Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Niewdzięczna

wtorek, 30 kwietnia 2013 12:30

     Wczoraj R znów mnie zaskoczył… Dostałam od niego prezent z okazji urodzin. W sumie dla mnie to dzień jak co dzień – już od wieków nie wyprawiam święta z powodu rocznicy urodzin ale R pamiętał… Wrócił ze sklepu i na biurku, pod nos postawił mi ozdobną torebkę: 

 

– Wszystkiego najlepszego kochanie (i gorący całus w usta, na który nie miałam ochoty…)

 

Zaglądam  do środka – „Nawałnica mieczy” czyli 3- ci tom „Pieśni lodu i ognia” Martina oraz markowe perfumy…  Zatkało mnie, głównie ze względu na to, że zdaję sobie sprawę ile kasy musiał wydać… I wszystko byłoby OK, cieszyłoby mnie to gdyby… no właśnie.

Mój stosunek do R jest jaki jest – nie potrafię się przemóc – a te wszystkie prezenty stawiają mnie w jeszcze trudniejszej sytuacji… Wypadałoby się jakoś odwdzięczyć, wybuchnąć radością a ja jestem jak słup soli… Owszem fajnie dostać taki prezent, doceniam starania, tylko po co to…

R chciał zrobić mi niespodziankę, zaskoczyć, sprawić radość ale jak zwykle działał spontanicznie i nie do końca się zastanowił czy ja naprawdę TEGO potrzebuję?!  

Po pierwsze złożyłam pozew o rozwód, bo mam dość bycia razem, dość tej atmosfery w domu, jego awantur z dzieciakami… Fakt, teraz jest lepiej ale to nie jego zasługa ani moja - nie zmieniliśmy się na lepsze - tylko dlatego, że jego po całych dniach nie ma w domu, zwyczajnie więc nie mamy kiedy grać sobie na nerwach i się kłócić…  Po co więc robi mi tak kosztowne prezenty? Bo mnie kocha? Coś chce udowodnić? Liczy, że okażę mu „wdzięczność”?

 

- Śpij dzisiaj ze mną – prosi wieczorem… 

 

I co, mam z nim „spać”, z „wdzięczności”? Nie potrafię...

 

Druga sprawa, że te prezenty niekoniecznie są dla mnie… Perfumy chociaż drogie, markowe nie trafiły zapachem w mój gust… R mówi, że w perfumerii nie mieli akurat żadnego z „moich” zapachów. Chciał, by mu je sprowadzili, zostawił w tym celu zaliczkę ale niestety „nie przyszły”… Pojawił się za to nowy zapach z edycji limitowanej więc po namowie sprzedawczyni na niego się skusił… A ja durna kolejny raz nie posłuchałam swojej intuicji i rozpakowałam opakowanie, bo pomyślałam „firma ta sama, czytam opinie – klientki ten zapach sobie chwalą, może i ładne?...” Psiknęłam się raz – konwalia… czekam co będzie dalej – ciepła konwalia, konwalia dusząca… bez rewelacji. Myślę sobie – może muszę się przyzwyczaić, w sumie to coś nowego w porównaniu do tego czego używałam dotychczas ale z czasem zapach zaczyna mnie wręcz drażnić, źle się kojarzyć, przytłaczać… Nie, zdecydowanie gdybym miała sama wybierać nigdy bym się na niego nie zdecydowała… To co, że nowość, że innym się może podoba, mi się kojarzy… ze starością. 

Dlaczego? W czasach podstawówki należałam z koleżankami do klubu PCK i kiedyś dostałyśmy „zlecenie”, by prowadzać na majówki, do pobliskiego kościółka, niewidomą staruszkę. Babuleńka mieszkała w części domu, zajmując kuchnię i pokój, bez dostępu do łazienki a sprawy fizjologiczne załatwiała do wiadra, które stało w korytarzu. Z tego powodu w jej mieszkaniu panował nieznośny zaduch (nie wietrzyła ze względu na przeciągi). Zawsze przed wyjściem z domu skrapiała się wodą toaletową o zapachu… konwalii i chociaż protestowałyśmy, tym samym pachnidłem skrapiała mnie i koleżankę…

Lubię zapach konwalii… na konwaliach – są to też kwiaty, które zawsze przynosiłam w prezencie na imieniny mojej babci, Zofii ale w ciężkim, skoncentrowanym wydaniu perfum, po zetknięciu z rozgrzewającą go skórą, zapach ten przynosi mi obraz tamtej kobiety i zaduch jej mieszkania zmieszany z zapachem ekskrementów w wiadrze…

Trudno więc o grymas zadowolenia na twarzy gdy wącham mój nadgarstek. I szkoda mi R, bo wydał tyle kasy, by zrobić mi przyjemność a się nie do końca udało… 

Cóż zrobić jednak skoro jestem bardzo wyczulona na zapachy a wybór odpowiednich perfum to dla mnie prawdziwy rytuał. Kiedy więc już trafię w „swój” zapach staram się być mu wierna. Nie robię doświadczeń, bo zanim coś sobie kupię muszę na to długo „ciułać”, więc nie stać mnie na błędy, których potem mogłabym żałować. 

     Zawsze byłam zdania, że facet bielizny i perfum nie powinien kupować kobiecie! Przynajmniej w moim przypadku to sprawa nader osobista. Kiedyś np. dostałam – również na urodziny - komplet bielizny od X. Nie był to jakiś super zakup z wyższej półki ale X zaskoczył mnie w ogóle tym, że mi go kupił a potem chciał w tym oglądać... Niestety majtki od razu poszły do kosza – fason nie w moim guście, nie nadawały się do noszenia…

Z kolei R już w czasach narzeczeństwa obdarzał mnie różnymi fiolkami pachnideł a potem stała cała tego seria na półce w łazience i służyła jako odświeżacze powietrza…

R obdarzał mnie też od zawsze kwiatami. Bywało tak, że gdy się pokłóciliśmy np. o jakieś sprawy finansowe, potrafił zakupić mi „na przeprosiny” przepiękny bukiet kwiatów… tylko po co mi kwiaty w wazonie gdy brak chleba w chlebaku? Teraz też, jakieś dwa miesiące temu, pieniędzy ledwie starcza na opłaty a R przynosi mi bukiet róż i książkę w prezencie (bo odkąd stałam się fanką „Gry o tron” R. kupuje mi kolejne tomy w wydaniu książkowym tylko, że ja nie mam czasu, by się w nie wczytać…) a ja nie cieszę się z dowodów miłości tylko obserwuję  powolną agonię kwiatów w wazonie…

     Wiem, dziwna jestem: niewdzięczna, marudzę…  Większość kobiet, aż by piszczała ze szczęścia – facet kupił kwiaty, perfumy, majtki, pocałuje i powie na koniec „kocham cię” – ach, powód do wielkiego szczęścia, nogi od razu lecą na boki…

A mi staje przed oczami gówno w wiadrze…



komentarze (23) | dodaj komentarz

Przewrotna wiosna...

wtorek, 23 kwietnia 2013 0:31

    

 

     Gdzieś jeszcze w listopadzie czy grudniu, wybrałam się z R na zakupy. Na wystawie jednego sklepu wpadła mi w oko kurtka w kolorze kobaltowego błękitu, weszliśmy do środka i postanowiłam ją przymierzyć… Podobała mi się bardzo; puchowa, cieplutka, długa do kolan, wykończona futrem z jenota, pięknie dopasowująca się do sylwetki – wyglądałam w niej tak bogato... Cóż, cena też była „bogata” – 900zł na metce skutecznie dało mi do zrozumienia, że „za wysokie progi na moje nogi”… Nawet gdyby udało mi się uzbierać taką sumę, szkoda byłoby mi ot tak wywalić ją na kurtkę (tym bardziej, ze parę dni wcześniej kupiłam sobie już nową zimową kurtkę „do latania”) ale R zapewnił, że będę ją jeszcze miała…

 

- Jak niby?

- O to się już nie martw…

- Nawet nie kombinuj, żeby mi ją kupować, nie stać cię, sobie byś coś lepiej kupił…

- Ale podobasz mi się w niej… w styczniu będziesz ją miała…

 

Wiedziałam, że jak R sobie coś postanowi  to tak zrobi, nie raz już mnie w ten sposób zaskakiwał. Niby nie ma kasy a potrafi tak się dogadać ze sprzedawcami, że gdy coś chce bardzo kupić to wykupuje towar w ratach, tak było np. gdy kupił mi na pierwszą rocznicę ślubu lustrzankę za ponad 2 tys. (którą potem mi ukradli podczas włamania), tak też kupił mi rower a potem dla Małej (dla niej załatwił  jeszcze wszystko telefonicznie ze szpitala, z dostawą do domu!). Także i w tym przypadku miał zamiar zostawić zaliczkę i spłacić ją w ratach…

 

- Daj sobie spokój – nalegałam, choć w głębi duszy chciałam ją mieć - zanim ją wykupisz będzie lato, zresztą szkoda pieniędzy i nie chcę żebyś mi cokolwiek kupował…

 

     Potem, któregoś dnia, znalazłam u R w kieszeni karteczkę z pieczęcią sklepu i sumą niewielkiej zaliczki… A potem minął styczeń, luty i marzec… i różnie się miedzy nami działo a ja przestałam już myśleć o kurtce, bo i w końcu wiosna przyszła…

Jednak w zeszłym tygodniu, gdy wracam wieczorem do domu, R otwiera „na powitanie” szafę i wyjmuje z niej kobaltową kurtkę…

 

 - To dla ciebie kochanie, liczyłem, że wykupię ją wcześniej ale ciotka nie wypłaciła mi wszystkiego za remont i mi brakowało…

 

Zamurowało mnie… Nie potrafiłam się cieszyć… Tyle kasy... ciułał grosz do grosza… a ja złożyłam już pozew o rozwód… I co, i wychodzi, że ze mnie świnia…

 

     Odkąd R zaczął pracować u rodziców w ogóle stosunki między nami się polepszyły, z prostej przyczyny – po całych dniach nie ma go w domu. Dodatkowo co drugą noc jeździ na giełdę po warzywa, nie mamy więc sposobności, by wchodzić sobie w drogę – on pochłonięty jest sprawami sklepu a ja żyję w swoim świecie… Atmosfera w domu uległa oczyszczeniu. Skończyły się ciągłe konflikty miedzy R a Młodym. Owszem, zdarzają się miedzy nimi jeszcze zatargi gdy R wraca do domu ale nie mają tak wielkiego wydźwięku jak dotychczas, kiedy Młody w nerwach darł się, wyzywając ojca wulgaryzmami i rzucał się na niego z wściekłością z pięściami a R „nie pozwalając sobie” na takie zachowanie, próbował przemocą wywołać u niego posłuch dla siebie… Miałam już dość tych konfliktów… Teraz, gdy R wraca do domu wieczorem (lub wyjeżdża świtkiem) nie ma okazji by „czepiać” się dzieciaków, lekcje do tej pory mają już poodrabiane, kończą zabawę i niedługo idą do łóżek – powodów do „musztry” brak. Codziennie też, przywozi za sklepu zaopatrzenie – nie muszę się więc już martwić zakupami i tym co włożę do garnka. Wystarczy, że porobię opłaty a o jedzenie dba R…

     I co można powiedzieć – no stara się i śmieje się z mojego pozwu, bo przecież nic nie można mu zarzucić…

 

Jeśli zaś chodzi o mnie to w ostatnich tygodniach miałam masę roboty… Młody przerabiał na przyrodzie temat o skałach. Przyniósł nowinę, że dla chętnych jest do wykonania praca na 6 – wykonanie gabloty z próbkami i opisem skał. Bardzo się tym podekscytował a ja zaofiarowałam się pomóc mu ją wykonać. Zwerbowałam jeszcze do pomocy w poszukiwanie kamieni R i mamę. Ja wyruszyłam w poszukiwaniu kamieni na pobliską kopalnie kredy, mama w pole, a R do warsztatu kamieniarskiego wujka… I o ile z określeniem nazw przyniesionych kamieniami przez R nie było problemu (przyniósł różne rodzaje granitu, marmuru, opokę…)  o tyle weź i zgadnij jakimi rodzajami skał są te znalezione w polu! Cały więc tydzień „bawiłam się” w geologa wertując książki o skałach i minerałach oraz szukając informacji i zdjęć w Internecie… W końcu stworzyłam „gablotę” w pudle po butach i Młody dostał 6 z ! a pani chce nawet „jego” pracę wypożyczyć jako pomoc naukową…  Ledwie uporałam się z jedną „pracą domową” wzięłam się za drugą – również z przyrody – wykonanie, projektu ulotki na temat zdrowia, zdrowego odżywiania etc. Po konsultacji z siostrą, która jest psychodietetykiem - stworzyłam „nową” piramidę żywieniową, bo okazało się, że tym w necie zawsze „czegoś” brakuje… Ale ok, „nazbierałam” obrazków, powycinałam, powklejałam, poprzesuwałam, poopisywałam - trochę mi to czasu zajęło ale się udało… i padł mi komputer. Na szczęście zdążyłam projekt zapisać na pendrivie, wczoraj wydrukowałam, a dziś… naładowałam samodzielnie komputer – wystarczyło odkurzyć wszystko w środku i przeczyścić miejsca z widoczną korozją na płycie głównej ( ale skoro koroduje to nie wiadomo jak jeszcze długo pożyje)… Komputer został reanimowany a dziś Nati przyniósł nowinę, że pani ulotki się spodobały i chce, by wydrukować ich więcej …

W zeszłym tygodniu powodem zamieszania była też Mała. Najpierw wizyta u lekarza z powodu szczepienia i jej krzyki i wrzaski w przychodni, bo bała się uklucia... A zaraz potem znów jej się zdarzyło, że jadąc na hulajnodze niefortunnie upadła na rękę (ostatnio spadła ze śmietniczki)… Chociaż ręka ją bolała, zbagatelizowałam ten fakt uważając, że to raczej tylko ból wywołany uderzeniem a nie złamanie i nie pojechałam z nią na SOR (pochłonięta byłam zresztą skałami)… Na drugi dzień jednak Mała nadal jęczy, że ręka boli… Nadal nie mam „przeczucia,” że to coś poważnego ale nie puszczam już jej do szkoły i dla świętego spokoju idziemy do lekarza. Pani doktor również „dla świętego spokoju” zleca prześwietlenie i daje zlecenie do ortopedy, mówiąc przy okazji, że szkoda, iż wczoraj nie pojechaliśmy od razu do szpitala, bo dziś już nie wiadomo czy zdążymy się dostać do ortopedy (ortopeda w innej przychodni, oddalonej o 4,5km)… Nic, idziemy najpierw na prześwietlenie… i czekamy godzinę w kolejce. Kiedy w końcu przychodzi nasza kolej, na koniec dostaję informację, która powoduje u mnie opadnięcie szczęki  - „Wynik do odebranie będzie w poniedziałek…” – a mamy czwartek… - Jaaak to w poniedziałek?! A jeśli ręka jest złamana?... Do poniedziałku mamy czekać?... Jednak za moment sprawa się wyjaśniła – pani w recepcji miała obowiązek spytać nas czy mamy skierowanie z prześwietleniem do lekarza – a tego nie zrobiła - bo skoro tak, to opis nie jest potrzebny i nie musimy czekać… Ufff…

Biorę więc taksówkę i jedziemy do przychodni przyszpitalnej, gdzie przyjmuje dziecięcy ortopeda. Jednak zachodzę i surprise – na drzwiach kartka wisi, że w dniu dzisiejszym lekarz zrobił sobie wolne…

Idziemy na SOR, na „Sorze” mówią, żebyśmy poszły do ortopedy „dorosłego”, powinien jeszcze z nagłego przypadku nas przyjąć, bo u nich musielibyśmy czekać pół dnia, gdyż lekarze „schodzą po 15.00”. Idziemy więc do drugiego budynku i na szczęście lekarz jeszcze jest. Bez problemu i bez kolejki dostajemy się do gabinetu i okazuje się… że Młodej nic oprócz stłuczenia nie jest. Wracamy z  powrotem. Wysyłam Młodą do domu autobusem a sama jeszcze wstępuję do szkoły po obiad dla niej i zabrać Młodego, bo ma po lekcjach świetlicę terapeutyczną…  Jednak w drodze na przystanek mi się odmienia – nie mam już siły wieźć go kolejnych sześć przystanków na tę świetlicę, potem wracać na parę godzin do domu, by znów potem wsiadać w autobus i tłuc się po niego - w takich sytuacjach zemszczę pod nosem na R za rozbicie mi auta…

Wracamy do domu, bo i skały na mnie czekają…

 

Pogoda za oknem w końcu przecudna, nie nastraja więc do siedzenia w domu. W końcu mogę się zająć ogródkiem u dziadka, czeka na mnie masę roboty: grabienie, sprzątanie, doprowadzenie obejścia do ładu po zimie…

 Przy okazji poszukiwań kamieni wybrałam się z dziećmi na kopalnię i zrobiliśmy odkrycie… z jednej ze skarp wybiło źródło! Woda płynie wartkim strumykiem a następnie spada wodospadem w dół na kolejny niższy poziom… by zniknąć  w skarpie marglu. Po roztopach na kopalni stoi woda tworząc „jeziora” do których przelewa się wodospadem woda z „rzeki” położonej na wyższym poziomie… Wyruszamy z dzieciakami odnaleźć „źródło” tej „rzeki”, idziemy kredowym wąwozem, wspinamy na skarpy, podziwiamy widoki, robimy sobie fotki i świetnie się bawimy, dzieciaki biegają, wściekają się… Nie dochodzimy do „źródła” przytłacza nas obszar poszukiwań, w oddali widzimy tylko zalane połacie urobiska… Ale zabawa była przednia…

A od niedzieli jesteśmy wszyscy chorzy… Wiosenne ciepło jednak jest zdradliwe. Coś nas przewiało i teraz gardło, kaszel trzyma… i Młoda znów ma wolne od szkoły…

 

 

 

 



komentarze (17) | dodaj komentarz

Sua sponte...

sobota, 06 kwietnia 2013 20:16

      Nie wiem dokładnie kim on był… może przewodnikiem? Coś do mnie mówił, odpowiadał gdy zadawalam pytania… Ufałam mu a on zaprowadził mnie do małego domku. Wewnątrz była tylko jedna prostokątna izba, czuć było stęchliznę a ściany pokrywały resztki emalii w kolorze khaki. Panował półmrok, przez dwa niewielkie okna umieszczone z prawej strony wpadały resztki światła docierające z pochmurnego nieba… Poczułam ciarki ale wiedziałam, że wystarczy się tylko obrócić i będę na zewnątrz… Kiedy to zrobiłam jego już przy mnie nie było, a ciężkie żelazne drzwi zamykały się z hukiem… „Wypuść mnie!” – krzyczałam waląc w nie pięściami  – „Otwieraj!” – ale on pozostał głuchy na moje wołania… już wiedziałam, że ku swojej zgubie dałam się zwabić w pułapkę i nic już go nie obchodzę, że cieszy go wręcz mój strach i męka… Nagle usłyszałam syk, od ściany z naprzeciwka zaczął unosić się dym, potem z belek w stropie… Panika zaczęła ogarniać mnie coraz bardziej, wpadłam w histerię, kopałam w drzwi, podbiegłam do okna, próbowałam wybić szybę ale to nic nie dawało… Coraz bardziej brakowało mi sił, zaczęłam się dusić, czułam jak gaz wgryza mi się w przełyk, wypala płuca… Byłam przerażona, tak bardzo bałam się umierać…

               

      Nie wiem dlaczego czasami nachodzą mnie takie koszmary, których wspomnienie potem meczy jeszcze w ciągu dnia… Podświadomość tak zaryła się do świadomości, że od rana chodziłam przybita. Czas leciał nieubłaganie a ja byłam wciąż w tyle z zajęciami, które sobie wyznaczyłam, nie mogłam przestać myśleć o tym co spotkało mnie we śnie…  Z letargu wyrwał mnie dzwonek do drzwi… To sąsiadka z ostatniego piętra szukała jakiegoś mężczyzny do pomocy, bo jest sama i nie wie co ma robić; pralka jej się popsuła, woda nie chce odpływać tylko przelewa się zalewając łazienkę i przedpokój... Zamykam więc drzwi i z racji tego, że miewałam już podobne „przygody” ze swoją pralką ofiarowuję się do pomocy przerażonej sąsiadce, którą de facto widzę po raz pierwszy na oczy mimo, że jak później okazuje się w rozmowie, mieszka tutaj z rodziną już od pół roku…  Widzę że dziewczyna próbowała odkręcić filtr, by go przeczyścić co przy pełnym bębnie musiało zaskutkować zalaniem, na nic to się jednak zdało, bo filtra nie daje się wyciągnąć… Druga więc myśl taka, że może szlauf jest zapchany ale próba przepchania go strumieniem wody z kranu również nic nie daje, może więc wysiadła pompa? Tak czy siak pralkę trzeba  jakoś opróżnić... Wokół stoi woda, dziecko sąsiadki po niej drepta, co raz się przewraca i płacze… Pomagam jak mogę szybko zbierać wodę, by szczelinami nie dostała się do stropu i nie zalała niższego piętra… Biegnę do domu po wodny odkurzacz, który działa jak pompa i na „trzy cztery” po kilka razy otwieramy drzwiczki w pralce, chlust co z większego do wiadra i zamykamy, resztę szybko zbieramy odkurzaczem i szmatami z posadzki…  W końcu można wyjąć pranie – kryzys opanowany. Na koniec zabieram sąsiadkę z dzieckiem do siebie, by mogła u mnie wszystko popłukać i odwirować. Zaparzam herbatę, mamy okazję porozmawiać i się poznać…

                I tak czas przeleciał, zaraz trzeba jechać do rodziców odebrać Małą, bo zamiast do domu, tam zawędrowała po szkole… i znowu wieczór, lekcje, kolacja, kąpiel i do łóżek… Jeszcze czytanie przed snem. Młoda chce, by jej kończyć „Karolcię” ja głosuję na „Tajemniczy ogród” ale Młody wybiera „W pustyni i w puszczy” -  czytam dopóki nie usną…

 

                R znalazł pozew rozwodowy… Wścieka się, zastrasza, że nie będzie spłacać kredytu, założy sprawę o obniżenie alimentów i to ja JEMU będę płacić… Wraca wieczorem, bierze prysznic i znowu bez słowa znika na noc jak to ma w zwyczaju… a ja nie pytam, bo i co mi do tego - jego wolna wola gdzie, z kim, po co i dlaczego choć wiem, że gdybym to ja tak znikała bez słowa wyjaśnienia, nie miałabym lekko… ale czasami dla własnego dobra lepiej zbyt dużo nie wiedzieć…

        Pod koniec tygodnia foch mu przechodzi… Oświadcza, że był u prawnika i jest pewien, że rozwodu nie dostanę, nie mam dobrych podstaw… Przynosi nowinę – jego rodzice poszli po rozum do głowy, zwolnili pracownice i odtąd R razem z siostrą będą stać na zmianę za ladą, za wyżywienie i drobne na opłaty, bo po co płacić wielkie ZUS-y za obcego, gdy własne dzieci są bez zatrudnienia. R znów czuje się jak ryba w wodzie, handel to jego żywioł…

 

                Dosłam zlecenie na zmianę konstrukcji dachu w domku letniskowym, którego projekt robiłam w zeszłym roku. Mam się pospieszyć, by poprawki gotowe były do poniedziałku… Super! Biorę się więc do pracy. Dzwoni gość, któremu w grudniu robiłam kalendarz, czy nie spróbowałabym zaprojektować dla ich firmy nowych opakowań na farby dla dzieci – odmawiam, choć potem zastanawiam się czy nie popełniłam błędu, ale z drugiej strony nie czuję tematu więc może dobrze zrobiłam…

W piątek po południu dzwoni mama – nie muszę już nic poprawiać w projekcie, facet się rozmyślił i już nic nie chce zmieniać… Jestem zła, bo już sobie rozplanowałam co zrobię z tymi pięcioma stówkami, które miałam dostać…

 

                Młody wraca ze szkoły z dwiema koleżankami – świetnie, mogę zrobić wywiad jak się sprawuje w szkole. Dziewczyny donoszą, że dostał jedynkę z techniki (!) za sprawdzian, we wtorek ma być po lekcjach dla chętnych poprawka… W poniedziałek po lekcjach ma z kolei być poprawa sprawdzianu z matematyki a z racji tego, że Młody na klasówce nie był i z matematyki również ma same pały dobrze by było, by się na sprawdzianie pojawił. Na weekend planuję więc powtórkę ułamków i wielkie wkuwanie z  przepisów ruchu drogowego na technikę jednak Nati na naukę jest oporny… Buntuje się, nie chce robić zadań, nie słucha co do niego mówię, rzuca długopisami… Nie mam sił już do niego, czarno widzę jego przyszłość w następnej klasie…

 

                Gdzieś się podział mój dobry nastrój z początku tygodnia, nic mi się nie chce, oklapłam… Może następny tydzień będzie lepszy, może zawita już wiosna…



komentarze (23) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 036  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261036
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni