Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

"Ciekawe, że z pokolenia na pokolenie dzieci są coraz gorsze, natomiast rodzice coraz lepsi, a więc z coraz gorszych dzieci wyrastają coraz lepsi rodzice..." Wiesław Brudziński

wtorek, 12 lutego 2013 1:27

     Zaczęły się ferie. Dla dzieciaków frajda a ja zastanawiam się jak zorganizować  im czas, by nie jęczały, że się nudzą i by Synio nie spędzał głównie czasu grając… W drugim tygodniu ferii codziennie ma uczęszczać na świetlicę terapeutyczną ale zupełnie nie wiem co mu wymyślić na ten tydzień. W sumie po feriach ma mieć poprawkę ze sprawdzianu o znakach drogowych i do przeczytania „Pinokia” więc ma co robić, tylko co z tego gdy zmobilizowanie go do nauki przypomina kopanie się z koniem, czasami brakuje mi już do niego sił.

 

     Zeszły tydzień był dla mnie pełen emocji, zleciał więc bardzo szybko.

     Weekend spędziłam z dzieciakami w stolicy. Za namową siostry pojechaliśmy na „Zabawę karnawałową w stylu wellness”, którą dla dzieci swoich klientów zorganizowały jej znajome.

Impreza była bardzo udana. Dla moich dzieciaków już samo to, że bawiliśmy się w restauracji znajdującej się na 15 piętrze z pięknym widokiem na rozświetlony Pałac Kultury i wieżowce z centrum, stanowiło nie lada atrakcję. Młody od razu przystąpił więc do robienia zdjęć i kręcenia filmików, które miał zamiar potem zamieścić na you tube…  Dzieci przybyły na bal poprzebierane, miały do swojej dyspozycji oddzielne pomieszczenie, gdzie były przygotowane specjalnie dla nich soki, owoce i słodki  ale bardzo zdrowy poczęstunek.  Mogły tam się zapoznać i wspólnie bawić, rysować, tańczyć – robić to na co miały ochotę. Dorośli zasiedli przy stolikach w drugiej Sali ale by rozluźnić atmosferę i poczuć się pewnie w swoim gronie prowadzące o razu na powitanie zaproponowały wspólny toast, po którym wszyscy mieli za zadanie wymienić się imionami i uściskami ze wszystkimi. Następnie został  zaserwowany obiad w formie szwedzkiego stołu z tym, że najpierw przypomniano nam jaka objętość ma nasz żołądek i każdy miał za zadanie tak skomponować sobie posiłek, by nałożona „na oko” porcja miała 300 kcal. Zadanie trudne, zważywszy na to, że menu chociaż było „lekkie” to zróżnicowane a na sam widok ślinka leciała i chciałoby się spróbować wszystkiego…  Po obiedzie trzeba było spalić te kalorie, przyszedł więc czas na ruch i wszyscy razem z dziećmi zostali poderwani do wspólnego tańca w rytm układu, jakiego na szybko nauczyła nas jedna z prowadzących, następnie uczyliśmy się jeszcze salsy a potem przyszedł czas na konkursy. Zostaliśmy podzieleni na 4 drużyny i rywalizowaliśmy między sobą w kalamburach, tańcach, gonitwach między przeszkodami, piciu wody na czas i innych wariackich dyscyplinach „sportowych” przy których było też śmiechu co niemiara, oczywiście dla zwycięzców przewidziane były też nagrody. Po „starych” przyszedł też czas na konkursy dla najmłodszych i wybory na króla balu. Ostatecznie jednak wszystkie dzieci zostały ogłoszone królami, bo nie sposób było wybrać jednego najładniej tańczącego i najładniej przebranego – wszystkie się bardzo starały i wszystkie zasłużyły na nagrody. Potem jeszcze wszyscy byli częstowani pysznymi koktajlami odżywczymi w trzech smakach, obecni miło sobie gawędzili, wymieniali się doświadczeniami biznesowymi, dzieci pozawierały też nowe znajomości, bawiły się, biegały, a na koniec wszyscy zaserwowali sobie jeszcze wykwintną kolację z winem przy świecach.

Ogólnie impreza była bardzo udana. Mała dostała jeszcze na odchodne wielki pęk balonów więc dodatkowo była szczęśliwa. Dobrze, że już było późno, bo inaczej nie wsiadła by chyba z nimi do metra…

     Na drugi dzień, korzystając z okazji, że zatrzymaliśmy się u naszych ciotecznych sióstr na terenie kampusu SGGW a wyjazd do domu mieliśmy zaplanowany na popołudnie przeszłyśmy się jeszcze na trwającą akurat w pobliżu Wystawę Kur Ozdobnych gdzie prezentowane były kury z całego świata m.in. jedwabiste o miękkiej, futrzastej strukturze upierzenia, najmniejsze kury świata i największe – olbrzymy, o masie ciała 7 - 10kg. Hodowcy przedstawili też piękną kolekcję wyśmienicie umięśnionych bojowców i gołębi a wystawę uświetnił pokaz sokołów oraz egzotycznych owadów, pajęczaków i gadów sekcji zoologicznej koła naukowego WNoZ.

 

     W poniedziałek z kolei dostałam zaproszenie od brata, by pojechać z nim do jego „miejsca zesłania” (czyli miejscowości, w której przez cały tydzień mieszka i pracuje) i pomóc mu… w porządkach. Zgodziłam się, bo i tak nic nie miałam do roboty w domu a byłam ciekawa jak tam mieszka. Na miejscu doznałam deja vu – jakbym przeniosła się w czasy studenckie gdy wspólnie dzieliliśmy stancję...

W sumie znając swojego brata wiedziałam co tam mogę zastać (przecież nie bez powodu mnie tam ciągnął) ale i tak doznałam lekkiego szoku – zresztą jego kolega, który nas przywiózł na miejsce też – bo okazało się, że chociaż Endru dzieli mieszkanie jeszcze z dwoma kolegami to widać żaden z nich nie ma zamiłowania do sprzątania po sobie! Dorosłe chłopy a mieszkanie, które jest jednocześnie ich miejscem pracy, zmienili w norę! No ale cóż, dla Ani jak dla Perfekcyjnej Pani Domu każdy syf jest do opanowania… Raz, dwa uporałam się z pokojem braciszka, nawet okno mu umyłam chociaż okazało się, że jedynym detergentem na wyposażeniu tutaj był jakiś płyn uniwersalny! No bo „jak uniwersalny to przecież do wszystkiego” – taka męska dedukcja… Chłopaki wzięli się jeszcze za przemeblowanie a potem odkurzanie, a ja w tym czasie przeszłam do pokoju jego współlokatorów, by ogarnąć przynajmniej co z większego, bo się nie mogłam patrzeć na zwały kurzu na ich biurkach… W miarę jak efekty naszej pracy były coraz bardziej widoczne ja coraz bardziej zaczęłam się w tych porządkach rozkręcać. Wpadłam do kuchni i wzięłam się za mycie zalegającego stosu naczyń, pomyłam szafki… Chyba tylko faceci mogą wpaść na pomysł, by z braku miejsca na blacie obok zlewu (z powodu zalegających garów) umieścić suszarkę na naczynia… na brudnej podłodze! 

Najgorszy jednak widok przedstawiała łazienka, toalety publiczne wyglądają bardziej przyjaźnie niż to co tam zastałam… Ale nie, wanny, kibla już się nie dotykałam – zdrowie mi jeszcze miłe, tym bardziej, że przecież i tak nie było czym i w czym tego szorować a „płyn uniwersalny” tego brudu by nie wziął. Nie wytrzymałam już, nerwy mi puściły, przestałam bluzgać pod nosem i wydarłam się na Endu, nawet jego kolega mi wtórował… K@a, jak można tak zapuścić chałupę?! Jak oni się nie brzydzą siadać na takim zasyfionym kiblu, myć w takiej wannie, nawet ścierki do naczyń nie mieli świeżej... Czy oni słyszeli o zarazkach? Ale zważywszy na ilość walających się puszek po piwie i butelek pod zlewem mają na nie widać swój własny sposób, higiena i porządek to sprawa drugorzędna…

Brat wiedział, jak zrekompensować mi popsuty humor i po robocie pojechaliśmy na pyszną pizzę ale, że po powrocie doniosłam rodzicom jak żyje ich Synio to chyba szybko znowu mnie do siebie nie „zaprosi” J  A mama po zrobionym mu wykładzie powiedziała tylko „źle wychowałam synka…” – no kurde źle, bo zawsze od „robót domowych”  byłyśmy ja z siostrą a „synek” się wiecznie bawił… Dla mnie to też nauczka, aby nie wyręczać zbytnio mojego synka, by w przyszłości nie zrobił się podobny do swojego wujka…

 

     Wtorek upłynął mi na klasowych zebraniach semestralnych w szkole u Dzieciaków. Z dziewczyny jestem zadowolona ale z chłopaka już nie, nie są rewelacyjne te jego oceny, jak się nie poprawi w drugim półroczu to będzie tragedia. Najgłupsze jest to, że większość jedynek nałapał za brak pracy domowej i to popsuło mu średnią ale jak miałam dopilnować by odrabiał lekcje jak on nie zapisywał co jest zadane?!  Wychowawczyni  zgłosiła mi też, że ostatnio w ogóle nie pracuje na lekcjach, leży na ławce i „śpi”, pisze tylko wtedy gdy druga pani nad nim stoi albo gdy się na niego huknie. Kontakt też z nim jest ograniczony, bo on żyje tylko światem gier… Wychowawczyni spytała czy Nati bierze Concenrę. Nie bierze już od dłuższego czasu, ostatnio jak byliśmy na wizycie u psychiatry w wakacje, pani doktor chciała go z początkiem roku szkolnego położyć na oddziale psychiatrycznym na obserwację na parę miesięcy! Nie zgodziłam się, bałam się zostawić go samego, a gdybym codziennie do niego dojeżdżała zaniedbałabym z kolei Małą.  Recepty na lek też nie dostałam a teraz widać, że Młody znów ma kłopoty z koncentracją. Zapisałam go do jego lekarza ale wizytę wyznaczono nam dopiero na marzec, R znalazł jednak jakąś nową przychodnie i już po paru dniach zadzwonili, że zwolniło się miejsce i możemy przyjść w środę.

     Poszłam więc z Natim w środę do nowej pani doktor. Najpierw mimo wyznaczonego czasu wizyty czekaliśmy jeszcze ponad godzinę zanim zostaliśmy przyjęci. Młody zaczynał się już nudzić a ja popadałam w drzemkę. W końcu zostaliśmy przyjęci. Powiedziałam z jakim problemem przychodzę a Syniu rozsiadł się w fotelu i… zaczął ziewać co od razu bardzo nie spodobało się doktorce. Zaczęłam tłumaczyć dzieciaka, że tak długo czekaliśmy, że o mało nie zasnął na poczekalni… Kazała mu wstać, odstawić fotel, przejść parę kroków a potem wyjść i zaczekać za drzwiami a mi oznajmiła, że… mam opóźnione umysłowo dziecko! Nati nie ma żadnego ADHD tylko zwyczajnie jest idiotą na poziomie 4-latka! Idiotą, aczkolwiek posiadającym bardzo dużą inteligencję społeczną (której ja z kolei nie posiadam wcale) i dzięki temu potrafiącym manipulować wszystkimi wokół ku własnej wygodzie. Opinia wydana przez Poradnię psychologiczną wg. niej nie jest obiektywna, bo Młody testy rozwiązał tylko dlatego, że… ktoś mu kazał i się sprężył! A funkcjonuje jeszcze jako tako na poziomie w szkole tylko dlatego, że… ja mu we wszystkim pomagam i wyręczam, sam niczego by się nie nauczył!

- No fakt, od początku nauki pomagam mu w odrabianiu lekcji ale nauczyciele sami nawołują żeby rodzice, zwracali uwagę na postępy dzieci w nauce, żeby w domu przeglądali zeszyty, pomagali utrwalać wiadomości…

- Od tego proszę pani jest szkoła a nie rodzice… - padła odpowiedź

Byłam w szoku słysząc te wywody. Usłyszałam, że moje dziecko czeka nieciekawa przyszłość, że niczego w życiu nie osiągnie, że może dojść w rozwoju do poziomu dziesięciolatka a potem nastąpi stop, że jego miejsce jest w szkole specjalnej gdzie mógłby być najlepszym uczniem ale mógłby też gnębić bardziej opóźnionych od siebie (!), równie dobrze jednak może cierpieć na tą samą przypadłość co ojciec - a to jest straszna choroba - i  że jeśli z nim nic nie zrobię to mogę się spodziewać, że kiedyś wyląduje w zakładzie wychowawczym lub więzieniu… i będzie to moja wina! Ja sama nie zdaję sobie oczywiście sprawy z sytuacji w jakiej się znajduję (ze względu właśnie na ten brak inteligencji społecznej) i jestem w stanie bardzo dużo znieść, bo jestem silna psychicznie ale kobiety w ogóle mają silniejszą psychikę od mężczyzn, dlatego gdybym była facetem dawno już bym od tego wszystkiego uciekła… Żyjąc jednak pod jednym dachem z wariatem (rozmawialiśmy też o sytuacji w domu, naszej przeszłości i chorobie R) i dzieckiem z takimi zaburzeniami, które już teraz potrafi mnie wyzwać i podnieść na mnie rękę, sama nabawię się ciężkiej depresji… Dostałam więc skierowanie do psychologa - bo trzeba mnie wzmocnić psychicznie - a mój syn na badanie TSH i usg tarczycy, bo okazuje się, że pewne zaburzenia podobne do ADHD czy mylone z CHAD, mogą być wynikiem chorób związanych z tarczycą.

Pani doktor oczywiście Concentry nie przypisała ale dostał za to  Depakine Chrono – ten sam lek, który dawno temu widziałam u R – czyżby podejrzewała, że Młody jest w manii? Wróciłam do domu i po tym co usłyszałam całkiem się rozkleiłam, płakałam już do końca dnia…  R gdy zobaczył ten lek, od razu zawyrokował, że nie pozwoli aby Nati go brał, mógł być przepisany w celu ustabilizowania nastroju lecz wg. niego to lek przestarzały, po którym Młody zacznie tyć i będą mu wypadać włosy i absolutnie nie nadaje się dla dzieci! Wkurzył się też, gdy zdałam mu relacje z tego co o Natim powiedziała doktorka ale przyznał, że bardzo dobrze, iż wysłała go na skontrolowanie tarczycy, bo sam takie miał robione w szpitalu…

     Na drugi dzień, udałam się do szkoły aby porozmawiać z wychowawczynią Młodego oraz pedagogami, którzy prowadzą z nim zajęcia wyrównawcze. Streściłam im relację z wizyty u lekarza i poprosiłam o opinię, jak wypada moje dziecko na tle innych, czy faktycznie tak odstaje w zachowaniu, że można sądzić, iż jest opóźnione umysłowo, biorąc pod uwagę ich doświadczenie w pracy z dziećmi.

Pedagog uspokoiła mnie, że nic na to nie wskazuje a testy jakie wykonuje Poradnia są tak skonstruowane i po to się je wykonuje, żeby właśnie móc określić stopień inteligencji i rozwoju dziecka. W przypadku mojego dziecka nic znacznie odbiegającego od normy nie wykazały, nie mam więc powodów do takich przypuszczeń i dziwne jest, że doktor po zaledwie kilkuminutowym kontakcie z Natim wydała o nim taką opinię. Poradzono mi, bym… zmieniła lekarza! Jeśli chodzi o lek, również pedagog nie miała o nim zbyt dobrej opinii, miała bowiem już do czynienia z dziećmi, które biorąc go stawały się przytępiałe a nawet zaczynały robić pod siebie. Poradziła mi też bym jeszcze porozmawiała z psychologiem ze świetlicy terapeutycznej do której Młody uczęszcza, bo tam mają doświadczenie z różnymi przypadkami trudnych dzieci na co dzień a że akurat tego dnia było tam przewidziane zebranie z rodzicami to zaraz po spotkaniu to zrobiliśmy.

Pani psycholog ze świetlicy była w lekkim szoku, gdy opowiedziałam o wizycie u psychiatry. Okazało się, że słyszała już o tej pani doktor i niejeden rodzic skarżył się na jej metody „leczenia” wiec powinniśmy… zmienić lekarza. Poradziła nam byśmy dla własnego spokoju udali się z Natim do Centrum  Neuro-Psycho, gdzie można mu zrobić pogłębione Badania Psychologiczne, EEG i również przyjmują psychiatrzy.

Uspokoiłam się trochę. Badania zlecone przez panią doktor zrobiliśmy. R chce osobiście pójść do niej z wynikami i przy okazji trochę z nią podyskutować…

     Mi w sumie ta wizyta dała do myślenia… Zastanawiam się czy w jakimś stopniu pani doktor nie miała racji, może wcale nie jest takim złym lekarzem jakby się wydawało, może to po prostu trochę taki dr House w spódnicy co „wali prosto z mostu”, nazywa „po imieniu” rzeczy, które są przecież oczywiste…  Bo czy dzieciaki z ADHD, z zaburzoną koncentracją uwagi, upośledzoną funkcją hamowania w mózgu  są normalne? Dyslektycy, dysgraficy i szereg innych z jakimś „dys”, którzy nie potrafią samodzielnie napisać wypracowania, przeprowadzić prostego działania matematycznego nie są w jakimś stopniu upośledzeni? W jakim stopniu to, że moje dziecko nie potrafi samo odrobić lekcji, utrwalić poznanego w szkole materiału jest moją winą a na ile to wina jego popierdzielonego systemu nerwowego? Młoda od I klasy sama odrabia pracę domową, woła mnie tylko wtedy gdy ma z czymś poważny problem, potrafi się nauczyć wierszyka, piosenki, tabliczki mnożenia… Młody nie! Młodemu ja wyjmuję książki, ja szukam czy ma coś zadane, stoję nad nim i pilnuję, by wszystko dokładnie odrobił, często muszę dyktować co ma napisać, czytam materiał z podręcznika, przepytuję, tłumaczę, wyjaśniam – gdybym tego nie robiła sam, by się nie uczył! Na ile go tego braku samodzielności „nauczyłam” a na ile jest to wynik „upośledzenia”? A może wcale nic mu nie jest? Może to MOJA WINA, bo traktuję go (też wg. pani doktor) jak „księciunia”? Może powinnam być wobec niego ostra jak pani doktor. Może to przez to, że za bardzo jestem wobec niego cierpliwa, zbyt wiele znoszę, zbyt go kocham?

Na pewno do zaleconego sobie psychologa pójdę, na pewno dla własnego spokoju pojadę z Młodym jeszcze na te badania do Centrum, muszę też zacząć więcej od niego wymagać, by kiedyś nie powiedzieć, że „źle wychowałam synka”…  



komentarze (11) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 016