Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Marzenia się spełniają?

wtorek, 22 maja 2012 3:36

   

 

     Dzień mija za dniem a ja nie mam czasu, żeby sobie normalnie, o przyzwoitej porze siąść i skrobnąć tu parę zdań w ramach „czasu tylko dla siebie”. Nie, ja nie mam „czasu dla siebie”, co najwyżej mogę tylko wygryzać „ostatki” doby (lub początki jak teraz)… Chociaż w zasadzie patrząc z boku ktoś mógłby powiedzieć, że skoro jestem „niepracująca” i oficjalnie się ”byczę” to „czas dla siebie” mam ciągle – bo przecież, to ja sama decyduję o której wstanę, o której się położę i kiedy się zabiorę za jakąkolwiek „robotę domową” i w gruncie rzeczy zamiast wykonywać tę „robotę domową” mogłabym nie robić nic, tylko leżeć i się relaksować (czyż nie w ten sposób są postrzegani przez większość „pracujących” „nieroby”, którzy nie muszą nigdzie wychodzić do pracy?)… Ale nie, ja czas na czytanie mam dopiero w wannie, na maseczki, golenie nóg i manicure zarezerwowane niedzielne przedpołudnie a czas „dla siebie” mogę zacząć dopiero po 2300 (w poniedziałki wcześniej bo o 2200 leci „Gra o tron”, której nie mogę sobie odmówić) – wtedy wszyscy moi domownicy pogrążeni są w głębokim śnie, najważniejsze „roboty domowe” zakończone i z nikim nie muszę walczyć o dostęp do komputera, mogę więc w końcu pobuszować po internecie, sprawdzić newsy i… zająć się swoją robotą.

Dostałam od mamy zlecenie na domek letniskowy. Niestety, od piątku nie narysowałam ani jednej kreski. W zasadzie w sobotę miał się pojawić klient z którym miałyśmy obgadać mój wstępny projekt wg. jego założenia ale się nie pojawił więc trochę nie wiem co robić dalej, bo „projekt” klienta… jest głupi. Gość złożył zamówienie przez internet. Rozrysował swoją wizję – wymiary budynku, rozmieszczenie pomieszczeń, jak mają wyglądać elewacje ale jak to często w takich przypadkach bywa w swoim założeniu wykazał się słabą wyobraźnią przestrzenną i pogubił się w proporcjach. Oczywiście gdyby złożył zamówienie na miejscu niedociągnięcia jego „projektu” od razu można byłoby zweryfikować ale kiedy ktoś daje zlecenie „na odległość” zmuszona jestem rozrysować kilka wersji projektu – jego (aby unaocznić mu błędy) i swoją (czasami robię ich kilka aby klient mógł wybrać najbardziej mu odpowiadającą) a potem umawiam się na zatwierdzenie. No, ale facet w umówionym dniu się nie odezwał… Czas goni, bo chciał „szybko” a ja nic nie robię dalej bo nie chce się narobić na darmo… Zresztą obok czeka już kolejny projekt domku i jeszcze jedna „typówka” do adaptacji tak, że chociaż nie pracuję „pomagając” przy projektach roboty mam pod dostatkiem z czego się jednak z wiadomych względów bardzo cieszę…

 

    A w niedzielę był bal... Moje młodsze dziecię w tym tygodniu kończy 8 lat więc zorganizowaliśmy jej przyjęcie urodzinowe. Największą niespodziankę zrobiła nam moja mama. Otóż miałam problem z ciastem, gdyż nie jestem piecząca a tortów w życiu nie piekłam. Nie zamówiłam jednak ciasta w cukierni, bo i z kasą było u mnie już krucho a i doświadczenie z cukiernianymi tortami miałam złe – zazwyczaj drogie jak diabli a robione „aby taniej” – nawalona kupa masy i nasączone aż ścieka, byleby tylko zyskać na wadze. Miałam nadzieję, że może R załatwi jakieś dobre ciasto, bo jego siostra robi wyśmienite wypieki - niestety nie załatwił… Mojej siostry nie było a mama też zawalona swoją robotą więc wiedziałam, że raczej nie będą miała czasu tym razem przyszykować tortu dla wnuczki (zazwyczaj piekły z siostrą). Córcia na szczęście na swoje przyjęcie, zamówiła tylko Domki Baby Jagi, które oczywiście jej zrobiłam, jednak w sobotę wieczorem zaczęłam się zagryzać tym, że przyjdą goście a ja oprócz sałatki kanapek, soku, Pikolaka i Domków żadnego ciasta im nie zaserwuję – jakoś głupio tak... I tak sobie siedzę późnym wieczorem nad deską do prasowania - za oknem już ciemno, R gdzieś pojechał rowerem - i dumam… Nagle dzwoni domofon – otwieram „bez pytania” myśląc, że to R na pewno wraca a tu za chwilę wchodzą rodzice z wielkim pudłem a w nim…wspaniały tort, a na tacy jeszcze ciasto! Zamurowało mnie… Jak? Skąd? Kiedy? Okazało się, że mama już dużo wcześniej zamówiła te wypieki u swojej kuzynki (która jest mistrzynią pieczenia i nawet ma na swoim koncie wygrane jakieś nagrody z tego tytułu) i specjalnie późnym wieczorem zrobili ponad 40km aby je odebrać. Ale jeszcze bardziej zaskoczona była Młoda, gdy rano otworzyła lodówkę…

Oprócz cioć i dziadków Mała zaprosiła koleżanki. Dzieciaki miały ubaw z gry karaoke SingStar, którą sprezentował młodej R, objadały się czekoladowym fondue z owocami, lodami i oczywiście ciastem ale, że dzień był gorący większość czasu i tak spędziły na dworze a dorośli goście mogli sobie spędzić miło popołudnie na pogaduchach przy kawie i lampce wina. Przyjęcie więc się udało, no i czy mogę powiedzieć, że marzenia się nie spełniają?  

Spełniają… Dowodem na to są np. moje zapiski sprzed roku. Pisałam wtedy, że marzy mi się wycyklinowanie podłogi w mieszkaniu i nowe meble dla dzieci… ale przecież jestem biedna więc gdzie mi do takich marzeń, bo i za co… Otóż, jedną z pierwszych reakcji R gdy wyszedł i zobaczył stan naszej podłogi, było „zamawianie cykliniarza”. Była wówczas jednak już późna jesień a zamówiony cykliniarz miał jeszcze jakąś robotę do zrobienia a potem skończyły się R pieniądze i z cyklinowania nic nie wyszło… Na wiosnę R miał znowu dostać jakąś większą sumę pieniędzy, postanowił więc, że kupi dzieciom nowe biurko. Gdy poszedł zamawiać biurko… zamówił od razu jeszcze łóżko dla Małej. Jednakże gdy meble przyjechały do sklepu… R pieniędzy już nie miał! Oczywiście ciągle miał dostać ale jakoś nie dostawał. Zaczęliśmy wspólnie „po trochu” w ratach donosić kasę do sklepu i ostatecznie na początku maja biurko wykupiliśmy… W międzyczasie gdy R kombinował jak tu wykupić meble jego dziadek zaoferował się, że może mu je wziąć na raty. Wcześniej już, jeszcze w zimie, dziadek kupił mu nowy telewizor, PS3 i radio do samochodu aby wnuczek miał, na otarcie łez, po latach spędzonych w „niewoli”… Teraz więc korzystając z okazji, że „dziadek chce brać i płacić” R postanowił umeblować na nowo cały pokój dzieciakom! Pojechali więc razem  do sklepu i zamówili jeszcze segmenty na ponad 7 tys! Niestety, zanim meble dotarły zmarła babcia R i kiedy razem z dziadkiem pojawili się w sklepie aby spisać umowę ratalną okazało się, że samotny dziadek jest już za stary aby można było mu udzielić kredytu! No i klops. Sklep zamówił dla nas meble, zaliczka dana a my nie mamy jak ich wykupić. Byłam wkurzona ale z drugiej strony pomyślałam sobie, że trudno, w sumie nie ja zamawiałam nic też się nie stanie jeśli ich nie wykupimy nikt nam łba z tego powodu nie urwie a zresztą niech R sam się martwi, ja sobie nie zamierzam tym głowy zawracać…

Jednak R niedługo potem „skumplował się” z moją ciotką… Ciotce pół roku temu zmarł syn, teraz postanowiła zamówić grobowiec na grób więc poprosiła pewnego razu mnie abym poobwoziła ją po zakładach kamieniarskich... Gdy R się o tym dowiedział - jako syn, wnuk i siostrzeniec kamieniarzy znawca tematu - zaproponował, że zawiezie ją do hurtowni skąd wszyscy okoliczni kamieniarze biorą materiał na pomniki i załatwi o wiele taniej. Ciocia zamówiła więc sobie pomnik „taki jakiego chyba na całym cmentarzu nikt jeszcze nie ma” i od tamtej pory R jest na każde jej wezwanie i robi za osobistego szofera. Tak się złożyło, że wspomniał coś tam o kłopotach jakie ma z wykupieniem mebli i …ciotka zaofiarowała się mu pomóc!

R zdobył tym sposobem nie tylko pieniądze na meble ale również na wyremontowanie podłogi w całym mieszkaniu…

    I cóż mam na to powiedzieć… Trochę mnie wkurzyło to, że naciągnął moją ciotkę (ponoć chciała mu dawać jeszcze więcej abyśmy mogli sobie kupić nowszy samochód bo ten już mi się lada moment rozsypie ale jednak r odmówił). W sumie zobowiązał się jej dług spłacać w ratach – nic nie za darmo - ale czy będzie w stanie to zrobić tak jak obiecuje? Gdyby to był jego dziadek to bym się nie przejmowałam – co mi tam, ale to akurat moja rodzina i jak on zawali to ja będę musiała przejąć zobowiązanie na siebie i tego się boję…

   No ale jakby nie patrzeć marzenia się spełniają… chociaż znów nie w taki sposób jak sobie wyobrażałam…

 



komentarze (10) | dodaj komentarz

The cycle repeated...

niedziela, 06 maja 2012 2:40

    Z końcem kwietnia odfajkowałam kolejną „kreskę” na karku i o dziwo moje samopoczucie nie spadło z powodu okrągłej rocznicy urodzin, ani z powodu świadomości upływającego czasu – może dlatego, że tak naprawdę wcale się nad tym nie zastanawiam a może też dlatego, że Czas jest dla mnie łagodnym kochankiem – posuwa mnie regularnie (ostatnio jako jedyny) ale robi to nad wyraz delikatnie...

W sumie nie mam wokół siebie zbyt wielu „narzekaczy” (OK. dziadek na wszystko narzeka, bo przecież „przed wojną było lepiej…” ale on narzekał od zawsze, więc był czas przywyknąć i na to się przymyka oko) tym samym również nie mam powodów do narzekania i zamartwiania się, bo nie mam z kim się „licytować”. Nie bardzo mam się też z kim kłócić, bo „wyrosłam” już z „nerwusostwa”, dlatego coraz więcej rzeczy i osób olewam i coraz mniej jest takich, co mogą mnie wyprowadzić z równowagi – oczywiście z małymi wyjątkami jak np. R...

Mówiąc ogólnie, poziom stresu w moim życiu jest umiarkowany a przez ostatni tydzień ogarnął mnie wręcz nastrój błogostanu – wiosna rozbudziła się na dobre, pogoda nas rozpieszcza więc nic mi teraz do pełni szczęścia nie brakuje - oprócz oczywiście pieniędzy ale przecież do 15 - tego jeszcze z głodu nie umrę więc jakoś to będzie...

    Tydzień temu „my sister” prowadziła w sąsiednim mieście szkolenie, na którym propagowała zdrowy tryb życia, gdzie zabrała mnie i R. Po szkoleniu zostaliśmy zaproszeni przez gospodarzy tego spotkania (jak i inni uczestnicy) na przepyszną kolację w stylu włoskim do jednego z klubów studenckich. Kolacja chociaż dość obfita była oczywiście lekka i bardzo zdrowa a towarzystwo nowo poznanych osób wyśmienite. Na przystawkę podano pomidory nadziewane mieloną wołowiną, delikatnie przysypane parmezanem w towarzystwie rukoli – danie bardzo proste, łatwe do podrobienia w domu a jakże smaczne. Jako danie główne podano ryż, pierś z grilla i sałatką z rukoli, bazylli, pekinki i sosem migdałowo – limonkowo – imbirowym – połączenie smaków trzeba przyznać dość ciekawe ale jako całość bardzo dobre. A na koniec była pizza chociaż właściwie miała to być focaccia, którą tradycyjnie podaje się przed posiłkiem, tutaj jednak podali nam ją na sam koniec, w dodatku zamiast samego ciasta upiekli ją z mazzarellą i ziołami. Nam to jednak w żadnym razie nie przeszkadzało, zmietliśmy ją w mig bo była przepyszna.

Naładowani pozytywną energią i motywacją do działania, do domu wróciliśmy przed północą. Spacerowałam sobie jeszcze potem długo z psem i chłonęłam zapachy oddychającej łąki. Uwielbiam takie nocne spacery, kiedy nastaje cisza i wszystko wokół pozornie zasypia a otaczające mnie rzeczy tracą swój kształt w ciemności. Staję się nagle wyczulona na zapachy, na minimalne zmiany temperatury powietrza i odnoszę wrażenie, że moje uszy same poruszają się w stronę dochodzących zewsząd przeróżnych odgłosów. W takie ciepłe, rozświetlone gwiazdami noce nie mam ochoty wracać do domu…

    Na majówkę, korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się nad jez. Piaseczno do M. na „rozpoczęcie sezonu”. Razem z siostrą wymyśliłyśmy, że wyślemy R samochodem z dzieciakami, psami i prowiantem a same dojedziemy na miejsce rowerami. Wprawdzie to 50 km w jedną stronę a dla nas pierwsza taka wycieczka w tym roku ale oceniłyśmy, że co to dla nas – damy radę. Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy z tym, że nie przewidziałyśmy, że wyjazd o 1800  to dla nas trochę za późno, bo na dojazd lekkim tempem powinnyśmy sobie zarezerwować przynajmniej 3 godz. a niestety słońce zaczęło zachodzić już po 1900 a my nie zaopatrzyłyśmy się nawet w światełka… Poza tym ja przed wyjazdem nic nie zjadłam, nie wzięłyśmy sobie oprócz wody żadnego prowiantu na drogę a na samym początku trasy miałyśmy sporo podjazdów pod górkę, więc z tego powodu zapasy mojej energii szybko się wyczerpały i już po 25 km. nogi odmówiły posłuszeństwa – nie miałam siły dłużej pedałować… Zdołałyśmy jednak przed zmrokiem dojechać do pierwszej większej miejscowości i zadzwoniłyśmy po R, który w tym czasie już dawno był na miejscu i zdążył się wypakować, by po nas wrócił…

Sam pobyt nad jeziorem jak zwykle zaliczyć można do udanych. Zawsze jest to czas gdy totalnie można się odstresować, wyciszyć, wyluzować, wybawić, powydurniać. M. tym razem przywiózł na działkę swoją PS3, rzutnik i Guitar Hero. Muzyka poszła na fuul i wszyscy na zmianę „dawali” koncert. Mi w pewnym momencie przypadła w udziale rola wokalistki. Darłam więc ryja w mikrofon wespół z M. i innym kolegą do tekstów ”Livin’ On A Prayer” Bon Jovi, “The Kill” 30 Seconds To Mars, ”Hotelu California", czy ”Beat It" Jacksona i o dziwo nieźle mi to nawet wychodziło, gardło sobie trochę zdarłam ale zabawa była przednia. Postanowiłam nawet, że uraczę w słusznym czasie taką „zabawką” swoje dzieci, obawiam się tylko, że sąsiedzi mogliby nie być zbytnio tym uszczęśliwieni, szczególnie gdybym ja znowu zaczęła „śpiewać”… Pogoda nas rozpieszczała więc dzieciaki zaliczyły kąpiel w jeziorze, robiliśmy sobie spacery i wycieczki rowerowe po okolicy a co wieczór zaczynało się imprezowanie przy ognisku lub suto zastawionym stole, które jak zwykle trwało do późnych godzin nocnych w towarzystwie coraz to nowych gości – sąsiadów bądź znajomych.

Niestety, w czwartek musieliśmy już wracać. Znowu wysłaliśmy R przodem ale nauczone doświadczeniem, w rowerową drogę powrotną wybrałyśmy się z siostrą wcześniej aby spokojnym tempem jeszcze przed zachodem słońca dojechać do domu. Zabrałyśmy sobie na drogę kanapki i owoce aby nie opaść z sił w podróży, oraz wodę z guaraną dla lepszego „kopa” i tym razem udało nam się bez większego wysiłku pokonać całą trasę do domu. Dzień był cudowny. Cieplutko, słonecznie chociaż już nie upalnie jak wcześniej a powietrze przejrzyste i rześkie po nocnej burzy. Całą drogę mogłyśmy się delektować widokami rozbudzonej do życia przyrody – jeszcze tydzień temu na drzewach były tylko pąki a teraz wszędzie wokół nastąpiła eksplozja zieleni, chłonęłam zapachy dochodzące od mijanych łąk i lasów, od kwitnących drzew wiśniowych, bzów i jabłoni, chłonęłam kolory pól pokrytych intensywną żółcią kwitnącego już rzepaku, lazurowego nieba nade mną i melodie wyśpiewywane przez ptaki.

Tak, to była wspaniała wycieczka i postanowiłam sobie, że w tym sezonie nie ostatnia. Wcześniej nigdy nie zapuszczałam się rowerem w dłuższe trasy niż 20 km ale teraz wiem, że skoro mogłam zrobić bez uszczerbku na zdrowiu (w postaci np. zakwasów) czy nadmiernego wysiłku 50 km, to mogę też przejechać więcej i dłużej. Dlatego dla podtrzymania formy następny wyjazd „gdzieś tam” mam już zaplanowany na niedzielę i w ogóle od teraz częściej będę siadać na rower, może nawet się na tym punkcie zafiksuję jak swego czasu R, bo już zaczynam przeglądać przyniesione przez niego katalogi z akcesoriami i wypatrzyłam sobie takie fajne rowerowe buty i plecaczki, i ubranka, i światełka… niestety są jak dla mnie w tym momencie jeszcze za drogie, ale może kiedyś…


 



komentarze (6) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 032