Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Każdego dnia doświadczamy jakiegoś cudu...

niedziela, 27 marca 2011 18:20

     Wstałam dziś o 700 (wg. czasu zimowego była to dopiero 600) gdyż nocowała u mnie Mika („Podrzutek”), z którą niestety trzeba wychodzić na siku z samego rana bo inaczej może popuścić... Nasunęłam tylko spodnie na tyłek, buty na bose nogi i kurtkę na grzbiet i tak na wpół jeszcze śpiąc wyszłam na spacer z psami… i zachwyciłam się porankiem, na tyle, że z szybkiego siku zrobił się dłuższy spacer, w ogóle nie chciało mi się wracać do domu… Ranek był mroźny ale wystarczyło ustawić się w stronę słońca aby podziałało na mnie jak piecyk już nie da się w żaden sposób ukryć, że to wiosna. Uwielbiam takie niedzielne wiosenne poranki - wokół jeszcze sennie, cicho, bezludnie ale zewsząd już dochodzi radosny świergot ptaków; sikorek posilających się na moim balkonie w karmniku, ćwierkających wróbli, gruchających gołębi i gdzieś tam w krzakach jeszcze innych nieznanych mi gatunków. Szron na trawie w słońcu migotał srebrzystymi iskierkami, grudki zmarzniętego błota pękały z cichym trzaskiem pod moimi nogami, przeszłam przez łąkę w stronę naszej kopalni… w takich momentach jestem pełna żalu i kieruję przekleństwa w stronę złodzieja, który swego czasu podczas włamania do mieszkania uczynił swoją osobę właścicielem mojej lustrzanki… Przede mną roztaczał się cudny widok na kopalnię i sylwetę cementowni a wszystko w odcieniu błękitu. W dole w oddali zalegały opary mgielne spośród których wyłaniały się niczym rzeka wielkie zamarznięte kałuże powstałe od roztopów w których odbijały się niby drogocenne kamienie promienie słoneczne. Gdzieś z oddali ciągnęły się echem odgłosy stukotu ledwie dostrzegalnych, rozpływających się w atmosferze, pracujących przy wyrobisku maszyn i wagoników. Stałam tak samotnie i wpatrywałam się w tą przestrzeń, w tę wielką dziurę w ziemi uczynioną rękoma człowieka, zdewastowany przez cywilizację kawałek naszej planety a pomimo to na swój sposób piękny i niemal magiczny… Wdychałam rześkie powietrze pełną piersią a twarz ogrzewało mi oślepiające słońce górujące ponad tym wszystkim…

Czy wy wiecie, że Ziemia leży od Słońca w odległości średnio 149 600 000 km (147,1 w styczniu do 152,1 mln km w czerwcu), gdyby ten dystans „lekko” zwiększyć mielibyśmy temperatury albo za wysokie albo za niskie by mogło się na niej rozwinąć życie. To samo tyczy się rocznego obiegu Ziemi dookoła Słońca podczas którego porusza się  ona z prędkością ok. 107 000 km/h. Prędkość ta jest odpowiednia by zrównoważyć grawitacyjne oddziaływanie Słońca i utrzymać Ziemię we właściwej odległości od niego. Gdyby ta prędkość zmalała, Ziemia zostałaby przyciągnięta bliżej Słońca gdyby wzrosła oddalilibyśmy się i mielibyśmy tu lodowe pustkowie niczym na Plutonie… Dla sporej części ludzkości to tylko przypadek, że jest tutaj jak jest ale przykładów tych „cudownych” zbiegów okoliczności jest jeszcze dużo, dużo więcej, długo można by je wymieniać. Do mnie jednak te „przypadki” przemawiają tak samo jak widok naszej białej dziury w ziemi oblanej poranną błękitno- złotą poświatą – pięknie to wygląda ale „samo się” nie zrobiło…


   Wróciłam do domu… i ponownie ległam na łóżko. A kiedy  znów wstałam, przyłapałam moją starszą latorośl zanoszącą się śmiechem podczas oglądania filmików na you tube. Skorzystałam z zaproszenia i oglądnęliśmy je wspólnie… Trochę mnie przeraziło co też me dziecię ogląda kiedy ja smacznie sobie jeszcze śpię, po oglądnięciu bowiem niektórych materiałów młody umysł rzeczywiście może zostać zmasakrowany… Aczkolwiek, akurat ten cykl mi samej również już dawno przypadł do gustu więc nie omieszkałam znalezionego dzisiaj materiału przez Młodego tutaj i teraz jako trochę „z innej beczki” zamieścić…

Materiał dotyczy uświadamiania dzieci i młodzieży dawniej i dziś. Temat przy okazji wiosny i budzących się hormonów jak najbardziej wskazany…

Na marginesie zastanawiam się tylko, kiedy edukacja sexualna wyglądała „straszniej” za PRL-u czy dziś? No i mówiąc za "Krytykiem" strzeżcie się, bo ci ludzie są wsród nas...

 

 

 

 



komentarze (9) | dodaj komentarz

Prosić o pomoc to nie wstyd chociaż pomaganie często wiąże się z odwagą...

wtorek, 15 marca 2011 15:28

 

      Wczoraj oglądałam w TV program Tomasz Lis na żywo gdzie dyskutowano o sprawie 5-letniego Szymona i jego ojca, który nagrał sceny znęcania się matki nad chłopcem (materiał na ten temat przygotowała też telewizja TVN). W sumie program miał dotyczyć tego, jak wyglądają wojny o dzieci pomiędzy rozwodzącymi się rodzicami ale przerodził się w końcu w dyskusję nt nieudolności instytucji, które powinny zadbać o bezpieczeństwo dziecka. Nie będę się głębiej rozwodzić nad tym co tam powiedziano, nie będę zachodzić w głowę czy przedstawiony materiał z nagrań, który zamieścił ojciec dziecka w Internecie faktycznie jest prawdziwy czy zmontowany pod publikę żeby dokopać matce - jak twierdzi ta kobieta - gdy to oglądałam, zgodnie z sugestią pani Iwony Guzowskiej mogłam trochę „z zawstydzeniem pomyśleć o sobie...” jak wychowuję własne dzieci.

Byłam w szoku kiedy puścili te  nagrania… A w samym programie poraziło mnie  kilka rzeczy: Po 1) minister sprawiedliwości „tłumaczył” zachowanie matki złą kondycją psychiczną i stresem wywołanym życiem w ciągłym napięciu ze względy na toczącą się sprawę rozwodową i konfliktem z mężem… nieee... no jak można tłumaczyć w ten sposób zachowanie wobec dziecka?! Wiem jak to jest żyć w stresie i rozumiem, że dziecko czasami potrafi ruszyć nerwy ale jak słuchałam w jaki sposób ta kobieta darła się na swoje dziecko i w jakich okolicznościach, to nie widzę dla niej żadnego usprawiedliwienia! Bycie w stresie nie tłumaczy wyzywania dziecka od kurw, skurwysynów, męd i rzucanie się na niego z biciem! Bo nie chciał jeść? Żadne okoliczności nie usprawiedliwiają takiego zachowania! Rozumiem, że mogła wcześniej czymś się mocno zdenerwować, że negatywne myśli spowodowały, że ją „nosiło” a sytuacja spowodowała, że wybuchła i dała upust tym emocjom na dziecku ale pomimo wszystko to nie jest żadne tłumaczenie!@! Na miły bóg, toż to wariatka mająca problem z trzymaniem swoich emocji na wodzy a tym samym stanowiąca niebezpieczeństwo dla siebie i otoczenia a co dopiero dla małego bezbronnego dziecka! Przecież jeśli ona wpada w taką furię to jeden niekontrolowany ruch i może naprawdę kiedyś dojść do tragedii… A jak to wszystko wygląda z punktu widzenia takiego malucha? Z przedstawionego materiału wywnioskowałam, że dla tego dziecka to nie „pierwszyzna”, że Szymek widział mamę w akcji już nie raz i zdaje sobie sprawę z tego na co się naraża co nie znaczy, że nie czuje przerażenia, bo przerażenie jest tym większe gdy właśnie zdajemy sobie sprawę z tego co za chwilę może nastąpić a dodatkowo potęguje to świadomość, że w obliczu tego zagrożenia jesteśmy mali, bezsilni, osamotnieni…!!  Przyznaję się bez bicia: mea culpa… też mi czasami puszczają nerwy gdy jestem np. zmęczona a dzieciaki zbytnio rozrabiają, biją się, kłócą albo buntują i nieraz na nie krzyczałam, czasem nawet straszę je użyciem pasa gdy nie trafiają już inne argumenty i nie mogę wywrzeć posłuchu a szajba odbija im na całego, zdarza się również, że dam klapsa ale żeby wyzywać w ten sposób własne dziecko, poniżać je – wiem, że trudno opanować emocje szczególnie gdy ma się do czynienia z dzieckiem trudnym, o silnej osobowości takim np. jak mój Nati ale osobiście staram się  nie krzyczeć na dzieci w złości, a gdy karcę nie daję w ten sposób upustu własnym negatywnym emocjom!! Podobała mi się kiedyś sytuacja zaaranżowana przez „Super nianię”: matka na siłę karmiła dziecko-niejadka jakąś ohydną papką, dziecko oczywiście jeść nie chciało co matkę coraz bardziej w miarę karmienia irytowało i na siłę wpychała w nerwach jedzenie dziecku do buzi… Niania w odwecie posadziła matkę na stołku i  w ten sam sposób zaczęła ją karmić… w końcu mama mogła poczuć się tak jak jej własne dziecko i myślę, że mamie Szymka przydałaby się taka sama lekcja… Wiem, że nie usprawiedliwia to mojego zachowania bo jak napisałam czasami też jestem „ostra” ale zawsze właśnie potrafię w takiej sytuacji postawić się w roli dziecka i to pomaga mi panować nad sobą.

     Sprawa 2) to „bezsilność” instytucji i oczywiście to, że gdy coś złego się dzieje to sąsiedzi „nie widzą, nie słyszą”...

Są ludzie, których oburza „wścibskość sąsiadów”. Sama pamiętam taką sytuacje z własnego życia: Kiedy urodził się Nati często płakał, chociaż ja oczywiście z racji tego, że nie miałam wcześniej do czynienia z niemowlakami uznawałam to jako normalne. Jasna sprawa, że nigdy nie maltretowaliśmy go z mężem, po prostu młody jak widać od małego był skręcony i domagał się ciągłego towarzystwa, noszenia na rękach, nienawidził też obcinania paznokci ani ubierania się: zawsze gdy gdzieś wychodziliśmy poprzedzone to było wrzaskiem dziecka, uspakajał się dopiero gdy wkładałam go do wózka a potem buntował się nawet przed leżeniem w wózku i musiałam go nosić pchając wózek brzuchem bo inaczej się darł… W każdym bądź razie częsty płacz dziecka zaniepokoił jedną z sąsiadek. Wprawdzie nigdy z tego powodu nie pojawiły się u nas w progu służby mundurowe ale nie raz sąsiadka zaczepiała mnie na dworze i delikatnie starała się wybadać czy małemu nic złego się nie dzieje...Inna sprawa, że po urodzeniu dzieci opiekowały się mną aż 2 położne! Jedna przychodziła zawsze do dziecka a druga do mnie i tak na zmianę ale za każdym razem i jedna i druga „rozpakowywały” dziecko i dokładnie je oglądały. Praktycznie nie znałam dnia ani godziny kiedy mnie któraś z nich nawiedzi ale nie interesował ich bałagan w domu tylko stan mój i dziecka… i myślę, że to było dobre, tak właśnie powinno być! Nie rozumiem więc sytuacji gdy się słyszy, że jakiś niemowlak był dłuższy czas maltretowany i nikt nic nie wiedział! Ale ja może miałam też inne do tego nastawienie, nie odbierałam tego jako „wścibstwo”, nie unikałam wizyt ale doceniałam i korzystałam ze sposobności by się czegoś dowiedzieć a przede wszystkim miałam poczucie, że nie jestem sama, że w razie problemów mam się do kogo zgłosić.

Ingerencję „instytucji” w moje życie odczułam również, kiedy R został aresztowany. Gdy o aresztowaniu dowiedziała się jego pani kurator nie omieszkała zaraz złożyć mi wizyty. Od jakiegoś już czasu odkąd odwiedzała nasz dom niepokoiło ją to… że nasze dzieci często same przebywają na podwórku. W zasadzie uważałam ten niepokój za nieuzasadniony, bo dzieci nie były już takie małe żeby chodzić za nimi krok w krok, bawiły się zawsze przed blokiem na placu zabaw w grupie innych dzieci w podobnym wieku, samo podwórko jest otoczone z dwóch stron przez blok, nie ma w pobliżu ulicy i można mieć je cały czas na oku a i tak zawsze praktycznie jest w pobliżu jakiś dorosły który akurat pilnuje  swojego malucha więc uznawałam, że są bezpieczne. Niestety te argumenty nie przekonywały pani kurator, która będąc również matką nie wyobrażała sobie sytuacji aby jej brzdąc (aczkolwiek sporo młodszy od moich) miał sam bawić się na dworze. Dlatego gdy zostałam sama skierowała apel do sądu rodzinnego aby wyznaczyć mi kuratora! I oto 2 dni później, pewnego ciepłego późnego popołudnia gdy właśnie miałam mały rozpierdolnik w mieszkaniu w związku z sadzeniem kwiatów na balkonie a dzieci oczywiście szalały na rowerach gdzieś koło bloku nawiedziła mnie pani w średnim wieku celem przeprowadzenia wywiadu środowiskowego.

Pytania jakie mi zadawała były ujmując delikatnie dziwne… pytała czy dzieci są zadbane, czy je kocham, czy znikam z domu (?) pozostawiając je bez opieki (chodziło o nocne wypady, imprezowanie itp.), czy piję, palę, spraszam facetów itp… Pytania dziwne z racji tego, że sama musiałam na nie odpowiedzieć więc nawet jakbym się tego dopuszczała to przecież mogłabym zaprzeczyć więc jaki sens o takie rzeczy pytać??!! Ale oczywiście u mnie nic takiego nie miało miejsca więc na koniec kobieta mnie pyta: „To po co mnie tutaj do pani wysłano z zaznaczeniem pilności?” Powiedziałam, że najwidoczniej wynikało to z niepokoju kurator mojego męża o to, że dzieci same bawią się bez mojego nadzoru na dworze… „Kurator męża? A co ona ma do pani? A pani nie ma nadzoru nad dziećmi? Gdzie one są?” – „Syna przed chwilą widziałam jak przejeżdżał tutaj obok garażów a córka bawi się z koleżankami w piaskownicy” – odpowiedziałam; „W takim razie pani ma nadzór nad dziećmi…” – „No tak, wiem gdzie przebywają…”

Kobieta miała jeszcze zrobić wywiad z sąsiadami i poddać to opinii sądu, nie było jednak żadnych późniejszych decyzji ani też nikt więcej mnie w tej sprawie nie nawiedzał więc wnioskuję, że wypadłam dobrze. Mogłabym się oburzać, że jak to? Jak kurator męża mogła ze mną tak postąpić ale ona po prostu wykazała się w tym momencie czujnością, moje zaniedbania względem dzieci zostały wykluczone a jednocześnie ona sama mogła zachować czyste sumienie.

Co do sąsiadów to ludzie często nie reagują bo się boją. Osobiście czułam taki strach gdy dochodziły mnie odgłosy awantury z góry a ja siedziałam sama z niemowlakiem w domu, dlaczego wtedy nie dzwoniłam po policję? Nie przyszło mi to jakoś wówczas nawet do głowy, może po cichu liczyłam, że ktoś zrobi to za mnie?… Kiedy z kolei sama znalazłam się w podobnej sytuacji, gdy to zza moich drzwi dochodzić zaczęły coraz częściej takie odgłosy sąsiadki nie były obojętne. Ta sama „wścibska” sąsiadka, którą kiedyś niepokoił płacz Natiego  zaczepiła mnie przed blokiem z pytaniem „co się dzieje?” no i się wyżaliłam… Wiem, są kobiety które pomimo doznawanych krzywd potrafią się oburzyć gdy ktoś się wtrąca w ich życie, nie będą mówić co się dzieje bo „przecież żaden ptak nie sra w swoje gniazdo” więc takie zainteresowanie sąsiadów gotowe są wziąć za szukanie taniej sensacji i powodów do plotek oraz wtrącanie się w nie swoje sprawy. Można narazić się na przykre słowa… Ale są też kobiety które wstydzą się o tym mówić, które udają w takich sytuacjach, że nic się nie dzieje, bo przecież nie wypada narzekać, narzekanie jest źle widziane a kobieta która „godzi się” na coś takiego jest postrzegana jako niemota życiowa, taką się gardzi „bo sobie na to pozwala” więc lepiej udawać, że nic się nie stało, że to jednorazowy incydent, że ma się wszystko pod kontrolą byle by zachować twarz… Ja tak postrzegałam siebie ale natura obdarzyła mnie wylewnym językiem więc mimo wszystko tych odczuć nie zachowałam dla siebie i powiedziałam o wszystkim sąsiadce… Zadała mi jedno ciekawe pytanie które pozwoliło mi spojrzeć na swoją sytuację inaczej, spytała: „Wiesz co u mnie się działo, słyszałaś na pewno te awantury… czy chociaż raz tak pomyślałaś o mnie, że jestem głupia lub gorsza?”; – „nie nigdy tak nie pomyślałam…”; - „Więc dlaczego uważasz, że któraś tutaj z nas mogłaby tak pomyśleć o tobie?”...

R podczas awantur często zabierał mi telefon nie dając możliwości zadzwonić po pomoc, kilka razy nawet telefon mi rozbił, ustaliłyśmy więc z sąsiadkami, że następnym razem gdy dojdzie do takiej sytuacji po prostu będę uciekać na górę a gdyby R mi to uniemożliwi (potrafił zamknąć drzwi na klucz albo wyjść i zostawić mnie w domu zamkniętą) to będę waliła w ścianę a wtedy ktoś przyjdzie albo zadzwoni po policję. Dało mi to już jakieś poczucie bezpieczeństwa… Kiedyś z kolei po kolejnej porannej awanturze sąsiadka nie omieszkała osobiście przybiec do mnie wyrwana z łóżka tylko w koszuli i szlafroku…

Dodać należy, że decyzję o „zakończeniu tego” też po części zawdzięczam rozmowom z sąsiadkami, których postawa wobec własnych problemów dodała mi wiary w to, że mogę coś w swoim życiu zmienić.  

     Dlatego nie powinniśmy się bać interweniować „w życie” innych. To, że ktoś jest wścibski nie zawsze znaczy, że jest nam nieżyczliwy. A to, że ktoś się nie skarży nie musi znaczyć, że nie oczekuje pomocy…

     Z drugiej strony słuchając tych wszystkich opowieści o opieszałości ze strony MOPSów, sądów, prokuratury i obojętności ludzkiej na krzywdę innych zastanawiam się czy może ja mam jakieś wyjątkowe szczęście a może poprostu tutaj gdzie mieszkam mieszkają ludzie o większej wrażliwości? A może zwyczajnie ja na to wszystko patrzę inaczej...

 



komentarze (5) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 984  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260984
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni