Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Umiejętność życia w 90% polega na zdolności życia w zgodzie z ludzmi, których nie możemy znieść.

sobota, 25 lutego 2012 2:47

     Minie zaraz miesiąc odkąd skleciłam ostatnia notkę. Ciężko mi ostatnio zmusić się do pisania, późno zasiadam na dłużej do komputera a i tak mam ważniejsze rzeczy do robienia niż zapisywanie tego co się dzieje w moim życiu. Ale, że od początku założeniem moim było, że ten blog piszę po to, bym mogła kiedyś spojrzeć za siebie i zobaczyć co miało wpływ na zmiany jakie we mnie zachodzą dziś, pomimo otwartego na pulpicie Cad’a piszę szybką relację z tego co było. A było w sumie normalnie, zwyczajnie i przeciętnie…

R chociaż bardzo się stara, nadal działa na mnie stresująco. Określam go mianem „wolnego rodnika” i zakomunikowałam, że jako antidotum będę musiała znaleźć sobie jakiegoś „antyutleniacza”, który pobudzi we mnie produkcję endorfin… Tak naprawdę czuję jednak, że ja nie nadaje się do bycia z kimś i nawet gdybym kogoś poznała, to nie potrafiłabym się już po raz kolejny przed nikim otworzyć a co dopiero związać… druga zresztą sprawa, że wcale tego nie próbuję, bo przestało mnie do tego ciągnąć…

Jednego dnia, gdzieś na początku miesiąca, silnie wkurzyłam się na R, wybuchłam, wydarłam się i kazałam mu pakować manatki. R „wrócił” do pogawędek na czacie… OK, nie przeszkadza mi, że z kimś w wolnym czasie, dla rozrywki poklika. Rozumiem, może potrzebuje z kimś porozmawiać o swoich problemach, poflirtować, czy spotkać jakąś bratnią duszę, która go zrozumie i dostrzeże w nim fajnego faceta – ja mu tej potrzeby nie wypełnię, ale gdy zobaczyłam, że spędza tam coraz więcej czasu, zaniedbuje obowiązki domowe i już sobie wysyła maile a w dodatku wypisuje wyimaginowane żale na mój temat przez gg, powiedziałam BASTA! „Gówno prawda, że się zmieniasz! Wszystko wraca do normy sprzed 3 lat! Jak Ci tak bardzo nie odpowiadam, to przecież nie musisz ze mną być. Możesz się wyprowadzić i wtedy poznawać, rozmawiać i spotykać ale nie toleruję prowadzenia podwójnego życia pod moim okiem”. R płakał jak dziecko, nie rozumiał dlaczego ciągle się go czepiam, dlaczego wypominam przeszłość, dlaczego nie chcę dać mu szansy, dlaczego nim pomiatam… Suma summarum oczywiście się nie wyprowadził ale przestał z taką częstotliwością przesiadywać na czacie, zlikwidował swoje gadu i (jak twierdzi) kontakty z nowymi znajomymi.

W zasadzie i tak „nasze losy” rozstrzygną się za 2 miesiące...

      R odkąd opuścił szpital ciągle namawiał mnie na terapię rodzinną w czym ja nie widziałam z kolei sensu. Niedawno jednak sama znalazłam dla nas terapeutę i postanowiłam, że udamy się tam, gdy tylko pozwolą nam na to finanse. Jednak nie z potrzeby „ratowania naszego małżeństwa” ale z nadzieją, że może w końcu ktoś wytłumaczy R, że życie ze mną pod jednym dachem nie ma sensu. Ja sama meczę się w tym związku z jeszcze jednego powodu – męczą mnie moje wybuchy złości na niego, wyczerpują mnie fizycznie i psychicznie. Mam poczucie winy, że tak go traktuję ale z drugiej strony mam ku temu swoje powody. R jest bardzo trudny we współżyciu i żeby z nim być, tolerować jego zachowania, trzeba go kochać a we mnie tej pierwotnej miłości już nie ma. Ja nie czuję z nim jedności, która jest tak niezbędna do prawidłowego funkcjonowania w małżeństwie, nie ma u nas jednomyślności, brak współdziałania, tzn. R się stara ale ja nie, mi nie zależy. Jak to podsumował kiedyś pokrętnie Nati: „Ty do tata nie pasujesz ale tato do Ciebie chyba tak…”

Myślę, że głównym problemem R jest to, że Ja i dzieci, jesteśmy Jego „większym kawałkiem tortu”, kiedy by Nas stracił, straciłby sens życia. R nie ma większych pasji, nie ma czym się zająć, czemu poświęcić, wszystko co robi kręci się wokół naszej rodziny i życie bez tego byłoby dla niego puste…

Od jakiegoś czasu znowu mi „nadskakuje”: herbatka, ciasteczka, czekoladka, obiadek pod nos, karnet na siłownię… Mam „zakaz” mycia naczyń, sprząta, zaopatruje dom w prowiant, wozi i odbiera dzieci ze szkoły, załatwia mechanika do samochodu, gania po prawnikach by jakoś w końcu nas oddłużyć… Dwa tygodnie temu kupowałam sobie nowe kozaki, wahałam się pomiędzy dwoma fasonami… W tym tygodniu R dostał kasę i… kupił mi również drugą parę, na którą się tak czaiłam - patrząc z boku, niejedna kobieta mogłaby tylko pozazdrościć takiego męża… Dodatkowo zafundował mi zabieg IPL i w końcu mogłam zlikwidować przebarwienia na twarzy, które „wyłaziły” mi od słońca w lecie (chyba wina wieloletniej antykoncepcji hormonalnej) a na który od roku nie mogłam uzbierać, bo ciągle wypadał mi jakiś niespodziewany wydatek, jak np. teraz, gdy na początku miesiąca szlag trafił dysk twardy w komputerze i trzeba było wywalić kasę na nowy oraz na naprawę płyty głównej. Całe szczęście, że akurat mama przekazała zlecenia na nowy projekt, dostałam zaliczkę i mogłam sfinansować naprawę… Zaczęłam też współpracę z siostrą, która działa w firmie weelness. Uczę klientki jak właściwie dbać o cerę i dlatego musiałam poświecić trochę czasu żeby się wyszkolić w temacie działania kosmetyków na skórę, jej budowie, właściwościach itp. Zafiksowałam się na tym punkcie i przez ostatni czas nie dosypiam, bo albo się uczę albo rysuję…

     Wczoraj byliśmy też z R na warsztatach dla rodziców. Znowu dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy nt. stymulacji rozwoju inteligencji u dzieci. Tym razem była mowa jak nauczyć dziecko wcześnie czytać ze zrozumieniem i wzbudzić chęć do nauki.  Co wpływa na to, że dzieci nie lubią czytać i jak wzbudzić w dziecku zainteresowanie czytaniem. Żałuję, że nie miałam tej wiedzy wcześniej, zaoszczędziłabym mojemu synowi sporo stresu przy starcie w edukację szkolną ale teraz sporo z tych rzeczy można  też jeszcze wykorzystać…

     Z Natim mam ostatnio trochę kłopotów. Po 1) przy bilansie zdrowia wykryto u niego wadę postawy w związku z czym musi jak najszybciej zacząć gimnastykę korekcyjną. Sęk w tym, że zlecone ćwiczenia w Przychodni terapeutycznej może mieć zrealizowane dopiero w… sierpniu! No chyba, że oczywiście wykupię „prywatnie” pakiet zajęć ale, że akurat z kasą było krucho zapisałam go na początek na jedną lekcję odpłatną celem „nauki” jakie ćwiczenia powinien wykonywać, by móc ćwiczyć z nim w domu. Niestety, Młody ze mną ćwiczyć nie chce! Na szczęście w szkole też jest pani terapeutka i pomimo, że ma już „komplet” dzieci w grupach obiecała, że „wciśnie” jeszcze gdzieś Natiego. Dodatkowo może uda mi się go jeszcze zapisać w ramach terapii na bezpłatne zajecia na basenie w drugiej szkole.

Po 2) Nati ma w marcu sprawdzian kompetencji trzecioklasisty. Niestety ma też straszne zaległości w wiedzy i zero zaangażowania do nauki. Bardzo trudno go zmobilizować, żeby zrobił w domu coś ponad pracę domową. Najchętniej siedziałby tylko przed komputerem, telewizorem albo się bawił. Chodzi na zajęcia wyrównawcze ale to wszystko za mało. "Pościągałam" przez internet testy z OBUT i daję mu do rozwiązywania wyłapując z czym ma problemy aby jeszcze puki czas tę wiedzę uzupełnić.

Po 3) Już od tygodnia jest „uziemiony” z powodu silnego zapalenia oskrzeli, które ciągle go nie opuszcza i jeśli ma nie mieć zaległości w szkole musi przyłożyć się do nauki w domu co przychodzi mu bardzo opornie.

     Na szczęście w powietrzu czuć było dziś wiosnę, powiało więc nadzieją, że będzie lepiej…



komentarze (19) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 020