Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Chcę trochę czasu, bo czas leczy rany... (R.Riedel)

niedziela, 25 marca 2012 3:15

  Prolog

  Jeśli decydujemy się na pisanie bloga, upubliczniamy szczegóły ze swojego życia, pozwalamy na dodawanie komentarzy a następnie zabiegamy o czytelników komentując wpisy innych i zostawiając linki do siebie, musimy być świadomi tego, że nie zawsze będziemy „głaskani po główce”. Każdemu  przyjemnie się czyta pochlebne opinie ale dopiero to, w jaki sposób przyjmujemy krytykę świadczy o naszym poczuciu wartości... Nikt też nie jest doskonały, wszyscy błądzą, każdy więc potrzebuje drogowskazu i tylko głupiec nie zwraca uwagi na opinie innych, które są dla nas często niczym zwierciadło. Niestety dla niektórych zbyt wielkim szokiem jest to, co w nim widzą...

 

    

   

    Marzec jakoś w tym roku bardzo mi się dłuży… A może to dlatego, że na samym początku mieliśmy jeszcze zimę a z końcem zagościła na dobre do nas wiosna? A może po prostu dlatego, że dawno już nie sponiewierała mnie tak choroba. Nie wiem co za cholerstwo się do nas przypałętało ale tylko Nati został oszczędzony. Jak jednego popołudnia, złapała mnie gorączka i poty, tak na ponad tydzień przywiązały mnie do łózka a przez kolejny byłam tak bardzo osłabiona i ograbiona z sił, że najchętniej tylko bym spała. Na szczęście utrzymująca się ostatnio piękna aura wpływa na mnie mobilizująco i chociaż wciąż jeszcze męczy mnie trochę ten „paskudny” kaszel, to wystarczy spacer na świeżym powietrzu, powiew ciepłego wiosennego wiatru aby siły witalne powracały. R w tym czasie, chociaż też nie został oszczędzony przez „zarazę”, przejął na siebie wszystkie obowiązki domowe. Sam woził i przywoził dzieci ze szkoły, chodził z Małą do lekarza z Młodym na terapię, sprzątał, gotował przynosił mi jedzenie do łóżka, książki z biblioteki i jeszcze doglądał mojego dziadka – dowoził mu obiady, dbał żeby miał zapas opału w domu… Na domiar złego w tym samym czasie jego babcia w stanie zagrażającym życiu trafiła na kardiologię więc kursował jeszcze codziennie do szpitala…

     W między czasie, ze względu na to, że zbliża się kolejna rozprawa rozwodowa - a R nie odpuszcza i ciągle „się stara”, usilnie zabiegając o pomyślność naszego małżeństwa - zapisałam Nas na terapię rodzinną. Na pierwsze spotkanie byliśmy umówieni z panią psycholog. Przedstawiliśmy ogólnie „nasz problem” a następnie, każde z osobna opowiadało „swoją wersję wydarzeń”. Oczywiście na terapię mającą na celu ratowanie naszego małżeństwa – tak jak chciał R – się nie nadajemy. Skoro jednomyślnie takiego celu nie chcemy osiągnąć (tzn. ja nie chcę) to nie ma ona sensu. R też jest na tyle „wyedukowany” psychologicznie i psychiatrycznie, tyle już terapii przeszedł i tak jest pewny tego czego chce, że jako taka terapia małżeńska też mu potrzebna nie jest. Z kolei ja, z tego względu, że targają mną sprzeczności, że się pogubiłam i nie wiem na czym bym bardziej teraz zyskała, postanowiłam rozmowy z panią psycholog kontynuować - chociaż jak się głębiej zastanowić, to w mojej sytuacji bardziej chyba pomocna byłaby jednak wizyta u wróżki… Niestety nikt mi nie może powiedzieć co byłoby dla mnie najlepsze – sama muszę podjąć decyzję. Sugerowanie się podpowiedziami i „mądrościami” innych też nie ma sensu, bo to Ja poniosę długotrwałe konsekwencje moich decyzji. Mogę co najwyżej zasięgnąć rady kogoś postronnego ale na tyle bliskiego, że dokładnie zna zarówno mnie jak i R – tylko ktoś taki obserwując nas z boku od dłuższego czasu może ocenić czy się nadajemy do wspólnego życia czy nie. Z kolei jeżeli się waham, nie jestem do końca pewna podejmowanej decyzji… powinnam jej nie podejmować, tylko dać sobie czas.

Od pani psycholog dowiedziałam się też, że wyjście z traumy po nieudanym związku w którym była przemoc nie następuje z dnia na dzień. Trzeba nieraz długiego czasu żeby się nauczyć ponownie żyć samemu, niezależnie, by odbudować poczucie własnej wartości, zbudować na nowo swój świat, odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wyznaczyć nowe cele i na nowo zacząć cieszyć się życiem - nic nie dzieje się z nagle - i kiedy mi powoli już się to udawało, nagle, niezapowiedzianie pojawił się z powrotem w moim życiu R… R troskliwy, kochający, zabiegający i dbający – R inny a jednocześnie ten sam co kiedyś… Na kolejnej wizycie u psycholog mamy porozmawiać o DDA, bo okazuje się, że to też może mnie dotyczyć i wpływać na to, że jestem taka jaka jestem…

    R nie był zadowolony, że chciałam sama – bez niego chodzić na te spotkania. Myślał, że będę przekonywana i umocniona w słuszności decyzji o rozwodzie. Gdy po pierwszej „terapii” poszliśmy zabrać dzieci od moich rodziców, zostałam przez nich zaszantażowana, iż całkowicie nie będę mogła liczyć na ich pomoc łącznie z opieką nad dziećmi jeśli dalej zabiegać będę o rozwód!  W podobnym tonie wypowiedział się mój dziadek - gdy go odwiedziłam - wychwalając R pod niebiosa. Cóż, R szybko wkradł się w ich łaski, jego obecne czyny przemawiają do nich silniej niż to, co było kiedyś. Dodatkowym argumentem przemawiającym do nich jest też fakt, że będąc z R mam większą nadzieję na umorzenie dawnych długów, których istnienie uniemożliwia mi między innymi pracę na własny rachunek. Z kolei kiedy wracając z drugiego spotkania z panią psycholog znowu odbierałam od rodziców dzieciaki z tego samego powodu naskoczył na mnie ojciec. Ścięłam się z nim - jak mogą wpływać w ten sposób na moje decyzje?! Zwątpiłam czy zależy im na moim szczęściu… czy nie potrafią zrozumieć, że my w tym związku zawsze będziemy się męczyć, zawsze będziemy się szarpać! Na odchodne (akurat też wychodzili z domu) ojciec rzucił mi jeszcze jakiś tekst o moim blogu… Kurczę, skąd wie o moich wypocinach, czyżby je czytał? Tylko R mógł im go pokazać… Wróciłam do domu, otworzyłam komputer brata i faktycznie - jest w historii wyszukiwania… R był u nich wcześniej więc musiał się porządzić i wchodził na internet ale czy dał im poczytać mojego bloga? R się wypiera…

W pierwszej chwili postanowiłam, go zablokować, usunąć, przenieść… ale przemyślałam sprawę i co mi tam. W sumie blog to forma pamiętnika, czasami piszemy w nim rzeczy, o których nie powiedzielibyśmy najbliższym… ale pozwalamy czytać i komentować zupełnie obcym więc o co chodzi? Niech czytają i najbliżsi, w sumie czy opisuję coś, czego miałabym się wstydzić?

 

     Wiosna rozkwita coraz bardziej, trudno trzymać urazę gdy świat się rodzi do życia… Jak się smucić gdy w ogrodzie zabieliło się od przebiśniegów, wyrasta pierwsza trawa, ptaki od rana świergolą, słońce coraz bardziej przygrzewa i gwarno się robi od szczebiotu dzieci na ulicach… Nie da się…

Niestety nawet w najpiękniejszy dzień śmierć nie próżnuje. Dziś rano R odebrał wiadomość o śmierci swojej babci. Wczoraj wieczorem jeszcze ją odwiedziliśmy. Dziwna myśl przeszła mi przez głowę gdy stanęłam u stóp jej łóżka i na mnie spojrzała zbolałym, wzrokiem  - odniosłam wrażenie, że zwiastuję jej śmierć a jednocześnie wiedziałam, że to jeszcze nie teraz… R masował jej obolałe plecy… Ostatni z nią rozmawialiśmy, ostatni widzieliśmy ją żywą…teraz jej głos i obraz pozostanie już we mnie na zawsze…

 



komentarze (24) | dodaj komentarz

Bitwa na biusty

piątek, 09 marca 2012 1:25

    Za nami, kolejny Dzień Kobiet, święto „ustanowione w 1910r. jako wyraz szacunku dla ofiar walki o równouprawnienie kobiet.” – od tego czasu minęło już ponad 100 lat… a walka wciąż trwa. Kobiety ciągle czują się zniewolone i dyskryminowane…

    A co przychodzi nam na myśl na samo określenie „kobieta wyzwolona"? Dla jednych będzie to synonim kobiety inteligentnej, wykształconej, dobrze zarabiającej i niezależnej od mężczyzny. Jednocześnie (o ile nie częściej) funkcjonuje inna definicja, wyrosła gdzieś w dobie rewolucji seksualnej, wg. której jest to kobieta, która nie boi się dogadzać sobie w życiu, bierze je pełnymi garściami, jest otwarta na sex, nie peszy ją mówienie o nim, miewa wielu partnerów i za nic ma konwenanse… Tylko czy taki pogląd – choć kobietom często bardzo pasujący – nie jest jednak przejawem indoktrynacji kobiet przez męską kulturę w celu zwiększenia ich dostępności? Kto bowiem na takim podejściu do życia skorzystał najbardziej?

Kobiety nagle usłyszały, że odmawianie mężczyznom to przejaw zahamowań, zakłamania i staroświecczyzny, których muszą się pozbyć, by poczuć się prawdziwie wolnymi. Ale czy na tym polega prawdziwe WYZWOLENIE?

A jeśli jesteś "cnotliwa" lub wierną mężowi "kurą domową" albo nie masz ochoty na "korzystanie z życia", to nie można już Ciebie nazwać "wyzwoloną"? 

Mi osobiście bliższa jest definicja kobiety wyzwolonej jako tej, która jest wolna od właśnie tego typu stereotypów, od tego co „kobieta MUSI”...

Dawniej kobieta, by znaczyć coś w społeczeństwie, MUSIAŁA być mężatką, MUSIAŁA mieć dzieci... Jeśli świadomie z tego rezygnowała a chciała uzyskać niezależność i szacunek w świecie zdominowanym przez mężczyzn MUSIAŁA stać się uwodzicielką - kroczyć do celu szukając protekcji przez łóżka kochanków… Czy dzisiaj coś się w tej kwestii zmieniło? Bywa różnie ale stereotyp pozostał. Tak naprawdę, obraz kobiety jako obiektu seksualnego służącego do spełniania zachcianek mężczyzn niewiele się zmienił. Uprzedmiotowienie kobiet funkcjonuje nadal a one się na to zgadzają, bo ktoś im wmówił, że w ten sposób staną się wolne i nowoczesne! Z jednej strony np. kobiety mają świadomość, że są ośmieszane i uprzedmiotawiane przez wzorce wyglądu lansowane w mediach ale z drugiej poddają się tym regułom, poddają się kultowi rozwiązłości i w ten sposób pojętej „wolności”. Taki styl życia szczególnie widoczny jest w środowiskach „elit kulturalnych”, gdzie „być albo nie być” na pierwszych stronach gazet, niejednokrotnie zależy od tego, jak dużo nagiego ciała wyeksponuje publicznie jakaś „gwiazdka”, czy od skandalu wywołanego łamaniem norm obyczajowych. A jaki to ma wpływ na nastolatki szukające wzorów do naśladowania? Dla nich tak wygląda „kobieta wyzwolona”…

Poradniki, prasa kobieca, na każdym kroku podają nam gotowe wzorce do naśladowania i co prawdziwa wyzwolona kobieta MUSI. A MUSI np. za każdym razem gdy uprawia sex mieć kosmiczny orgazm… Szukamy więc rad jak go osiągnąć – bo przecież jak go nie masz to coś z tobą nie tak! Nie spisujesz się jako kobieta, kochanka, żona…

Chociaż mamy XXI wiek i kobieta sama ma prawo decydować w kwestii dyspozycji swoim ciałem, prasa kobieca (de facto bardzo sfeminizowana) lansuje wciąż pogląd, że to od OTWARTOŚCI KOBIETY na sprawy sexu zależy powodzenie związku. "Przełam rutynę, bądź zawsze gotowa spełniać zachcianki i fantazje swojego mężczyzny" - MUSISZ, być demonem sexu! Kuś go burdelową bielizną, bo tylko to jest gwarancją, iż w waszym związku nie zagości nuda... A jeśli pozwolisz sobie na słabości i zapragniesz na pewien czas "celibatu" nie zdziw się, że Twój mężczyzna znajdzie sobie inną, gotową spełnić jego "potrzeby"...

Do jakiego stopnia pogląd ten jest zakorzeniony wśród kobiet przekonał mnie przeczytany kiedyś w "Wysokich Obcasach" wywiad przeprowadzony z żoną gwałciciela. Kobieta pośrednio obwiniała się winą za gwałt jakiego dopuścił się jej mąż na studentce (którą jadąc samochodem wziął "na okazję"), bo od jakiegoś czasu unikała z nim zbliżeń a przecież "chłop ma swoje potrzeby i musiał w końcu jakoś dać im upust"...

    Dzisiaj dziewczyna, która zaczyna spotykać się z chłopakiem nie może pozwolić zbyt długo mu „czekać”... Powinna jak najwcześniej poznać różne techniki uprawiania sexu i nie bać się eksperymentować – przecież „jeśli nie Ja to „da” mu jakaś inna”... Wstyd, nieśmiałość, dziewczęca niewinność to dzisiaj obciach! - Nie chcesz się bzykać? - Nie masz ochoty na sex – to nienormalne, jesteś oziębła, dziwna... Nie masz chłopaka w wieku 13 lat? Jako 16 latka ciągle jesteś dziewicą? – Dziewczyny wstydzą się przyznawać do tego, bo uprawianie sexu stało się dziś obowiązkiem. Jednocześnie, wciąż najłatwiej obrazić kobietę przypisując jej łatkę "puszczalskiej"...

Podobnie dzieje się wśród singielek, rozwódek. Być „samą” z wyboru jest przejawem niezależności i nowoczesności ale już „być samotną”, nie mieć nikogo chociażby na sam sex, jest passe i świadczyć może o naszej niezaradności oraz braku atrakcyjności. Dlatego MUSISZ mieć kochanka, żeby inni nie pomyśleli, że jesteś sama „bo nikt ciebie nie chce”.  MUSISZ udowodnić sobie i innym (a szczególnie tym bardziej lub mniej szczęśliwym w swoich związkach „kurom domowym”), że jesteś w stanie owinąć wokół palca każdego faceta, a ten, który cię porzucił dla „dwa razy młodszej i chudszej” to frajer, bo ty też jesteś wciąż atrakcyjna dla wielu i niejeden „dwa razy chudszy i młodszy” z chęcią zagości jeszcze w Twoim łóżku… Wyznacznikiem wartości dla kobiet nie są dziś pasje jakie posiadają, cechy charakteru, wiedza, inteligencja, tylko wygląd i ilość zaliczonych facetów. Ostatecznie przecież to kobieta decyduje kto ją będzie miał, ale że konkurencja jest duża (a mężczyzna aby iść z kobietą do łóżka musi czuć do niej pociąg, bo inaczej mu zwyczajnie „nie stanie”) mężczyźni nie muszą już zabiegać o względy kobiet, to kobiety konkurują między sobą o nich. A jak najłatwiej zdobyć i zatrzymać faceta przy sobie? Młodością, wyglądem i sexem! Dojrzałość stała się nieestetyczna i przerażająca. Kobiety coraz częściej stają się więc wiecznymi, uwodzącymi lolitami.

Najlepiej widoczne jest to w klubach, na dyskotekach lub internetowych portalach społecznościowych. Dziewczyny prześcigają się w ukazaniu swojej osoby w jak „najatrakcyjniejszych” dla męskiego oka pozach, eksponując walory swoich ciał. Tymczasem, w tak stereotypowy sposób „wyzwolone”, „ogólnie dostępne” kobiety uprawiające bez przeszkód sex z byle kim i byle gdzie, są dla facetów niczym zupa w proszku – nie trzeba na nie czekać, zabiegać lecz po prostu wchodzi się na internet, do klubu, wybiera co najbardziej pasuje, „zalewa” i ma… Niestety, potem często pozostają tylko łzy i "zgrzytanie zębów", poczucie wykorzystania, bezwartościowości i przeświadczenie, że każdy facet to świnia myśląca o kobiecie w sposób przedmiotowy i sprowadzająca ją do jednej funkcji – pojemnika na spermę…

Bo prawie każda kobieta, gdzieś tam w głębi serca marzy jednocześnie o swoim „księciu z bajki” a każdy facet ma nadzieję, że spotka na swej drodze „tę jedyną”, „tylko jego” dla której wszystkie inne przestaną się liczyć…

 

    Na początku XX w. dziewczęcość, kobiecość, były kontrolowane za pomocą społecznej smyczy. Potem tę „smycz” zdjęto. Pewność siebie i rywalizacja są dziś niezbędne do odniesienia sukcesu... tylko, że nie pasują do tradycyjnie, przez lata pojmowanej kobiecości. Dziś od kobiet oczekuje się aby były jednocześnie seksualne i pruderyjne, zarozumiałe i skromne, rodziły dzieci i robiły karierę, empatii, współpracy a jednocześnie niezależności...

Tylko czy tak miało wyglądać nasze wyzwolenie i równouprawnienie a wolność polega na spełnianiu cudzych oczekiwań?

 




komentarze (27) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 009  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261009
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni