Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Mama jest wyjątkowa...

środa, 29 maja 2013 1:05

 

Uwaga będzie długo, bo dawno mnie tu nie było…:)

 

 

     Łąka zakwitła na żółto, roznosząc po osiedlu słodki, miodowy zapach dzikiego rzepaku. Powoli przekwitają bzy ale w zamian zakwitły akacje, te „nasze”, koło bloku po raz pierwszy… Z sąsiadką wymieniłyśmy się pomysłami jak upiększyć jeszcze bardziej nasze otoczenie by rosło coś więcej oprócz tego, co stworzyła nam Administracja osiedla. Sama posadziłam już sadzonki bzu, marzy mi się też jakieś drzewko owocowe a ona wymyśliła stworzenie z posadzonej w odpowiedni sposób wierzby, altanki… Tymczasem pod swoim balkonem  posadziła winobluszcz - będzie wspaniale jeśli się przyjmie i zacznie się piąć po balkonach, coraz wyżej i wyżej tworząc żywą elewację. No chyba, że komuś będzie to przeszkadzać…

     Czy jest ktoś kto nie lubi tej pory roku? Jestem nakręcona, czuję w sobie energię, cieszy mnie ten unoszący się w powietrzu zapach wiosny, cieszą kolory za oknem, nocne trele słowika, rechot żab dochodzący z oddali i nawet chwilowe załamanie pogody mi nie przeszkadza, wszak posadziliśmy na działce ziemniaki, mama zasiała ogród i z utęsknieniem czekaliśmy na deszcz, który nie pojawiał się od miesiąca mimo modłów do wszelakich bogów (podczas gdy w innych rejonach Polski ludzie narzekali na burze i chłody, wbrew zapowiedziom meteorologów u nas panowały tropiki).  

     Lubię zmieniać  na lepsze swoje otoczenie a wiosna to najlepsza ku temu okazja. Wzięłam się też za siebie i poszłam do fryzjera, od dwóch tygodni uparcie też ćwiczę „6 weidera”, staram się zmodyfikować na lepsze dietę i szybko skończyć projekt, by zarobić dodatkową kasę tylko, że ciężko mi jednak wszystko w należytym stopniu ogarnąć, wciąż brakuje czasu…

 

     W szkole u dzieciaków nastał czas wycieczek, zebrań, konsultacji rodziców z nauczycielami, bo to ostatnia chwila, by się jeszcze podciągnąć z ocenami i ponadrabiać zaległości w nauce. Biegam więc znowu do szkoły, dowiaduję się kiedy, z czego są sprawdziany, muszę dopilnować, by Młody się do nich przygotował… Pomagam mu w wykonaniu różnych zadań dodatkowych, „dla chętnych”, by mógł dostać 6 i poprawić sobie średnią. Tym razem robimy „grecką” maskę na historię.

I tak pierwszy  tydzień maja mam z głowy…

     Młody nie byłby jednak sobą gdyby czegoś nie wywinął w szkole. Znowu dostaję wezwanie „na dywanik przed św. trójcę”, czekają na mnie: wychowawczyni, szkolna psycholog i pedagog. Dowiaduję się, że Synio sprawia wiele problemów swoim zachowaniem, znów stał się agresywny, zaczepia kolegów, bije, popycha, używa wulgaryzmów, nie chce brać udziału w lekcjach, nie wykonuje poleceń, przeszkadza… Chcą mu pomóc więc szukają przyczyny takiego zachowania, wypytują mnie jak funkcjonuje poza szkołą, o sytuację w domu…  Pedagog jest zaniepokojona o jego relacje z tatem, bo Nati powiedział, że „nienawidzi ojca i kiedyś go zabije” (podobnie wyrażał się o siostrze) o stosunek do niektórych kolegów i koleżanek, gdy mówi wprost, bez ogródek, że się ich brzydzi… Chcą, by koniecznie został dokładnie zdiagnozowany, bym nie dała się zbyć lekarzowi… Zarówno szkolna psycholog, jak i pani edukator, do której Młody uczęszcza na zajęcia wyrównawcze, na podstawie swoich doświadczeń, od dłuższego już czasu podejrzewają u niego zespół Aspergera. Pani edukator sugerowała dodatkowo, że korzystne by było dla niego, nauczanie indywidualne. Ucząc się bowiem w trybie obecnym Nati ma trudności ze skupieniem uwagi, dekoncentruje się a tym samym lekcja przestaje go interesować, zaczyna się nudzić i z nudów przeszkadza błaznując. Wcinając się co chwila tekstami nie na temat rozwala nauczycielowi lekcję i chociaż jest w klasie obecny pedagog pomocniczy, to mając parę dzieci z orzeczeniami musi w pierwszej kolejności zająć się nimi a na Młodego brakuje już czasu. Tym samym Młody, chociaż jest w klasie integracyjnej pozostawiony zostaje często sam sobie i w rezultacie zamiast nabywać wiedzy „cofa się”...

Dobrze się jednak składało, bo w tym miesiącu miałam wyznaczone wizyty w Centrum Neuro-Psycho w Lublinie. Trafiliśmy ponownie do pani doktor, która parę lat temu, w innej przychodni, po trwającej 10 min. wizycie stwierdziła u Młodego ADHD...  Pamiętała nas, tym razem jednak po rozmowie ze mną i Młodym, obserwacji jego zachowania w gabinecie, wczytaniu się w wyniki badań, opinie wychowawcy, pani edukator, poradni pedagogicznej oraz po konsultacji z panią psycholog skierowała nas do poradni specjalizującej się w badaniach w kierunku autyzmu. Cóż jednak z tego, gdy poradnia prowadzi w tej chwili zapisy na wrzesień… przyszłego roku! Do tego czasu Młody będzie jednak przechodził testy w przychodni.

     I tak na wyjazdach przeleciały kolejne dwa tygodnie…

 

     Podczas gdy my wracaliśmy z Lublina, R przywiózł swoją mamę do chirurga, bo zrobiła się jej na policzku niewielka narośl, z której ostatnio zaczęła się sączyć krew. Lekarz po obejrzeniu zmiany orzekł, że trzeba to wyciąć i dać do zbadania, bo wszystko wskazuje na to, że jest to zmiana nowotworowa (nazywając ją w jakiś tam odpowiedni sposób). Teściowa umówiła się więc na wycięcie ale całą drogę powrotną „przeżywała”, bo miała wątpliwości co do kompetencji młodego lekarza a gdy usłyszała słowo „rak” od razu zaczęła sobie wyobrażać najgorsze więc R, gdy już wrócił, by ją uspokoić wręczył mi telefon do ręki z nakazem „uspokój matkę, bo już panikuje”… (!)

- Jeśli nie masz zaufania do lekarza poszukaj innego – mówię

- Ale to nie o to chodzi, ja wiem, że to trzeba usunąć, bo on sam powiedział, że to może się rozrastać  i do oka pójść i wtedy będzie kłopot ale jak powiedział, że to rak to pode mną nogi się ugięły…

Teściowa już widziała się w trumnie i najbardziej szkoda jej było, że nie zobaczy jak dorastają wnuki…

- Ale dlaczego zakładasz najgorsze, dlaczego mają być jakieś z tego przerzuty, skąd w ogóle jakaś tego typu myśl?

- Bo (jakiejś tam znajomej) coś ktoś spod nosa usunął i ta znajoma pożyła jeszcze parę miesięcy i umarła…

- A wiesz co to było, gdzie to usuwała, u lekarza czy może u kosmetyczki? Ktoś to w ogóle potem badał? I czy „dostała raka” naprawdę od tego? Przestań rozmyślać co się komuś przytrafiło a pomyśl o sobie: trafiłaś do lekarza, który potraktował Ciebie poważnie, który wie co robi i ma opinię dobrego fachowca zarówno wśród innych lekarzy jak i pacjentów. Przyszłaś w odpowiednim momencie, kiedy można coś jeszcze z tym zrobić, lekarz zapewnił Cię, że nie masz czego się obawiać, bo od tego typu zmiany nie umrzesz, wycinek zostanie oddany do badania histopatologicznego i jeśli nawet coś się w nim niepokojącego doszukają, to zostanie włączone odpowiednie leczenie… Dlaczego więc się załamujesz, robisz tragedię, zakładasz, że możesz od tego umrzeć jeśli nic na to nie wskazuje? Nie chcesz już żyć? Nie zależy Ci? Przecież to nieprawda

     Teściowa przyznała, że nie ma powodów, by nie myśleć pozytywnie starałam się więc jeszcze dodatkowo ją w tym umocnić. Wiem jednak, że dla niej jest to trudne. Należy bowiem do osób, które wiecznie żyją złymi wspomnieniami, chlubiącymi się niemal tym, jak wiele nieszczęść spotkało ich w życiu, jak dużo musieli wycierpieć, i tym wiecznie tłumaczą swoją niestabilność emocjonalną. Którzy są gotowi „nieść kolejny krzyż” skoro taka jest wola niebios… Osób, które próbują zwrócić uwagę na swoją osobę robiąc z siebie męczenników, wyolbrzymiając choroby, udających przy tym, że im na niczym już nie zależy, a gotowość do „poświeceń” miałaby z nich uczynić super hero…  Osób, których psychika jest już tak uzależniona od różnych farmaceutyków i „wspomagaczy”, że układ nerwowy nie potrafi sobie sam radzić z emocjami… Teściowa swoje podejście do życia tłumaczy „nadmierną wrażliwością” a ja widzę, że powinna przede wszystkim przejść na „detoks”, zrobić coś w końcu tylko dla siebie, nie tracić czasu na wysłuchiwanie użalających się nad sobą i roznoszących ploty znajomych,  przestać żyć ciągle problemami innych, bo patrząc w ten sposób na świat nigdy nie dostrzeże nic pozytywnego i NIGDY NIC DOBREGO JEJ NIE SPOTKA gdyż rzeczy dobre będą umykały wśród ogromu tego co niepozytywne!

- Kochaj siebie, w samolubnej miłości nie ma nic niestosownego nawet Jezus powiedział „Miłuj bliźniego jak SIEBIE SAMEGO” - jeśli nie będziesz kochał siebie jak będziesz mógł pokochać drugiego człowieka? Musimy się najpierw nauczyć kochać samych siebie, by ta miłością móc odpłacić bliźnim…

     Myślę, że ten argument w końcu do teściowej,  jako bogobojnej osoby ceniącej sobie Słowo Boże, dotarł. Na drugi dzień nawet teść zadzwonił i mi dziękował, za dodanie jej wsparcia i otuchy. Niestety uspokoiła się na krótko…

 

    W międzyczasie przechodziliśmy też kontuzje Młodej. Zaczęło się od ręki stłuczonej po wypadku na hulajnodze. Ledwo ręka „wyzdrowiała”, „kózka” niefortunnie skoczyła ze schodów i zrobiła sobie „coś” w stopę. „Nienawidzący siostry” brat osobiście pomógł Młodej wrócić do domu a potem biegał z lodem i robił jej okłady na stopę zgodnie z tym czego się uczył na zajęciach o pierwszej pomocy na technice w szkole a potem usługiwał gdy nie mogła chodzić… Znowu wylądowaliśmy na SORze, znowu prześwietlenie i znowu, na szczęście „złamania nie widać”. Jednak przez następne dni Młodą noga boli i stawać na nią nie może. Nie chodzi więc do szkoły, leży w łóżku i nawet do łazienki muszę ją nosić albo wozić na krześle. Nie wiem już czy się „pieści” czy faktycznie coś jest z tą stopą nie tak skoro twierdzi, że nie może na nią stanąć bo boli… Może pięta jest pęknięta? Może prześwietlenie nie było wykonane pod odpowiednim kątem i tego nie widać? Tak czy siak, trzeba zgodnie z zaleceniami lekarza ponownie skonsultować się z ortopedą. Proszę więc tata o pomoc i jedziemy, najpierw do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie a potem do poradni ortopedycznej dla dzieci. Dziadek dzielnie wszędzie dźwiga wnuczkę, sama bym nie dała już rady… U ortopedy kolejka i kartka na drzwiach, że dziś poradnia czynna do 1100 chociaż normalnie powinna być czynna do 1400. Liczę ile jest osób przed nami, patrzę na zegarek… Jestem wkurzona, bo kolejny raz nie mam „szczęścia” do tej przychodni. Ilekroć mam tutaj przyjeżdżam to albo okazuje się, że w tym dniu w ogóle nie ma przyjęć albo trafiam na kartkę, że doktor ma urlop… Nie liczę byśmy się dzisiaj załapali, za mało czasu, za dużo dzieci przed nami ale jeśli nie, to  jak poprzednim razem jest szansa, ze przyjmie nas jeszcze ortopeda dla dorosłych… Gdy mija 1100 idę do drugiej poradni, przedstawiam w rejestracji skierowanie i mówię o co chodzi na co pani w okienku odpowiada, że „doktor wróci, bo wszyscy lekarze poszli na zebranie z dyrektorem, które ma potrwać pół godziny, mam więc wracać i czekać, bo poradnia dla dzieci będzie czynna…”

 

- Ale na drzwiach wisi kartka , że „W DNIU DZISIEJSZYM PORADNIA CZYNNA DO 11.00” więc nic nie wskazuje, że doktor wróci, zresztą nikomu nie kazał czekać gdy wychodził, lecz wszystkich odesłał…

 

Pani z okienka jednak jakby nie rozumiała co do niej mówię – Ale lekarz wróci – powtarzała tylko w kółko…

Wróciłam przed gabinet, zostaliśmy tylko my i jeszcze jedna pani z synem. Jesteśmy zdezorientowani, nie wiemy co robić, Kartka na drzwiach brzmi jednoznacznie ale pytamy jeszcze pielęgniarki, która została w gabinecie „Czy lekarz wróci?” ale pytanie brzmi bez odpowiedzi, bo lekarz nic jej nie powiedział na ten temat…

Czekaliśmy pół godziny poczekamy jeszcze kolejne…  Do gabinetu obok wraca pani laryngolog, to znak, że zebranie z dyrektorem się skończyło a skoro pani doktor wróciła to może faktycznie pan doktor też wróci? Dochodzi jednak 1200 a lekarza nie ma. Maszeruję więc znowu do poradni dla dorosłych i próbuję zarejestrować Młodą

 

– Ale poradnia dla dzieci jest czynna – odpowiada ta sama kobieta…

- Ale lekarza nie ma…

- Ale wróci, bo jest na zebraniu…

- Ale zebranie się już skończyło, nie wrócił i skoro wisi kartka to znaczy, że już nie wróci, no przecież informacja na niej jest jednoznaczna, chce pani powiedzieć, iż nie potrafię czytać ze zrozumieniem?

- Widocznie dyrektor go zatrzymał na dłużej ale poradnia jest czynna do 1400 więc doktor na pewno wróci. Tutaj lekarz nie może pani przyjąć gdy poradnia dla dzieci jest czynna…

- Ale czy pani nie rozumie, że poradnia dla dzieci nie jest czynna?! Mam czekać do 1400 gdy wisi kartka, że w dniu dzisiejszym jest czynne do 1100 ?! I co, po 1400, gdy się nie doczekam na przyjście lekarza, bo będę taka durna, by czekać pomimo informacji, że lekarza już dawno nie ma i mam przyjść tutaj, gdy tutaj lekarza już również nie będzie, bo również tutaj przyjmuje tylko do1400??!!

 

  Nie no chyba szlag mnie trafi! Co to q@#@ jest? Z kim ja rozmawiam? Pielęgniarka w gabinecie nie potrafi dać nam odpowiedzi, próbuje dodzwonić się do lekarza, lekarz nie odpowiada, drugi nie przyjmie… Idę więc do dyrekcji… Do dyrektora nikt mnie jednak nie wpuści, bo dyrektor ma zebranie. Chcę więc złożyć skargę na lekarza i funkcjonowanie poradni ale sekretarka każe mi się uspokoić, tłumacząc, że sytuacja ta jest wynikiem zwołania przez nowego dyrektora zebrania z lekarzami. I każe mi wrócić pod gabinet i czekać…

- Czekać? Ile mam czekać? To jakiś cyrk. W takim razie chce złożyć skargę na dyrektora, że zwołuje zebrania odrywając lekarzy od pracy narażając tym samym zdrowie pacjentów. To jest Służba Zdrowia, zgodnie z nazwą powołana jest po to, by SŁUŻYĆ ludziom. Tego typu zebrania powinny być zwoływane po godzinach pracy!

     Na cóż jednak zdały się moje skargi kiedy to tak jakby się z koniem kopać. Pani po prostu wstała i łagodnie aczkolwiek dość stanowczo wyprosiła mnie z gabinetu nakazując cierpliwe czekanie na lekarza pod gabinetem…

Tylko, że moja cierpliwość się wyczerpała. W dupie mam czekanie, ojcu też się już spieszyło, Młoda była głodna a w szkolnej stołówce czekał na nią obiad. Wróciliśmy z niczym do domu, byłam jednak tak zbulwersowana, że po weekendzie postanowiłam pójść i nagłośnić tę sprawę w prasie.  Następnego jednak dnia Młoda cudownie ozdrowiała… Widocznie miała już dość siedzenia w domu i patrzenia przez okno na bawiące się dzieci. Rano zaczęła kuśtykać a wieczorem już dość sprawnie chodziła, by do poniedziałku znowu biegać i jeździć rowerem. Tym samym chęć „zemsty” na służbie zdrowia mi również przeszła…

     A w tą niedzielę Córcia znowu się przewróciła i mocno zbiła kolano, bo wbrew moim nakazom, nie założyła ochraniaczy wychodząc na rolki. A tak prosiłam, ostrzegałam i wykrakałam, i znowu był płacz i rozpacz…

 

     W tym tygodniu również Księżniczka obchodziła swoje dziewiąte urodziny. Z okazji urodzin zabrałam ją na zakupy i obciuchałam, R szarpnął się na nowy rower a od mojej siostry wysępiła kociaka.

 

     Z racji, że rocznica wypadała na tygodniu imprezę przesunęliśmy na weekend. Był tort w kształcie książki, na który Młoda osobiście złożyła zamówienie jeszcze w Wielkanoc będąc u cioci, był Pikolak i wino, owoce, słodycze i lody. Była babcia z dziadkiem i moja siostra, tylko koleżanki nie dopisały, bo z tego wszystkiego solenizantka zapomniała koleżanki zaprosić… No i oczywiście już od rana awantura, bo to moja wina, bo nie zrobiłam zaproszeń!

- To mogłaś mi przypomnieć żebym zrobiła zaproszenia, Twoje urodziny i to Ty powinnaś o tym pamiętać… Trudno, zaprosisz bez zaproszeń…

- Teraz?! To kiedy niby kupią mi prezenty?

- To nie kupią…

- Tak, zaproszę i przyjdą bez prezentów…

- No to przyjdą bez…

- To niby co ja dostałam na urodziny, nic, tylko ciuchy, rower i jakiegoś kota…

Zrobiłam wytrzeszcz oczu:

- Mało Ci? Ciuchy 200, rower 1500, kot wart 600zł do tego przyjęcie a dla Ciebie to nic? Na pewno od koleżanek dostałabyś więcej…

Niezły charakterek ma ta moja panna, wychowuję prawdziwą księżniczkę… Na szczęście nie zawiodła Zuza oraz Eryk, który chociaż nie był na przyjęciu dał Młodej czekoladę. Koleżanka przyniosła bombonierkę, portfel i maskotki, ciocia perfumy, babcia z dziadkiem kasę więc ostatecznie impreza się udała i Mała została udobruchana.

 

     A R zapragnął mieć własnego psa ale mu nie wyszło. A zaczęło się od tego, że pod sklep jego rodziców przypałętał się pies (z oczu jak hasky ale z budowy podchodzący bardziej pod malamuta) i R od paru już tygodni go dokarmiał. Pies więc szybko się do niego przywiązał ale przez to, że często przesiadywał pod drzwiami sklepu odstraszał klientów. R dostał nakaz, by się go pozbyć sprzed sklepu, więc… przywiózł go do domu. Tylko, że my nie możemy mieć kolejnego psa w domu, mamy już Roxi, jest Odi, która od razu na widok „nowego” chciała się rzucać do niego z pazurami a od tygodnia mamy jeszcze kociaka i kolejny, tak duży pies to już, nawet jak na nas, za wiele! R wymyślił więc, że „husky” zostanie pod blokiem a na drugi dzień, jak wróci zawieziemy go do mojego dziadka.  Odwożenie do schroniska nie wchodziło w grę, bo zbyt się do niego przywiązał.

 

- Tam będzie miał świetne warunki, od śmierci Romka stoi pusta, nowa buda, jest zamykany kojec, a dziadkowi pies jest potrzebny - argumentował.

 

      Ja miałam jednak obawy, bo z tego co mi się obiło o uszy „husky” lubią uciekać i łapać kury więc na podwórko do dziadka taki pies się nie nadaje…

R zamknął psa na noc w samochodzie, rano przywiózł mu do jedzenia gnatów, korpusów i pojechał… Wieczorem zawieźliśmy psa na działkę. Ojcu widzę, ze pies się podoba, mamie też, dziadek go nie chce, bo kto będzie go karmić… Prowadzimy na podwórze, by skonfrontować go z drobiem i kotami. Pies nie reaguje na prychające na niego koty, chociaż węszy i jest ciekawy nowego miejsca, mijając kaczki wydaje się opanowany i nie wykazuje niezdrowego nimi zainteresowania…  Prowadzimy go do kojca, zamykamy. Wolałabym go jednak przywiązać,  bo mam obawy, że gdy wskoczy na dach budy, może przeskoczyć przez ogrodzenie. Gdyby miał tu zostać na pewno trzeba by było je jakoś zabezpieczyć.  Nie mamy jednak nawet obroży, nie było czasu nic przygotować, bo R przywiózł go bez konsultacji, bez zapowiedzi… Zostawiamy więc go za siatką, ale widząc, że odchodzimy pies zaczyna wpadać w panikę, skomle, wyje…  Rano, gdy R przywozi  mu jedzenie psa nie ma, pod siatką widać za to niewielki podkop… Jestem zła na niego – po co przywoził w ogóle tego psa, teraz będzie się gdzieś pałętał, głodny, w deszczu, w obcym miejscu… A co jeśli wróci na podwórze i złapie sobie kurę? A jeśli gdzieś polizie i wpadnie pod samochód… Szkoda mi go, chciałam już sama żeby został, miałam go wyczyścić… dobrze, że z mamą chociaż trochę kleszczy zdołałyśmy mu powyjmować…

Na drugi dzień R przynosi nowinę, że pies znowu pojawił się u niego prze sklepem…  Jak to możliwe? Przecież to ponad 15km. Nie chce mi się wierzyć, że wrócił ale R przysięga… Jednak wczoraj wieczorem gdy wracamy z Młodą do domu zastajemy „haskiego” pod nasza klatką! Jedna z koleżanek mówi, że był pod jej szkołą… jak pod szkołą, skąd? Nie wierzę już w słowa R, że wrócił do sklepu jestem raczej skłonna uwierzyć, że po ucieczce od dziadka przypadkowo zawędrował pod szkołę i może „poznał” Karolinę, bo wcześniej ganiał przed blokiem z dzieciakami i w ten sposób z powrotem trafił do naszego domu… no bo jak? Dzwonię do R z nowiną, że „jego” pies wrócił, w dodatku mądrala sam potrafi sobie otwierać drzwi i już siedzi sobie u nas pod drzwiami na wycieraczce! W dodatku śmierdzi od niego na odległość, jakby się wytarzał w padlinie, zaraz zasmrodzi całą klatkę i będę miała jeszcze nieprzyjemności, bo i tak już poszła fama, że to nasz pies… Kiedy R przyjeżdża jedziemy do sklepu po psie akcesoria. Kupujemy szampon, obrożę, smycz, kaganiec i obrożę przeciw kleszczom.

R postanawia, że go wykąpiemy, przenocujemy i jeszcze raz zawieziemy rano do dziadka ale tym razem się go przywiąże by nie uciekł... Zakochał się w tym psie i chce go mieć… Przyprowadza go do domu ale pies czuje co się święci i zaczyna skomleć, wyć cicho i nie chce nawet wchodzić do łazienki. Chce wyjść a gdy naciskanie klamki nic nie daje zaczyna gryźć drzwi! O nie tylko nie to! R próbuje zaciągnąć go na siłę ale pies się wyrywa! Mimo wszystko jestem pełna podziwu dla niego, jaki pies okazałby tyle cierpliwości dla obcych mu ludzi, przecież nie zna nas, boi się czy nie chcemy zrobić mu krzywdę a mimo to ani razu na nas nawet nie warknął, nie próbował ugryźć chociaż i tak dla własnego bezpieczeństwa założyłam mu kaganiec - jaki inny pies dałby jednak w ogóle założyć sobie ot tak kaganiec?! R bierze go w końcu na ręce i zanosi do wanny ale gdzie on będzie siedział w wannie!? Wyrywa się, wspina po czym się da, włazi na umywalkę, na pralkę, wszystko mi po drodze zwala…

Biorę więc wiaderko z wodą, gąbkę i szoruję mu futro w przedpokoju, on co raz się otrząsa, brud leci na boki zaraz też wszystko wokół pływa ale muszę jakoś zetrzeć z niego ten smród, powyciągać kleszcze… Udaje się go zaciągnąć do łazienki, zamykam drzwi na klucz i szoruję co z większego, oczyszczam rany … W końcu daję mu spokój, wypuszczam i biorę się za sprzątanie… A pan pies ląduje sobie mokry na kanapie…

 

- Powiedz mu coś, bo on nie chce mnie słuchać! – woła R, wyrażając w ten sposób swoja bezradność w stosunku do „swojego” psa…

 

No nie tego już za wiele! Ścierka jest w tym przypadku najlepszym argumentem i po chwilowych pertraktacjach pies opuszcza kanapę pozostawiając po sobie jednak mokrą plamę. Mam już tego dość, przede mną jeszcze sprzątanie pobojowiska i odrabianie lekcji z Młodym…

R wyprowadza psa z domu i zostawia przed klatką, słychać jak biedny skomli…

- Zostawiasz go mokrego, na deszczu, na zimnie?

- Opłucze się…

Nie mam już siły do tego faceta ale po chwili znowu schodzi i widzę przez okno, że otwiera tył samochodu, pies wskakuje na pakę…

Na drugi dzień znowu zostaje sam pod blokiem i znowu wyje pod klatką "za panem", w końcu odchodzi i już nie wraca...

 

      Młody pisze na polski charakterystykę mamy: jak wygląda, jaki ma charakter, dlaczego jest wyjątkowa… Sprawdzam, co tam stworzył (tym razem robił to bez mojej asysty, pomagała mu za to Mała). W ostatnim zdaniu czytam: „Moja mama jest wyjątkowa, bo z nami wytrzymuje.”

 



komentarze (24) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 993