stoimy nie możemy wycofać bo ciągną nią samochody w jednym kierunku, chcąc nie chcąc musimy się wpasować do ruchu i chociaż to lokalna droga przechodząca w polną to i tutaj tworzą się korki, kawałek przed nami bowiem jedzie autokar ! Chłopaki, mają nieciekawie - nie dość, że jadą bez klimatyzacji to jeszcze silnik w samochodzie im się przegrzewa i muszą nastawiać ogrzewanie! Ale dają radę. W końcu autokar pasuje, dalej nie pojedzie ale staje w takim miejscu, że pozostałe samochody mogą go wyprzedzić. Jedziemy więc już śmiało tą samą droga którą przyjechaliśmy, aż w końcu wyjeżdżamy na jakąś asfaltówkę.


 


Stoimy jeszcze z pół godziny w jakimś korku. Musimy jakoś dostać się na krajową 7 ale przez CB dowiadujemy się, że w okolicy panują wielkie korki a sama 7-ka jest zapchana. Kierujemy się bocznymi drogami na Działdowo. Po drodze zatrzymujemy się nad jakimś jeziorem. Chwila na odpoczynek, dzieciaki mają radość z kąpieli.



Chcemy zrobić zakupy w sklepie obok ale okazuje się, że skończyła się woda i zimne napoje! Jesteśmy niepocieszeni. Jedziemy dalej. Na najbliższej stacji benzynowej tłumy i ta sama historia - nie kupimy zimnej wody a cena i tak 3 zł za butelkę! Nic to. Dojeżdżamy do Mławy, znowu korek. Na 7-kę nie ma co jechać, przez CB podają, że na 238 odcinku był wypadek i wszyscy stoją w korku. Wyjmujemy mapę i wyznaczamy sobie objazd, tym co „mówi" GPS nie ma można się sugerować bo wyrzuca zawsze na główne trasy a one są dziś zabite przez powracających. Radio Olsztyńskie podaje, że w Stębarku wciąż jest problem z wyjazdem, to samo wokół Pól Grunwaldu a jest już ok. godz. 20 -tej. Nam się udało przebić dzięki temu, że wybraliśmy drogi lokalne. Robimy więc to znowu. Szukamy jakiegoś skrótu wzdłuż 7-ki. Trzeba dodać, że drogi lokalne mają to do siebie, że często są w bardzo dobrym stanie. Gminy dostają dziś unijne dotacje na ich poprawę lub budowanie nowych. Jedzie się więc szybko i gładko. I co najważniejsze jest pusto!! W ten sposób zamiast stać, mijamy korek i wyjeżdżamy dokładnie na odcinek 238. Po chwili mijamy miejsce wypadku i dalej już prosto jedziemy na Warszawę.

W stolicy jesteśmy ok. godz 2300. Odwozimy na Ursynów Beatę. Pół godz. Przerwy - posilamy się przygotowanymi przez czekającą na nas Izkę gołąbkami, kawą i obieramy kierunek na Lublin. Droga przebiega spokojnie, tylko w okolicy Puław trafiamy na kolejny wypadek...

Do Lublina dojeżdżamy gdzieś koło 200. Zostawiamy Dużego i jedziemy do Chełma. Dochodzi 300. Prowadzi nas poranna zorza. Gdy jesteśmy na miejsce już świta.

Docieramy do domu. Wokół cisza i pustki. Nad naszą łąką unoszą się lekkie opary. Cała okolica śpi... A ja jeszcze tylko prysznic i też mogę się w końcu położyć...


Ps. Cała impreza zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Po powrocie przeczytałam na necie sporo negatywnych opinii skierowanych w stronę organizatorów. Ludzie narzekali na olbrzymie korki, na nie wyznaczone objazdy i zbyt małą ilość policyjnych patroli, na brak dostępu do wody na terenie pól, na zbyt małą ilość punków gastronomicznych, na brak zasięgu telefonów, na brak widowni i źle rozstawione nagłośnienie a także na... upał i wszędobylski kurz!!

 A mi wszystko się podobało.

Jadąc tam nastawieni byliśmy na to, że inscenizację ogląda się siedząc na ziemi, wystarczyło wziąć ze sobą koce lub ubrać się odpowiednio żeby usiąść na trawie. Faktem jest, że nagłośnienie było kiepskie, zapomniano zamontować głośniki po bokach i słyszeć narratora mogli tylko ci co usadowili się po środku. Telebim był jeden ale większa ilość w sumie na niewiele by się zdała bo w pełnym słońcu i tak nie widać co się dzieje na ekranie, więc nie robiłabym z tego problemu.

Oprócz braku dostatecznej ilości głośników, nie podobało mi się jedynie to, że szwankował zasięg telefonów, przez co w kryzysowych sytuacjach nie można było nigdzie zadzwonić i... wielka ilość śmieci a w szczególności butelek po wodzie i puszek po piwie, które po zakończeniu inscenizacji walały się wszędzie!! Ale tutaj nie pomogłoby nawet gdyby organizatorzy wystawili dodatkowe kontenery na śmieci, po prostu trzeba by było zmienić mentalność przeciętnego Polaka, dla którego jak widać posprzątanie po sobie, zapakowanie własnych śmieci w reklamówkę i zaniesienie na śmietnik to wyczyn godny Pudzianowskiego czyli ponad ich siły...

Pomimo drobnych niedogodności warto było jechać i to wszystko zobaczyć, poczuć tę atmosferę, przenieść się w dawne czasy, przypomnieć sobie jak kiedyś żyli ludzie, pouczyć się historii „na żywo". Jeśli będę miała okazję to na pewno pojadę tam znowu w przyszłym roku.  

 



komentarze (6) | dodaj komentarz

Grunwald 16.07.2010

poniedziałek, 19 lipca 2010 21:41



     Na ten wyjazd nastawiona byłam już od roku. Rok temu na inscenizacji  Bitwy pod Grunwaldem była moja siostra wraz ze swoimi chłopakami i kuzynką. Ja niestety nie mogłam wtedy pojechać bo pracowałam, jednak zdjęcia z imprezy zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie, że  zapowiedziałam, iż w tym roku musimy wybrać się tam jeszcze raz tym bardziej, że akurat wypadała okrągła rocznica 600-lecia zwycięskiej bitwy z zakonem.

     Pierwsza rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem odbyła się w 1992 roku pomysłodawcą był wójt gminy Grunwald, Henryk Kacprzyk. Wówczas przybyło na nią siedemnastu rycerzy z warszawskiego Bractwa Miecza i Kuszy. Cztery lata później na polach próbowało swoich sił 400-500 rycerzy, a oglądało ich już 50 tys. ludzi. Masowo zaczęli przyjeżdżać też rycerze niemieccy - co roku przybywa ich tutaj co najmniej kilkudziesięciu. Tegoroczna inscenizacja przyciągnęła na pola Grunwaldzkie 2 tysiące rycerzy z Polski, Litwy, Rosji, Białorusi, Czech, Niemiec, Francji i wielu innych krajów biorących udział w inscenizacji. Do tego doliczyć trzeba ich rodziny i innych pasjonatów rekonstruujących bitwę i życie średniowieczne, rzemieślników ze średniowiecznego jarmarku oraz kupców z części niehistorycznej, oferujący jedzenie, napoje i pamiątki odwiedzającym Pola Grunwaldzkie turystom przybyłych w rekordowej liczbie ok. 180 tys!

     Wyjechaliśmy w czwartek po 1700. Razem ze mną jadą dzieci, mój brat i jego kolega. W Niemcach za Lublinem dogania nas Alicja z M.Ż i zabiera od Z. swoich chłopaków. Dzielimy się samochodami, w jednym ze względu na klimę są kobiety i dzieci w drugim jadą mężczyźni. Kierujemy się na Małkinię tam czeka na nas Beata i korzystając z gościnności cioci mamy zorganizowany nocleg. Następnego dnia ok. 1100 wyruszamy dalej. Trasa przebiega spokojnie. Chłopaki nas eskortują bo nie działa nam prędkościomierz, nie mamy GPS, CB, jesteśmy na szczęście zaopatrzeni w krótkofalówki i mamy ze sobą ciągły kontakt. Gdzieś za Nidzicą, przed zjazdem na Mielno dopada nas burza i wielka zlewa zanim jednak dojeżdżamy do Mielna znowu się wypogadza. Nocleg mamy zarezerwowany w ośrodku wczasowym „W Parku". Docieramy na miejsce, szybko się rozładowujemy, robimy „obiad" składający się z płatków z mlekiem oraz kanapek z pasztetem,  pomidorami i jedziemy na Pola Grunwaldu. Od Stębarka zaczyna się korek ale wszystko przesuwa się dość sprawnie. Zaskakuje nas widok namiotów rozstawionych wokół pól i ilość poparkowanych samochodów - skoro tak to wygląda dzisiaj to co będzie się działo jutro?  Pierwsze co robię po wejściu na pola to zamawiam nieśmiertelniki dla dzieci z wygrawerowanymi danymi kontaktowymi na wypadek gdyby gdzieś zaginęły mi w tłumie.



Nasza drużyna (bez Alicji bo robiła fotkę) - razem 10 osób

 

 

 

     O 1700 ma się rozpocząć próba generalna bitwy. Mamy sporo czasu żeby obejść rozstawione historyczne stragany,zerknąć na turniej rycerski i zwiedzić z bardzo miłym panem przewodnikiem za drobną opłatą „co łaska" jeden z obozów. 


     Dowiadujemy się min. Z czego i jak były szyte ubrania w XV w. Polsce. Okazuje się, że prosty lud ubierał się w odzież lnianą bądź wełnianą. Chłopi nosili w upał lniane bielone koszule, do tego takowe gacie które jak mówił nasz pan przewodnik dawały wgląd w to czy mamy do czynienia ze 100% mężczyzną czy nie. Białogłowy wkładały lniane koszule z długimi rękawami a na to suknie wierzchnie z rękawami krótkimi. Co miały pod spodem można się tylko domyślać gdyż ikonografia z tego okresu na ten temat milczy. Odzież z lnu barwionego dostępna była dla bardziej zamożnych. W sukniach  wełnianych tylna część układała się w tren a przy łokciach zwisały dłuższe kawały materiału - im więcej materiału zużyto na suknię tym świadczyło to o większej zamożności jej właścicielki, często były też podszywane i wykańczane jedwabiem. Zarówno kobiety jak i mężczyźni nosili coś na wzór naszych wełnianych pończoch przytrzymywanych u góry podwiązkami z cienkich pasków,  które w zależności od pogody można było naciągnąć wyżej lub spuścić na buty. W sumie różnorodność w ówczesnym ubiorze nie była tak wielka jak dziś ale też dość spora. Oczywiście przygotowaniem ubrań wśród prostego ludu zajmowały się głównie kobiety i nie była to wcale lekka robota zważywszy na to, że wtedy wszystko robiło się ręcznie!

 

 

Nasze zainteresowanie budzi zbroja rycerska a właściwie to co rycerz miał pod spodem. W ostatnich dniach panują upały, temperatura nie spada poniżej 30o a tu widzimy pikowany gruby kubrak ! Otóż rycerz zbroję nie nakładał na gołe ciało (sic!) tylko zabezpieczał się pod nią jeszcze nie tylko odzieżą codzienną ale również czymś na wzór kufajki, na to szła kolczuga i dopiero zbroja! Zdajemy sobie sprawę ile mógł ważyć cały ekwipunek rycerza i jak musiało być w niej gorąco! A jak tu jeszcze w czymś takim walczyć parę godzin??!!



Dalej oglądamy wyposażenie namiotów oraz polową kuchnię gdzie kobiety smażą akurat smakowicie pachnące placki ziemniaczane, zastanawiam się czy w tamtych czasach ziemniaki były już znane - chyba jednak jeszcze nie ;-)


 

 

-śpiący mnich


 

 


     Zbliża się 1700 wszyscy zaczynają zbierać się na próbę. Z jakiegoś powodu przemarsz uczestników na próbę nie był taki barwny i zwariowany jak w roku poprzednim, czym jestem troszkę zawiedziona.














Nasza mała grupka udaje się do namiotu VIP-ów skąd mamy na wszystko świetny widok. Spędzamy tam czas do ok. 1900. Panowie raczą się zimnym piwkiem, nie straszny nam upał i wszędobylski kurz. Wszystkim dopisują humory. No prawie wszystkim, bo oczywiście mój mały nie potrafi się dogadać z Kamilem i małą, co chwilę się tłuką lub wyzywają i co raz muszę przywoływać ich do porządku. Nic go nie interesuje. Nudzi się. W końcu mam dość i nie zwracam już na niego uwagi.

 

 

 


Po próbie chodzimy jeszcze jakiś czas po polach. Jest świetnie, z głośników dobiegają miarowe takty bębnów i muzyka Enyi co dodaje atmosfery temu miejscu, myślami można przenieść się w dawne czasy. Mojej Alence udziela się nastrój i zaczyna tańczyć.


 

    Zanim stawimy się na nocleg postanawiamy jechać do Nidzicy zobaczyć zamek. Wyjazd jest utrudniony.  Aby dostać się do Stębarka musimy objechać pola dookoła poruszając się w korku gdyż dla ułatwienia ruchu utworzono jeden kierunek drogi. Dzięki temu mamy okazję zobaczyć co się dzieje wokół. Zewsząd panuje ruch, stoi popakowana masa samochodów. Praktycznie na czas obchodów Dni Grunwaldzkich każdy gospodarz wynajmuje swoje podwórko lub kawałek łąki na parking albo pole namiotowe. Dla okolicznych mieszkańców jest to świetna okazja do dodatkowego zarobku. Stoją wesołe miasteczka i ogródki piwne. Pachnie potrawami z grilla, gra muzyka. Zewsząd mijają nas ludzie w strojach z epoki. Część osób jak za dawnych czasów chodzi na bosaka. Ogólnie panuje atmosfera wyluzowania, zabawy i festynu.

 

 

Ja jestem jednak trochę niezadowolona bo okazuje się, że poszło nam wspomaganie w kierownicy przez co mam utrudnione precyzyjne manewrowanie samochodem. Facet oczywiście żaden nie może kierować bo zdążyli już nabrać promili obok na szczęście siedzi M Duży i jak nie daję rady wykręcić to mi pomaga. Alicja wymyśla trasę przez jakieś okoliczne wsie. Gdy dojeżdżamy do Michałków wiemy już po co to było...


dwa Michałki w Michałkach


       W Nidzicy jesteśmy już późno tak, że nie możemy zwiedzić zamku. Zadawalamy się tylko wędrówką wzdłuż murów. Pech nas jednak nie omija. Alicji coś się psuje w aparacie i nie możemy robić ładnych zdjęć. 



     Ok. 2200 wracamy do Mielna. Na kolację szykujemy sobie dania z grilla. Potem po kolei prysznic, dzieciaki spać a kto ma dość sił siedzi na dworze do świtu.



komentarze (3) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261029
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni