Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

"Im więcej osób kochasz tym jesteś słabsza... Kochaj jedynie swoje dzieci." Cersei

czwartek, 27 marca 2014 0:33

Minęło dwa miesiące od mojego ostatniego wpisu… Sporo… Czy nic się ciekawego nie działo i dlatego nie miałam powodu by pisać? I tak i nie – ot proza życia. Nie chciało mi się jednak „marnować czasu” na blogowanie, bo pomimo mojego „nicnierobienia” ciągle czuję, że mam go za mało i ucieka mi gdzieś między palcami…

      Na początku lutego pocierpiałam trochę z powodu dolegliwości kręgosłupa, co na jakiś czas uziemiło mnie w domu. Mimo „uziemienia” codziennie jednak chodziłam nie wyspana, bo zaczęłam zarywać noce czytając do 2.00 – 3.00 pierwsze tomy sagi „Pieśni lodu i ognia” a następnie na nowo, ku przypomnieniu, konfrontując sobie powieściowy pierwowzór z serialem – tym samym rozregulowałam sobie rytm dobowy, bo zaczęłam w pełni „nadawać się do życia” dopiero około południa…

Potem dziadek wylądował w szpitalu, bo chcąc pozbyć się bólu z nogi zastosował jakieś okłady z gorczycy co poskutkowało tylko tym, że w wyniku poparzenia (czy też uczulenia na zastosowaną miksturę) płatami zaczął mu schodzić naskórek z golenia otwierając na nodze paskudne rany, które nie chciały się goić w warunkach domowych.

Do tego jeszcze dobijać zaczęły mnie pretensje R. Co raz ma jakieś zatargi w sklepie ze swoim rodzicami a potem przynosi złe emocje do domu i zaczyna się wściekać z byle powodu, doprowadzając do awantur najczęściej z Młodym. W sumie poniekąd ma trochę racji, gdy się czepia Młodego, bo chłopak całkowicie olewa szkołę czego wynikiem jest niedostateczny na semestr z polskiego i matematyki. Jednak zamiast teraz przyłożyć się do nauki, nadal jedyne co zaprząta mu głowę to gry a na lekcjach w dalszym ciągu potrafi zupełnie nic nie robić zbierając jedynkę za jedynką „za brak pracy na lekcji”.  Kiedy więc  R wraca do domu i widzi, że Młody znów siedzi przed telewizorem z padem w ręku lub ogląda jakieś filmiki na you tube zamiast odrabiać lekcje, zaczyna się wydzierać a w ostateczności dostaje się ochrzan również mi, „bo mu na to pozwalam” i ja jestem winna takiemu stanu rzeczy…. Tylko, że ja już nie wyrabiam, bo oprócz tego, że mam na głowie obowiązki domowe, muszę przecież też pójść do dziadka a wieczorem i tak i tak siadam z dzieciakami do lekcji – Młody sam nie odrobi jak go się nie przypilnuje. Do połowy kwietnia ma z matematyki zaliczyć cały poprzedni semestr – III Działy, które po kolei sukcesywnie zalicza – i muszę wszystko po kolei z nim na nowo poprzerabiać, plus każdy temat na bieżąco z innych przedmiotów (z lekcji prawie nic nie wynosi). Do tego jeszcze co raz dostaję jakieś powiadomienia o złym zachowaniu Młodego i wezwania do szkoły. W marcu znowu byłam „na dywaniku” – tym razem Młody uderzył głową kolegi o ścianę ale dowiedziałam się, że w międzyczasie wyzwał też koleżankę od „ku@w”, pokazywał wszystkim „fuck’a” na lekcji a inną dziewczynkę podrapał… Wbrew zaleceniom pani psycholog od ostatniego razu nie jeździłam jednak z Młodym po psychiatrach po leki. Postanowiłam sobie, że nie będę go faszerować psychotropami i skoro do tej pory, po tylu badaniach nic u niego konkretnego nie stwierdzono ani żadnej terapii z powodu tych „agresywnych” zachowań nie zalecono, to nie będę niczego na siłę już szukać. Ale pani psycholog wraz z pedagog mają ciągle obawy, że Młody z tego może nie wyrosnąć, że jego zachowania nie są „typowe” lecz podłożem ich mogą być jakieś nieprawidłowości neurologiczne lub psychiczne, bo Młody pomimo tego, że wie co jest dobre a co złe nie panuje nad tym i w przyszłości mogą wyniknąć z tego poważne problemy. Dlatego diagnoza jest konieczna tym bardziej, że Młody jest w widoczny sposób specyficznym dzieckiem, odstającym od innych w zachowaniua w niektórych przypadkach zadziałać może tylko farmakologia…

Póki co dostałam jeszcze od wychowawczyni namiary na jakiegoś – ponoć mądrego i z doświadczeniem – dr psychologii z Uniwersytetu, z którym mam się w najbliższym czasie skontaktować i zobaczyć co on doradzi. Na razie jednak jeszcze się nie skontaktowałam...

Najgorsze, że z wszystkim tym muszę się uporać sama. Na R już dawno oduczyłam się liczyć. On przychodzi do domu i jedyne jego zajęcie to leżenie na kanapie z pilotem w ręku. W sumie to też poniekąd moja wina, bo odkąd przestał „się starać” postanowiłam, że szkoda moich nerwów na jakąkolwiek z nim dyskusję – i tak nie przyłoży palca do pomocy mi w domowych zajęciach (abym mogła poświęcić więcej czasu dzieciom) i tak… Przerabiałam to już dawno temu więc nie ma sensu się o to wykłócać, bo do niego i tak żadna argumentacja nie trafia i jak zwykle skończy się to tylko awanturą a ja mam już dość krzyków i awantur… R ma bowiem jeden argument – JA PRACUJĘ A TY SIEDZISZ W DOMU I ŚPISZ DO POŁUDNIA. Innymi słowy on ma prawo być zmęczony a ja nie, on ma prawo do ciszy i spokoju a ja mam zapierdalać jak samochodzik i być gotowa na zawołanie i usługiwanie każdemu w tym domu przez cały dzień… Owszem, zgadzam się na to, bo też go rozumiem - w końcu dzień w dzień wychodzi po 6.00 i znika na 12 godzin (a czasem i w nocy). Kiedy jednak po raz kolejny usłyszałam, że to moja wina, że Młody zamiast się uczyć siedzi przed komputerem, zapytałam z wyrzutem:

 

- Dlaczego więc Ty nie reagujesz skoro ci to przeszkadza? Dlaczego nie pójdziesz, nie wyłączysz mu tego komputera i nie siądziesz z nim do lekcji w czasie gdy widzisz, że ja jestem zajęta czym innym i nie mam czasu?

- Bo zaraz mnie będzie sklinał… a ty wiesz lepiej co mają zdane…

- Wiem co mają zadane jak mają zapisane… Żadna filozofia wziąć zeszyt, książkę i przeczytać… Ty żądasz od nich autorytetu a w ogóle nie chcesz poświęcać im czasu a gdy jest jakiś problem to ja mam go rozwiązywać, więc niby jak mają się nauczyć szacunku do ciebie jak nie mogą na Ciebie liczyć?

- Bo ja pracuję i jestem zmęczony i chcę odrobiny spokoju jak wracam do domu… Wystarczy, że z tamtymi wariatami muszę się użerać…

- Ja rozumiem, że jesteś zmęczony ale zrozum, że ja już nie wyrabiam jak codziennie muszę robić to samo, bo Tobie ciężko nawet po sobie szklankę umyć czy wrzucić brudne rzeczy do pralki… Zobacz ile czasu zabierają mi codzienne porządki… Gdybyś choć w części rzeczy mnie wyręczył miałabym więcej czasu żeby przysiąść z Natim do nauki, przecież wiesz, że samo „wyłącz komputer” nic nie da…

- Ale ty nie pracujesz…

- A gdybym pracowała to jakby to wyglądało? Sam powiedz: kto by w tym domu prał, sprzątał, prasował gdybym chodziła do pracy? Czy po przyjściu do domu byłabym z tego zwolniona i mogłabym leżeć „bo jestem zmęczona” czy nadal dodatkowo robiłabym jeszcze to samoco teraz? Bardzo dobrze wiesz jakby to wyglądało, bo już to przerabialiśmy… Więc skoro sam nie chcesz nic w tym domu robić to przestań chociaż mieć do mnie pretensje i wytykać mi co zrobiłam a czego nie zrobiłam „przez cały dzień” albo zacznij mnie w czymś wyręczać, bo gadanie, że jesteś zmęczony to jedynie Twoja wymówka…

- Nie mam siły o tej porze na dyskusje, więc skończ, bo jutro muszę rano wstać…

- No cóż, skoro nie mogę liczyć na Twoją pomoc i nie chcesz o tym rozmawiać to nie miej też pretensji, że będę ciebie traktować tak, jakby ciebie tutaj nie było…

 

Czy powinnam odpuścić czy jednak drążyć temat i starać się wymóc na R jakieś działania? W sumie wiem, że jak chce to potrafi ale 14 lat wspólnego życia nauczyło mnie też, że jemu się po prostu NIE CHCE, a jak jemu się nie chce, to nic go nie jest w stanie zmusić do tego, żeby mu się zechciało. Kiedyś bym się wściekała, była pełna żalu, że nie mogę na niego liczyć i ubolewałabym „jaka to ja jestem z tego powodu biedna i nieszczęśliwa”, bo mam w domu takiego niereformowalnego faceta, którego nie jestem w stanie zmienić… Teraz już się z tym pogodziłam. Gdy zostałam sama na trzy lata nie odczułam jakoś specjalnie jego braku – nie zwaliły się nagle na moje barki problemy, których nie byłabym w stanie sama pokonać, bo nawet kiedy był R lżej mi nie było - nauczyłam się już wcześniej żyć tak, jakby go nie było i nie liczyć na niego... Kiedy więc wrócił nic się pod tym względem specjalnie nie zmieniło, pojawił się za to jeden duży plus – nie muszę się martwić o zaopatrzenie i rachunki… Czy więc mogę narzekać?

Z drugiej strony kiedy niedawno odrabiałam z Młodym angielski naszła mnie taka refleksja - czy aby na pewno sama nie jestem sobie tego winna? Czy przypadkiem zbytnio wszystkich nie wyręczam i nie biorę na siebie zbyt dużo? Z R jak z R - trudno oczekiwać, że stary koń się zmieni - ale czy nieświadomie nie wpajam złych nawyków dzieciom?

Młody miał w jednym z zadań odpowiedzieć zgodnie z prawdą na zadane pytania:

1.      Did you have cereal for breakfast ?

No, I didn’t.

2.       Did you make your bed?

No, I didn’t.

3.       Did you pick up your clothes in your room?

No, I didn’t.

Ej,          Ej, no weź napisz, że TAK - mówię - wyjdzie, że nic w domu nie robisz… Wszystko będziesz miał na NIE?

-          No przecież mam pisać zgodnie z prawdą! Co mam zbierać jak tu się żadne moje ubrania nie walają, przecież ty wszędzie sprzątasz…

No tak, moje dzieciaki łóżek też rano nie zaścielają, bo przecież kiedy zbierają się do szkoły nie mają na to czasu, a poza tym ja zostaję to wszystko potem porobię… Suma summarum nic nie muszą robić, bo nawet w weekendy już z przyzwyczajenia też ja odruchowo co z większego wszystko sprzątam zostawiając większe porządki i tak zawsze na poniedziałek, by weekendu nie marnować na wspólne siedzenie w domu. I w ten oto sposób niepostrzeżenie hoduję nowe pokolenie trutni, będące utrapieniem dla ich przyszłych współmałżonków…

 

Na drugi dzień, podczas wspólnego spaceru "wyżaliłam się" z tego wszystkiego siostrze. Akurat była wcześniej na jakimś szkoleniu dla niezależnych kobiet na którym rozmawiano o syndromie Matki Polki... No tak, każdy wynosi ze swojego domu wizję rodziny przyporządkowując kobiecie i mężczyźnie konkretne role. W naszym społeczeństwie nadal pokutuje w większości schemat, że facet musi zapewnić byt rodzinie a kobieta zadbać o potomstwo i ognisko domowe. Przemiany społeczne spowodowały jednak, że w większości przypadków kobiety – z własnego wyboru czy też z konieczności – również pracują zawodowo, jednak w przeciwieństwie do mężczyzn fakt ten nie zwalnia ich z „obowiązku” bycia jednocześnie perfekcyjną panią domu, bo taki właśnie mają zakodowany model w głowie. W efekcie kobiety przeżywają frustrację, bo daleko im do ideału, bo nie dają rady podołać tym wszystkim obowiązkom… jakie sobie często same wyznaczają. I w efekcie nieszczęśliwe narzekają…

No tak, wszystkiemu winne jest słowo MUSZĘ. Tak naprawdę to kobiety same powtarzają sobie, że „muszą” to czy tamto a potem mają pretensję do całego świata gdy nie mają już czasu dla siebie.

Na facebooku znalazłam tekst, który cieszy się dużą popularnością wśród kobiet (mam):

 

JESTEM MAMĄ. To sprawia, że jestem zarówno budzikiem, kucharką, sprzątaczką, kelnerką, lekarzem, nianią, pielęgniarką, stróżem, fotografem, doradcą, szoferem, studentką,

organizatorką przyjęć, osobistym asystentem, księgową, bankomatem, pocieszycielką.

Nigdy nie mam urlopu, wolnych dni ani płacone, kiedy jestem chora. Pracuję dzień i noc.

 Jestem na dyżurze całą dobę do końca mojego życia. JESTEM DUMNĄ MAMĄ”.

 

Tekst fajny, prawdziwy i owszem… ale czy to taki naprawdę powód do dumy? Ja tam uważam, że powód do dumy mamy mogłyby mieć dopiero, wtedy, gdyby przy tym wszystkim miały jeszcze czas i siłę na zadbanie o siebie: wizytę w spa, wyjście do kina lub jakąś imprezę z przyjaciółkami czy choćby aerobik i przede wszystkim gdy w natłoku tych wszystkich zajęć są naprawdę SZCZĘŚLIWE! Czy to znaczy, że „matka Polka” nie ma prawa aby sobie czasami ponarzekać na swój los? No jak jej z tym źle to ma - niech sobie nawet płacze w poduszkę jeśli w jakimś stopniu ma jej to pomóc... Z drugiej strony czy kobiety naprawdę muszą powielać taki „model mamy”? Czy zawsze jest to konieczność czy często ich własny wybór? Ale skoro jest to często ich własny wybór to dlaczego potem narzekają, dlaczego nie czują się spełnione w tym co robią tylko po paru latach stwierdzają, że „się poświęciły i nic z tego nie mają”? Do kogo tak naprawdę powinny mieć pretensję? Do swoich partnerów czy do siebie?

Dlatego chociaż i mnie czasami dopadają frustracje z tego powodu, że ciężko mi zmobilizować R do pomocy (chociaż z drugiej strony dlaczego przyjęło się też mówić, że „mąż pomaga w domu” a nie „żona pomaga mężowi”, przecież prawa i obowiązki w małżeństwie są równe, irytują mnie te podziały, które zresztą często również robią same kobiety) to mam świadomość, że to, iż „muszę” mieć w domu na błysk posprzątane, wszystko poprasowane w kostkę i okna pomyte co tydzień, to tak naprawdę MÓJ WYBÓR! I nie jest to kwestia tego, czy będę dzięki temu „dumną Matką Polką”, której nikt niczego nie będzie mógł zarzucić, lecz mojego zadowolenia z porządku albo irytacji z widoku syfu, którego JA SAMA nie mogę znieść. Więc jeśli coś robię to przede wszystkim ROBIĘ TO DLA SIEBIE, dla własnego komfortu psychicznego, bo dobrze mi się żyje w warunkach jakie sama sobie stworzę, gdzie wszystko wokół mam uporządkowane i skoro inni nie chcą mi w tym pomóc, to trudno – to również ich prawo wyboru - nie będę robić o to awantury. Jedyne o co mogę mieć naprawdępretensję to brak poszanowania dla mojej pracy. Poważny konflikt może zajść wówczas, gdy inni z premedytacją niszczą wyniki mojego trudu, burząc w ten sposób podstawy mojego zadowolenia.

A jeśli któregoś dnia sobie odpuszczę i nic w ogóle nie zrobię i będziemy musieli zamawiać pizzę lub jeść na mieście, bo obiad nie został ugotowany,  to również świat z tego powodu się nie zawali!

      W każdym bądź razie - jakby to źle nie zabrzmiało – doszłam do wniosku, iż prawdą jest, że im bardziej się poświęcamy tym jesteśmy słabsi a tym głupiej postępujemy im więcej osób próbujemy uszczęśliwić – im mniej poświęcenia tym więcej zyskujemy dla siebie i tym więcej możemy czuć się szczęśliwi…

 

W ostateczności wszystkie te (mniejsze/większe) problemy doprowadziły do tego, że w ostatnim czasie dopadł mnie spadek nastroju. Odechciało mi się blogowania, odechciało mi sięnawet komentowania wpisów u innych… Ale odkryłam też, że u podstaw tego wcale nie leżała „taka pora roku” i moja „sytuacja życiowa” a zwyczajnie zaniedbania dietetyczne i brak ruchu. Jestem po prostu uzależniona od koktajlu odżywczego. Wystarczy, że przez miesiąc przestaję sobie dostarczać codziennie pełnej gamy składników odżywczych a mój organizm zaczyna się buntować, czego pierwszym objawem jest ospałość, drażliwość i dołek psychiczny. Wystarczy jednak, że ponownie zastąpiłam śniadanie koktajlem a już po tygodniu odczułam przypływ energii i równowaga psychiczna mi się poprawia nie mówiąc już o tym, że odporność wzrasta (odpukać ale już chyba od roku nie choruję, co jest tym bardziej pożyteczne, bo przecież nie mam ubezpieczenia…)

Ubolewam jednak nad tym, że nie mam aktualnie z kim biegać. Gdzieś jeszcze w grudniu zaczęłam od czasu do czasu wieczorami uprawiać jogging z sąsiadką, a potem korzystając wciąż ze sprzyjającej aury urządzałyśmy sobie takie nocne biegi z siostrą i Młodą (Mała na rolkach, bo biegając z nami nie wyrabiała). Potem miałyśmy przerwę, bo były mrozy i w lutym znowu postanowiłyśmy sobie, że będziemy już biegać regularnie… Postanowienia postanowieniami ale jak co do czego to się okazuje, że tej nie ma, tamta nie ma czasu a jak tamte mogą to ja odrabiam lekcje z Młodym… Już sobie wymyśliłam, że zacznę biegać ze znajomym rano po lesie po wyprawieniu dzieciaków do szkoły (sama bym się bała) ale nie wiem do końca czy dla wyczynowca towarzystwo takiego amatora jak ja nie byłoby „kulą u nogi” chociaż zapewniał swego czasu, że jeśli chcę to z chęcią mi potowarzyszy. Inna sprawa, że R ma swoją własną wizję naszych biegów i wizja ta wywołuje w nim napływ wielkiej zazdrości… Tak czy siak, doświadczyłam jak się czułam gdy kiedyś regularnie ćwiczyłam pilates, jak chodziłam na siłownię i gdy sobie wieczorem pobiegałam z godzinkę i wiem, że nic tak dobrze nie działa na psyche jak ruch na świeżym powietrzu. Nic też dziwnego, że wokół otacza nas tak dużo narzekających pesymistów skoro według różnych sondaży, aktywnych fizycznie jest tylko 30% Polaków!

Na szczęście w końcu przyszła wiosna więc okazji do większej porcji ruchu będzie teraz coraz więcej. Korzystając z pięknej pogody w sobotę zajęłam się porządkowaniem ogrodu i podwórka wokół domu dziadka. I chociaż się narobiłam, aż krzyż znów na wieczór zaczął o sobie dawać znać, to byłam ogromnie "happy" i nie mogę się doczekać poprawy pogody aby móc znów porządkować resztę obejścia - przyjemność z widoku efektu swojej pracy jest dla mnie bezcenny.

                A wczoraj dzieciaki wyjechały na szkolną wycieczkę do stolicy. W końcu miałam więc od nich całodniowy urlop. Korzystając z okazji R wcześniej wrócił do domu i pojechaliśmy na zakupy. Miałam w planie tylko odebrania zamówionych butów dla Młodej i zakup spodni dla Młodego w jednej z sieciówek. Ostatecznie R był nad wyraz hojny, bo dał się namówić jeszcze na bluzę dla Malej i sam namówił mnie bym sobie kupiła spodnie. Potem zaciągnęłam jeszcze go do kilku wybranych sklepów, bo potrzebowałam na wiosnę nowej sukienki. Nie liczyłam na to, że sobie coś teraz akurat kupię, bo na razie mam pustki w portfelu ale skoro już byliśmy w pobliżu to pomyślałam, że przynajmniej zorientuję się w cenach i fasonach. Kiedy już jednak dotarłam do jednego z „zaprzyjaźnionych” sklepów i zdecydowałam się jedną z kiecek przymierzyć, R wraz z właścicielką zaczęli mi na zmianę donosić kolejne - bo przecież „mierzyć można do woli, to nic nie kosztuje” - i ku memu zaskoczeniu zaproponował, że od ręki sfinansuje mi od razu dwie, w których wyglądałam najlepiej. Potem zaklepał mi jeszcze wizytę u fryzjera i zarezerwował dla nas wszystkich seans do kina na sobotę.

          No więc czy tak naprawdę ja mogę mieć jakieś powody do narzekań?

 

DSC07186.JPG



komentarze (11) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 988  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260988
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni