Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Kronika

środa, 25 maja 2011 1:43

 

     Przeglądałam Kronikę rodzinną. W ostatnich latach zaniedbałam się w jej prowadzeniu. Muszę pouzupełniać zgony i narodziny, pododawać nowe fakty z życia rodziny… Zawaliłam sprawę, bo nie zdążyłam zrobić dokładnego „wywiadu” z babciami czego teraz nie mogę odżałować. Zawsze odkładałam to na „następnym razem” i w końcu najpierw zmarła babcia Janka ze strony tata a potem Zosia ze strony mamy. Z babcią Zosią byłam w bliższym kontakcie więc znam więcej szczegółów z jej życia, niestety nigdy nie spisywałam na bieżąco jej opowieści ani nie nagrywałam (do czego też wielokrotnie się przymierzałam) a że pamięć jest zawodna, dziś po tylu latach trudno mi wszystko co kiedyś usłyszałam dokładnie poukładać do kupy i powiązać z konkretnymi osobami…

     Skąd w ogóle pomysł na spisanie kroniki i drzewa genealogicznego? Zaczęło się od tego, że na pierwszym roku studiów w ramach pracy zaliczeniowej na koniec drugiego semestru z historii sztuki nasz pan profesor nakazał nam - obok wypisania streszczeń i wykucia na pamięć wszystkich znanych mitów greckich a także znaczenia występujących w nich imion – wyprowadzenie swojego drzewa genealogicznego i przygotowanie albumu, w którym zbierzemy fakty dotyczące rodziny i swoich przodków. W ten sposób wraz z innymi studentami z mojego rocznika zostałam zmobilizowana do tego aby zainteresować się swoimi korzeniami. Oczywiście na przygotowaniu albumu na „zaliczenie” nie poprzestałam lecz kontynuowałam „ten proceder” również w późniejszych latach ale jak wspomniałam na wstępie ostatnio trochę się w tym zaniedbałam.

I tak przeglądając kronikę zatrzymałam się na stronie dotyczącej osoby babci Zosi. Rodzina babci pochodziła z Wołynia. Mieszkali w kol. Majdan Hulewiczowski w powiecie kowelskim. Spróbowałam poszukać tej miejscowości w mapach Google. Niestety, na mapie nie dało się go zlokalizować (może po prostu już nawet nie istnieje) ale za to o wsi Hulewicze - w pobliżu których kolonia Majdan Hulewiczowski musiała się znajdować – jest wzmianka nawet w Wikipedii. Obecnie miejscowość ta nosi nazwę Гулівка (Guliwka) liczy 237 mieszkańców i znajduje się 127 km – czyli jakieś 2 godz. jazdy - od mojego miejsca zamieszkania. Odszukałam też miejscowość gdzie znajdowała się parafia, w której babcia była chrzczona – Maniewicze (obecnie Маневичі).

Przeszukując tak Internet w poszukiwaniu tych miejscowości natknęłam się na stronę dotyczącą Ludobójstwa ludności polskiej na Kresach na której  znalazłam informację, że 29 sierpnia 1943 roku min. we wsi Hulewicze pow. Kowel Ukraińcy zamordowali 7 rodzin polskich (20 – 30 Polaków) a w kol. Majdan Hulewiczowski pow. Kowel Ukraińcy zamordowali 16 Polaków (5 rodzin)” –  co się w tym czasie działo z rodziną babci? Jakim cudem przeżyli „Rzeź wołyńską?”

     Dla przypomnienia (za Wikipedią): Rzeź wołyńska to masowa zbrodnia (czystka etniczna) dokonana przez nacjonalistów ukraińskich (przy aktywnym, częstym wsparciu miejscowej ludności ukraińskiej) wobec mniejszości polskiej byłego województwa wołyńskiego II RP (w czasie wojny należącego do Komisariatu Rzeszy Ukraina), podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1944. Ofiarami mordów, których kulminacja nastąpiła w lecie 1943, byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło do 50–60 tys. Polaków (inne źródła podają, że ofiar mogło być nawet 2x więcej) i znacznie mniejsza liczba (2-3 tysiące) Ukraińców - głównie spośród tych którzy udzielali pomocy Polakom .

17 września 1939 r. po agresji wojsk ZSRR na Polskę, Wołyń włączono do Ukraińskiej SRR. W lutym, kwietniu i czerwcu 1940 miały miejsce masowe wywózki ludności polskiej i uznawanej przez komunistów za niebezpieczną klasowo na Syberię.

Babcia (która w chwili wybuchu wojny miała 11 lat) opowiadała, że ich rodzina również była na liście „do wywózki” ze względu na to, że jej ojciec (czy dziadek?) był „legionistą  Piłsudskiego” i „w imię zasług” otrzymał na tych terenach ziemię… Ponoć przed zsyłką na Sybir ostrzegła ich sąsiadka, której mąż był kolejarzem (?) i zobaczył ich nazwisko na jakiejś tam liście...

Jak donosi dalej Wikipedia: "po ataku III Rzeszy na ZSRR w roku 1941 Wołyń został zajęty przez wojska niemieckie. Niemcy wraz z kolaborantami ukraińskimi wymordowali ok. 150 tysięcy Żydów. Region stał się terenem aktywnej działalności OUN i UPA, dążących do utworzenia państwa ukraińskiego pod protektoratem Niemiec. Dążąc do utworzenia jednolitego etnicznie regionu nacjonaliści ukraińscy przy bierności Niemców przystąpili do eksterminacji ludności polskiej. Od lutego 1943 do stycznia 1944 - ze szczególnym nasileniem w lecie 1943 - dochodziło do czystek etnicznych, czyli zorganizowanego ludobójstwa na ludności polskiej…"

Babcia opowiadała o grasujących wtedy bandach. O tym jak „rezuni” napadali na polskie domy, jak „obcinali kobietom piersi, ciężarnym rozcinali brzuchy, niemowlęta nabijali na sztachety płotu, wrzucali ludzi do studni…”

Na stronie Ludobójstwa ludności polskiej na Kresach znajdujemy całą masę takich opisów…

  • nocą z 14 na 25 sierpnia  >  w miasteczku Mizocz pow. Zdołbunów Ukraińcy wymordowali ponad 100 Polaków; „na sztachetach płotów wisiały niemowlęta w becikach”


  • nocą z 29 na 30 sierpnia  > we wsi Mohylno pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali co najmniej 73 Polakow; małżeństwo Garczyńskich (lat 68 i 66) związali drutem kolczastym i wrzucili do studni;  42-letniemu Antoniemu Siateckiemu odrąbali nogi i pozostawili do skonania, jego żonie i 3 dzieci lat 3, 7 i 10 odrąbali ręce i nogi


  • we wsi Chmielów pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zamordowali kilka rodzin polskich, imiennie znane jest 11 ofiar, w tym 6-osobowa rodzina o nazwisku Demuś z 4 dzieci: 7-letniej Janinie odrąbali siekierą głowę na pieńku, 11-letniego Witolda i 13-letniego Stanisława zarąbali siekierami, 16-letniego Kazimierza zatłukli kołkiem, ich matkę zadźgali bagnetem
  • w kol. Konstantynówka pow. Dubno Ukraińcy zamordowali 2 Polaków: matkę przywiązali do żłobu, pod którym ukryła się z dzieckiem (zdradził ją płacz dziecka) i przerżnęli piłą; półroczne dziecko nadziali na bagnet i wrzucili do studni


  • we wsi Woskodawy pow. Równe upowcy zarąbali siekierami Bolesława Słowińskiego i jego żonę, a ich 6 dzieci w wieku od 1 roku życia do 12 lat nabijali na widły i kładli na furę, którą zostały wywiezione do wsi Korościatyn, gdzie spalili je żywcem w szopie


  •  w kol. Czmykos pow. Luboml upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi wymordowali około 200 Polaków, imiennie znane są 154 ofiary; każdy dom polski otoczyło 10 – 20 Ukraińców, mordowali siekierami, nożami, widłami, kosami, drągami, tam, gdzie dopadli ofiarę; „Grupę dziewcząt i kobiet spędzono do szkoły, gdzie po zgwałceniu i zmaltretowaniu, zwłoki wrzucono do szkolnej ubikacji”; 12-letniej Janinie Kotas znajomy Ukrainiec ze wsi Czmykos odrąbał nogi w połowie łydek; 12-letni Eugeniusz Król zastał przybity za ręce, nogi i szyję do drzwi w kuchni; ranna 5-letnia Amelia Góral i 7-letnia Zofia Król, która wygrzebała się z prowizorycznej mogiły, doszły w skrajnym stanie do Lubomla odległego o 12 km


To tylko kilka z całej masy znajdujących się tam opisów dokonanych zbrodni. Sama czytając to zachodzę w głowę jak to się stało, że zamieszkująca tamtejsze tereny ludność była zdolna do takich zbrodni, do takiego bestialstwa!! Często czynów tych dopuszczali się „zwykli” ludzie, którzy wcześniej przez wiele, wiele lat byli sąsiadami ofiar, znali się, w ramach sąsiedzkiej pomocy niejednokrotnie pomagali sobie w żniwach ich dzieci razem się wychowywały, chodziły do jednej szkoły, przyjaźniły się często… Co jest w stanie tak bardzo wpłynąć na umysły ludzi?

Zbrodni ludobójstwa nie dopuszczali się tylko „nacjonaliści ukraińscy”, ale także chłopi ukraińscy, często niepiśmienni, z udziałem kobiet i dzieci ukraińskich, nie mający pojęcia o „nacjonalizmie”. Mordercami byli nie tylko banderowcy, czyli ukraińscy faszyści ale także zwykli „sąsiedzi Ukraińcy” otumanieni propagandą działaczy OUN, dowódców UPA, oraz popów ukraińskich, zarówno prawosławnych jak i greckokatolickich. Ich „walka narodowo-wyzwoleńcza” polegała na zrabowaniu dobytku sąsiadów Polaków, po ich wymordowaniu.
Agitacje ludności cywilnej do wystapień przeciwko Polakom prowadzono często na zebraniach w cerkwiach. W w/w publikacji czytamy:  Wiemy, że duchowni prawosławni i greckokatoliccy święcili noże czy siekiery, którymi zabijano Polaków. Podżegali do ludobójstwa, tłumacząc, że zabicie Lacha nie jest grzechem…

Pomimo traumatycznych przeżyć jakich rodzina babci musiała doznać w tamtym okresie z jej ust nigdy nie usłyszałam złożeczeń czy słów pogardy kierowanych w stronę Ukraińców ani w stosunku do jakiejkolwiek innej nacji. Opowiadając o minionych czasach nie wpajała nam również nienawiści ani "żądzy wyrównania krzywd".   

Jakim jednak cudem jej bliscy uniknęli tych czystek? Czy znowu któryś z ukraińskich sąsiadów ich ostrzegł przed pogromem? Z opowieści babci tak było w przypadku jakiejś jej kuzynki. Kiedy „Kazia (?) wracała z pola do domu, sąsiadka kazała jej uchadit bo jej otców bijut... Kazia zatrzymała się u jakiejś rodziny. Pewnego ranka gdy była z ok. rocznym dzieckiem gospodarzy w kuchni do domu wpadli rezuni, ponoć udała, że jest Ukrainką, sąsiadką rodziny a dziecko jest jej. Bandyci kazali jej się wynosić a rodzinę całą wyrżnęli…”

Babcia mówiła, że jej rodzina - tzn. rodzice, 3 siostry (najmłodsza 3 latka) i 2 braci ukrywali się dłuższy czas na bagnach i mieszkali w ziemiance. Jak długo i od kiedy pozostawali w ukryciu nie wiem. W zabudowaniach pozostawili zwierzęta, których doglądali chłopcy. Mieszkali gdzieś na uboczu wsi więc mogli niezauważeni zakraść się do obejścia. Ponoć kiedyś wraz z siostrą zakradły się wieczorem do domu żeby ugotować zupę, którą potem niosły gorącą przez pola. Opowiadała, że strzelali za nimi Niemcy, w ciemności widziały tylko lecące w ich kierunku błyski, na szczęście na bagna Niemcy bali się zapuszczać… Szczęścia jednak nie miał jej 16 letni brat Czesio, którego Niemcy(?) zgarnęli gdy wrócił do gospodarstwa żeby nakarmić konia i wraz z innymi mężczyznami zagonili do stodoły którą następnie wysadzili w powietrze… Ludzie potem chodzili po okolicy i zbierali szczątki swoich bliskich. Babcia „rozpoznała brata” po nogach, a dokładnie po skarpetach, które zrobiła mu kiedyś własnoręcznie na drutach…

Czy feralnego dnia 29 sierpnia 1943 roku kiedy nacjonaliści ukraińscy mordowali Polaków z Hulewiczów i z Majdanu Hulewiczoskiego rodzina babci ukryła się na bagnach czy może opuścili tę miejscowość już wcześniej, nie wiem. Wiem, że w końcu babcia opuściła swoją miejscowość. Rodzice wysłali ją pociągiem na stronę zachodnią. Jechała sama z jakąś koleżanką i w końcu znalazła się we wsi w okolicy Chełma a potem osiadła tam reszta jej rodziny… Dlaczego akurat tu? Kurcze nie pamiętam! Czy mieszkali tutaj jacyś ich kuzyni? Nie wiem! I dlatego muszę na temat dokładnie jeszcze porozmawiać z dziadkiem i tym razem dokładnie wszystko spisać.

     Postanowiłam sobie jeszcze jedno: Muszę odwiedzić tamte tereny… Podsunęłam już taką myśl mamie i siostrze. O ile by to było możliwe chciałabym zrealizować to postanowienie jeszcze tego lata. Może udałoby się dotrzeć do archiwów kościelnych jeśli oczywiście nie zostały zniszczone w zawierusze wojennej. Może zachowały się metryki bliskich babci, jakieś akty ślubów, zgonów, czy chrztów? Skąd w ogóle wywodzi się jej ród? Babcia była w stanie przekazać mi tylko informacje na temat swoich dziadków, o pradziadkach już nic nie wiedziała…

     Szukanie „korzeni” może być fascynującym zajęciem i wdzięczna jestem za to, że kiedyś dawno temu ktoś mnie tym zaraził.

 

pradziadkowie w dniu ślubu



rodzina babci już po wojnie

 

 




komentarze (14) | dodaj komentarz

Bezstresowe wychowanie

czwartek, 19 maja 2011 12:29

     Rano miałam trochę młyn. Wczoraj wyprałam przednie siedzenia z samochodu, które teraz suszą się na balkonie i wobec tego zapowiedziałam dzieciakom, że dziś wstajemy wcześniej żeby zdążyć piechotą na 7.30 do szkoły. Niestety, zanim udało mi się ściągnąć je z łóżek na zegarze wybiła już 7.00. Szybka toaleta, ubranie, koktajl zamiast śniadania i do wyjścia. Niestety „jak ci się śpieszy to się pieprzy”…

Teraz jakaś maniana odwalać zaczęła psu (który miał iść z nami w ramach porannego spaceru) – odmówił przyczepienia do obroży smyczy i… wrócił do domu!! Dobrze, że jeszcze nie odeszliśmy za daleko, dzieciakom nakazałam więc iść przodem a sama wróciłam do domu zostawić psa. Pędem biegnę by dogonić dzieci, które ku memu zdziwieniu wbrew nakazowi zamiast pójść prosto skręciły sobie w drugą stronę! Zamiast być już sporo przede mną musiały się wracać… a czas leci! Wzięłam od Młodego plecak by mu ulżyć i umożliwić szybszy marsz ale on zamiast iść szybciej złapał jakiegoś focha i został w tyle. Nie mogłam mu dotrzymywać kroku bo z kolei Mała na rowerze odbiła już dużo do przodu. Te moje dzieciaki nie nadają się do chodzenia! Na jedno nawołuj drugie poganiaj, nic tylko powrzucać do samochodu jak kartofle i wieźć, o wiele większa oszczędność nerwów!

     I tak idę sobie i znowu wzięło mnie na wspominki. Kurcze ja nie pamiętam żeby mnie ktoś odprowadzał czy przyprowadzał ze szkoły (no może na samym początku ale musiało być to tak krótko, że wcale nie utkwiło w mojej pamięci). Lato czy zima, słońce czy deszcz, mróz czy upał – maszerowałam sama albo z koleżankami! W dodatku mój plecak ważył o wiele, wiele więcej! Nie było nauczania zintegrowanego, nie mieliśmy książek podzielonych na „części” tylko do każdego przedmiotu oddzielny podręcznik i ćwiczenia które służyły przez cały rok, do tego zeszyty a czasami materiały potrzebne na plastykę. Młody w plecaku na stałe nosi tylko 2 zeszyty, podręcznik i ćwiczenia liczące jakieś 100 stron no i piórnik. 2 razy w tygodniu dodatkowo podręcznik i ćwiczenia do angielskiego i co dwa tygodnie do informatyki a resztę rzeczy trzyma w szkole. Moi rodzice oboje pracowali; tato na zmiany więc czasami mógł nas do szkoły wyprawić i zapakować do tornistra coś na drugie śniadanie. Jego kanapki zawsze będę pamiętać; chleb kupowany w piekarni obok miał średnicę takiej przeciętnej pizzy, tato przecinał chleb na pół więc kromka miała ok. 30 cm dł. a że chleb był najczęściej bardzo świeży i nie dało się go łatwo kroić to jedna kromka miała jakieś 1,5 cm grubości… miałam wielką trudność ugryzienia potem w szkole takiej kanapy!  Kiedy jednak i on miał do pracy na rano, do szkoły musiałam sama się zebrać i wyjść o odpowiedniej porze by się nie spóźnić. Pomagałam jeszcze młodszej siostrze się uczesać, zaplatałam jej długie włosy w warkocze albo wymyślałam jakieś dziwne fryzury. Sama też niejednokrotnie robiłam sobie śniadanie. Chleba krojonego nie sprzedawali więc moje palce do dziś noszą ślady po niejednokrotnym bliskim kontakcie z nożem. Krew się nieraz mocno lała a dziś moje dzieci panikują jakby się zaraz miały wykrwawić po byle jakim  zadraśnięciu. Moja inwencja twórcza w robieniu sobie kanapek do szkoły też była nieograniczona. Pamiętam, że kiedyś zrobiłam sobie kanapkę przekładaną… truskawkami ze śmietaną!  A dziś? Młody kanapkami gardzi. Serki, ciasteczka, bułeczka z nutellą, jogurcik – owszem zje. O tym, żeby sobie sam coś miał przygotować do szkoły nawet przez myśl mi nie przeszło. Kiedy dzwoni, że już skończył lekcje i żebym po niego przyjechała a ja akurat jestem gdzieś daleko i każę mu iść do babci (5 min. drogi) zaraz się wkurza, że musi iść a w słuchawce słychać dosadne "cholerrra jasna"…  Gdybym ja w ten sposób odezwała się w tym wieku do moich rodziców to użyliby wobec mojej osoby argumentów, które odcisneły by się czerwonymi pręgami na moim tyłku. Jak się tak nad tym zastanowić i porównać metody wychowawcze moje i moich rodziców to ja miałam „zimny chów” aż cud, że nie wyrosłam na nowego Hitlera!

     Tak oto doszliśmy do przejścia dla pieszych. Oglądnęłam się na Młodego… a jego brak! Lekcje trwały już od 8 minut a on ślimaczym krokiem, wlecze się jakieś 150m za mną! Na moje ponaglenia usłyszałam rzucone przez zaciśnięte zęby „zamknij się”… O nie, to ja ci plecaka nieść już nie będę! Podeszliśmy jeszcze kawałek i „za karę” miał dalej iść sam i sam po lekcjach do domu wrócić więc na „do widzenia” usłyszałam od synia „spierdalaj”….

     Więc tak opisując to wszystko postanowiłam sobie właśnie, że od dziś olewam. Kiedy Młody będzie miał na późniejszą godzinę po prostu odwiozę rano małą do przedszkola a sama gdzieś się ulotnię, np. na siłownię. On z kolei będzie musiał sam się zebrać i wyjść do szkoły. W końcu niech się uczy samodzielności i odpowiedzialności, najwyższy czas jeśli do matki już się mówi „spierdalaj”.

 

Ps. z ostatniej chwili

Moja córcia do mnie: Mamuś jak umrzesz to pamiętaj, że ja zawsze będe Cię kochać.... :)))

 



komentarze (3) | dodaj komentarz

Dancing In The Moonlight...

poniedziałek, 16 maja 2011 23:30

 

Z cyklu rozmowy kontrolowane: Dramat w jednym akcie.


Prolog: rozmowa matki z dzieckiem, któro z namiętnością nadużywa wulgaryzmów czy jest taka potrzeba czy nie a od niedawna w końcu nauczyło się wypowiadać głoskę „r” co z wielką lubością akcentuje w każdym wyrazie w którym dana głoska występuje


 Ja: Przestaniesz ty tak pod nosem bluzgać czy nie?! Jeszcze raz usłyszę, że tak mówisz to ci bryznę w twarz!

  N: Ale ja tylko sprawdzam gdzie jest „r”…


 Mina matki bezcenna…

 

The end

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

A teraz do rzeczy.

      Właśnie wróciłam ze spaceru z psem. Miało być szybkie „siku” ale Księżyc tak pięknie rozświetla niebo, gwiazdy migocą, a gdzieś w oddali słychać śpiew słowika, że zauroczyłam się tym widokiem i serenadą i chociaż trochę chłodno to wcale nie chciało mi się wracać do domu. Wybaczyłam więc Roxi, że mi gdzieś znowu przepadła w ciemności i wędrowałam sobie w tę i z powrotem wzdłuż łąki wpatrując się w niebo, w gwiazdy i w srebrzącą się, odbitą w kawałkach rozbitego na drodze szkła poświatę księżyca nasłuchując jednocześnie jednym uchem cichych treli ptaków a drugim dolatujących od kopalni dźwięków hamujących i uderzających o siebie wagoników co świadczyło, że tam musi być jakaś cywilizacja. Miałam wielką ochotę przejść się przez łąkę i pójść  poobserwować sobie z góry jak wygląda nocne wydobycie kredy ale jednak nie, trzyma mnie jakiś lęk, że oto gdy zagłębię się w zarośla ktoś od tyłu przywali mi obuchem w łeb albo jakiś wampir zanurzy kły w mojej szyi…

I tak się właśnie zastanowiłam, że przecież kiedyś mniej się bałam. Kiedyś - tzn. dawno, dawno temu gdy byłam jeszcze dzieckiem, nastolatką. Ile to razy np. sama wracałam po nocy od dziadków. W sumie to było niedaleko, raptem może 15 min. drogi marszu ale trasa praktycznie przebiegała już poza miastem, odludzie, pusta nieoświetlona droga obok opuszczonego sadu a czasami jak się chciało iść na skróty to przez ten zapuszczony sad… I jak dzisiaj pomyślę, że ja chodziłam tamtędy sama będąc jeszcze w podstawówce, bo często po lekcjach biegałam pomagać babci w pracy (sprzątała biura w niedalekiej bazie PKS) więc miałam wówczas jakieś 9 – 12 lat a potem wracałam często dźwigając siatę wyładowaną słoikiem śmietany, jajkami, butelką mleka czy ziemniakami to wierzyć mi się nie chce! Kurde, jakich ja miałam nieodpowiedzialnych rodziców!! Babcia w sumie często mnie podprowadzała do drogi ale zazwyczaj w połowie sadku się rozstawałyśmy i dalej już szłam sama. Nie wyobrażam sobie, że dziś pozwalam na takie wędrówki, gdy już na dworze jest ciemno, moim dzieciom a przecież dzisiaj dzieciaki mają „komórki” więc o tyle łatwiej mieć je „na oku”, można je  zlokalizować gdzie akurat są i co robią a w razie jakiegoś zagrożenia mogą (teoretycznie) dzwonić po pomoc – moi rodzice takiej możliwości nie mieli, bo zwyczajnie wtedy „komórki” nie istniały! Ale może nikt też nie pisał na wyrost nieszczęśliwych scenariuszy skoro na takie rzeczy było ogólne przyzwolenie. W każdym bądź razie nie przypominam sobie żebym się bała sama chodzić.

     Innym razem pamiętam, już jako starsza dziewczyna jakoś też o tej porze roku szukaliśmy z bratem i jego kolegą późną nocą… zająca. Chodziło o to, że jakoś chyba oni znaleźli małego zajączka i potem zostawili go w polu z tym, że zachodziło prawdopodobieństwo, że skoro zając miał już z nimi kontakt to nie zostanie przyjęty z powrotem przez matkę… Zarządziłam więc odszukanie go i zabranie do domu, żeby nie zdechł… Sęk w tym, że było już późno w nocy i chociaż świecił księżyc chłopaki nie byli w stanie zlokalizować miejsca gdzie porzucili zająca poszli więc do kolegi po latarkę a mnie zostawili samą w szczerym polu… i nie wiem dlaczego ale nie wracali dobrą godzinę a ja tam na nich czekałam w samotności. Pamiętam, że też tak słowiki śpiewały a z daleka dochodził rechot żab, nade mną niebo usiane było gwiazdami i poza tym cisza… Uwielbiam takie nocne spacery.

Za „moich czasów” szczególnie w okresie letnim dzieciaki nagminnie ganiały po dworze nawet do 21.00 - 22.00 - teraz to nie do pomyślenia, na rodzicach którzy pozwalają na coś takiego swoim dzieciom wiesza się psy. Sześciolatek robiący samodzielnie zakupy w sklepie to rzadkość a rodzice wysyłający dzieciaka do sklepu po 20.00 to patologia. Teraz noc jest od tego by spać, nikt się sam nie pałęta po ulicach bo nocą na ulice wychodzą demony…

Czasy się zmieniają a ludzie mają coraz więcej powodów by się bać i ten strach pomału również mi się udziela…



komentarze (5) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 018  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261018
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni