Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Mężczyzna rozpoczyna życie rozpustą, przechodzi przez miłość i kończy małżeństwem, kobieta odwrotnie...

niedziela, 27 lutego 2011 15:30

    

      Wkurzają mnie telefony od R. Odkąd przenieśli go do szpitala potrafi dzień w dzień dzwonić po kilka razy, kiedy kończy mu się karta to za batoniki „pożycza minuty” od innych (zresztą zawsze to była jego „mania”, ostatni rachunek jaki zrobił opiewał na ponad 800zł!). Rozmawia z dziećmi – OK, ale o czym on chce rozmawiać ze mną? Mam dość już ciągłych jego „kocham Cię”, dość przedstawianych wizji bycia razem, te telefony powodują, że staję się po nich nerwowa, kłócę się z nim. Ostatnio opowiadał, że uczestniczy w terapii edukującej go w chorobie aby w przyszłości umiał rozpoznawać jej symptomy kiedy by się pojawiały… Dostał na ten temat dużo publikacji i co raz ma z tego kolokwia (?) Mówi, że lekarze wskazali mnie (?!) jako osobę najlepiej nadającą się do wspierania go w wyjściu z choroby... -„Mnie? A co oni o mnie do cholery wiedzą?!” (Ja która doznałam od niego przemocy fizycznej, psychicznej i sexualnej mam go teraz wspierać??!!) ale ponoć to do mnie R ma największe zaufanie, większe niż do swoich rodziców którzy wielokrotnie się od niego odwracali i na których się zawiódł… No to dlaczego nie wskazał w takim razie na jedną ze swoich przyjaciółek, które zawsze go wspierały w trudnym pożyciu z „wariatką”: przecież była taka fajna Mrówka z którą zawsze mógł godzinami gadać i wymieniać się smsami kiedy ja leżałam w łóżku obok, była Iza wielka przyjaciółka od serca, dla której gotów był nawet zostawić samo śpiące dziecko w nocy (gdy ja z drugim z gorączką koczowałam na pogotowiu) by tylko poczuć jak „cudownie miękkie ma usta” a ostatnio Czarna Mamba i Monika, która kiedyś nazwała mnie staruchą i zalecała (bardzo mądrze zresztą ale niestety R nie posłuchał) by jak najszybciej „uciekał od tej psychicznej baby”… Gdzie one teraz są?! Nie, ja na pewno wspierać go nie będę, nie chcę brać w tym udziału, nie potrafię!... i najlepiej by było żeby wszyscy dali mi święty spokój, bo ostatnio kilkakrotnie już słuchałam „dobrych rad” od życzliwych osób, które próbowały mi zasugerować, że może warto by było jednak jeszcze spróbować być razem, bo skoro jego zachowanie faktycznie wywołane było chorobą to zmienia to punkt widzenia, powinnam więc być dla niego wsparciem w chorobie i pewne rzeczy wybaczyć bo porzucanie partnera z tego powodu jest (mówiąc delikatnie) nieładne, niehumanitarne, nie po chrześcijańsku…

Chce mi się na to wyć, chce mi się krzyczeć!!

 

      Parę dni temu odezwał się do mnie D. Dawno z nim nie rozmawiałam, a widziałam się ostatnio rok temu, gdy zrobił mi z siebie prezent na 8 marca… Jakiś czas potem zerwaliśmy „ostatecznie” znajomość (który to już kolejny raz?...) Nie było go parę miesięcy, gdzieś tam pływał po morzach i oceanach, parę dni temu wrócił i sobie o mnie przypomniał, no i oczywiście propozycja „spotkamy się, wypijemy kawę albo dobre winko…” W sumie D to fajny facet (w sumie jakiego ja nie fajnego znam?) ale wiadomo o co mu chodzi, bo w gruncie rzeczy przecież chodzi mu tylko „o jedno” i chociaż przebywanie w jego towarzystwie, słuchanie opowieści czy przekomarzanie się jest przyjemne wiem, że tak naprawdę nic dla niego nie znaczę bo zależy mu nie na mnie tylko „na  jednym” i jak w każdym przypadku odnoszę wrażenie, że jestem brana pod uwagę jako ta z ławki rezerwowych… Dlatego nie mam parcia żeby się z nim spotykać tym bardziej, że aktualnie wcale nie czuję się atrakcyjna - te parę kilo więcej dają mi bardzo dobry argument żeby tego nie robić i chwała im za to, w ten sposób uniknę walenia łbem o ścianę w wyniku wyrzutów sumienia po fakcie, że znowu „to zrobiłam” z kimś dla kogo jestem nikim ważnym w życiu a niestety do tego gościa mam jakąś słabość…

     Jakiś czas temu odprawiłam też z kwitkiem pana M, który zaczepił mnie po półtorarocznym milczeniu - raptem mu się zatęskniło… Na pytanie dlaczego nie chcę się z nim spotkać i czy ostatnio (to był pierwszy i ostatni raz) „nie było  fajnie”? odpowiedziałam wprost, dosadnie i bez ogródek – „facet tak inteligentny jak ty powinien zrozumieć, że skoro się nie odzywam, nie zaczepiam to znak, że mi nie było fajnie i niczego nie chcę powtarzać, gdyby było fajnie to bym z tobą kontakt utrzymywała ale nie chcę bo mnie nie kręcisz i nie jesteś w moim typie”. Przekaz był na tyle prosty, że zrozumiał…

     Zerwałam też wieloletnią znajomość z G... G swego czasu dużo mi pomógł, był takim moim wirtualnym przyjacielem z którym mogłam pogadać o wszystkim, począwszy od problemów rodzinnych, poprzez sexualne fantazje a kończąc na opóźniającym się okresie. G jest żonaty ale jakoś mu się w tym związku nie układa (wszyscy żonaci tak mówią…) chociaż jak twierdzi żyje z żoną w „poprawnych” stosunkach i żyć będzie. Mimo to, co raz ma gdzieś na boku jakąś „koleżankę”. Miał nadzieję, że ja też będę tego typu „przyjaciółką” ale jakoś mnie to nie pociągało (podobnie jak G sam w sobie). G wie o mnie bardzo dużo, zna wiele intymnych szczegółów z mojego życia i chociaż już od dłuższego czasu nasze wirtualna znajomość oziębła niedawno znowu się odezwał i… zaproponował mi żebym stworzyła z nim parę w czworokącie bo jego koleżanka chce zorganizować takie sex party… pomyślał więc sobie, że skoro ja jestem teraz sama i skoro tak się długo już znamy to mogłabym mu towarzyszyć… - No pewnie, bo co to jest dla mnie: wypiąć się temu czy tamtemu w ramach przyjacielskiej przysługi, przecież to tylko zabawa, raz się żyje i należy brać z życia wszystko co ma do zaoferowania, jak się bawić to się bawić!... Doprawdy płytkość myślenia facetów jest dla mnie porażająca… Kiedy zaś mówię, że „nie mam zwyczaju robić ze swojej dupy zabawki” to oczywiście przesadzam i mam staroświeckie poglądy a to, że składają mi tego typu propozycje to wcale nie świadczy, że mają o mnie złe zdanie… Zaproponowałam więc G, że najlepiej będzie jeśli definitywnie zakończymy naszą znajomość i tym sposobem moja lista znajomych uszczupliła się po raz kolejny…

     Tak naprawdę to z tych wszystkich moich kontaktów z facetami taka „najczystsza” (oprócz tych z dawien dawna z okresu nastoletniego) była znajomość z K. K poznałam w pracy ok. 2 lat temu, parę miesięcy po tym jak zamknęli R. Często w przerwach między swoimi zajęciami przychodził do mnie gdy akurat byłam w pracowni i sobie gawędziliśmy.  Ja częstowałam go ciastkami a on dbał aby nie zabrakło mi butelek z wodą w upał, robił herbatę albo przynosił zdobyte w pobliskim sadzie morele...

Z czasem specjalnie wymykałam się z biura do pracowni pod pretekstem poprawienia zleconego zadania – wolałam spędzać czas w jego towarzystwie niż słuchać komentarzy do newsów z życia celebrytów  i oglądanych na allegro kiecek czym zajmowały się panie z którymi dzieliłam pokój. Oczywiście nie umknęło to ich uwadze i zaczęły coś pod naszym adresem psioczyć o czym poinformowała mnie najbliższa koleżanka. W takim babińcu można się zresztą było spodziewać, że prędzej czy później pojawią się plotki… Nie sposób było nie zwrócić uwagi na K: był młody, wysoki, bardzo przystojny a na dodatek często z racji upałów i wykonywanej pracy paradował w koszulce albo i bez wystawiając wraz z innymi kolegami budowlańcami umięśnione klaty i ramiona do słońca – jak mu to raz wygarnęłam – „na pokuszenie”...

 Ale K ujął mnie nie tylko swoim wyglądem, dawno bowiem nie spotkałam tak wrażliwego i miłego chłopaka, wydawał się delikatny i łagodny a jednocześnie miał w sobie pewną zadziorność, siłę a testosteron po nim  spływał… Miałam świadomość, że kiedy trzeba może pokazać pazur i czułam do niego jakiś wewnętrzny respekt co on sam odczytał jako strach przed nim… a może to i był wewnętrzny strach? K znalazł się tutaj na robotach interwencyjnych z ZK, co dla pań z którymi dzieliłam biuro było dodatkowym powodem do plotek. Znały moją sytuację rodzinną, wiedziały że mój mąż jest osadzony, uznały więc, że skoro spędzam czas w towarzystwie K to widać mam słabość do „tego typu” mężczyzn… Suma sumarum chociaż czuć było jakieś iskrzenie znajomość z K była bardzo niewinna i zakończyła się po 2 miesiącach. Skończył mu się wyrok  i mógł wracać w swoje rodzinne strony daleko stąd. Mieliśmy w planach kiedyś wyskoczyć razem na piwo ale nic z tego nie wyszło… nigdy już go nie spotkałam ale wlazł mi w głowę i do tej pory nie chce z niej wyjść, na samo wspomnienie coś mnie ściska w środku… mówił, że będzie tęsknił – ja tęsknię ciągle, chociaż za czym? Właściwie sama nie wiem, przecież nie padły żadne deklaracje, przecież nic się nie stało…



komentarze (8) | dodaj komentarz

Uwaga wścieklizna...

piątek, 25 lutego 2011 2:28



Miejsce - PUP

Petent – ja

Urzędnik – Pani K.

 

P.K. – czy zastanawiała się Pani nad uczestnictwem w jakimś kursie?

Ja – tak ale jestem na KRUS-ie a niestety większość kursów – min. ten, który ostatnio mi Pani poleciła nie jest kierowanych do takich osób jak ja…

P.K. – jest pani na KRUS-ie? A to się świetnie składa, właśnie Fundacja XXX organizuje kursy dla takich osób, proszę tutaj jest adres… i jeszcze może się pani zgłosić do Consultora i jeszcze proszę zadzwonić tutaj – Fundacja z Lublina…

 

    Idę jeszcze do następnego pokoju dowiedzieć się czy mogę się ubiegać o środki na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Pani wręcza mi wniosek – oczywiście mogę się ubiegać chociaż środków Urząd jeszcze nie dostał i nie wiadomo kiedy dostanie wiadomo, że w tym roku będzie ich mniej ale z wnioskiem mogę się już zaznajomić i pomału wypełniać. Jest jednak jeden mały problem a raczej dwa: żyranci i mąż… Jako, że oficjalnie wciąż jestem w związku małżeńskim potrzebuję zgody męża poza tym ciągle mamy niezniesioną wspólnotę majątkową, przed rozpoczęciem działalności dobrze by było ją znieść albo się rozwieść. No cóż moja sprawa rozwodowa ciągnie się już dwa lata i kiedy się skończy nie wiadomo a zakładanie teraz sprawy o podział majątku też chyba nie ma sensu skoro R jz powodu odseparowania nie mógłby brać w niej uczestniczyć tak samo mogłaby się ciągnąć w nieskończoność… Tak, że dupa - myśl o robieniu czegoś na własny rachunek muszę odłożyć …

     Na korytarzu widzę ogłoszenia zachęcające do skorzystania z atrakcyjnych kursów, niestety kierowane są do osób w przedziale wiekowym do lat 25 lub powyżej 45 a to mnie...

     Jadę pod wskazany adres, pytam o szkolenia dla osób ubezpieczonych w KRUS-ie. Owszem są, jak najbardziej jako „osoba wychodząca z rolnictwa” mogłabym wziąć w jakimś udział… o ile mieszkam na terenie wiejskim lub jakiegoś małego miasteczka, tego samego typu oferty ma Consultor… Dla „posiadaczy ziemskich” - czyli osób takich jak ja – mających gdzieś tam przypisany na siebie kawałek pola ale de facto z rolnictwem nie mających oprócz tego nic wspólnego  kursów nie ma. Wkurzyłam się z lekka, dobrze, że mam samochód i nie musiałam drałować taki kawał w mrozie na piechotę ale do cholery czy ta kobieta, która mnie obsługuje w PUP nie widzi jaki mam adres zameldowania? Po ki mnie gdzieś tam wysyła skoro miejsce zamieszkania mnie dyskwalifikuje? Widać jaką w tych kursach mają orientację - doradcy zawodowi od siedmiu boleści!

Poza tym dochodzę do wniosku, że i tak na tych wszystkich kursach najlepiej wychodzą… organizacje prowadzące kursy. Powstają fundacje dające zarobić swoim pracownikom, mają pracę osoby prowadzące szkolenia a uczestnik kursu owszem korzysta bo dostanie przez jakiś czas parę groszy za uczestnictwo, może się też czegoś nauczy ale gwarancji na to, że po skończeniu takiego kursu dostanie pracę i tak nie dostanie… Wniosek: najlepiej więc samemu stworzyć jakąś tego typu fundację i zacząć organizować kursy dla bezrobotnych, powymyślać jakieś ograniczenia wiekowe czy może majątkowe, żeby się za dużo chętnych nie pchało i wio – kasa z Unii będzie leciała… Polska to teraz kraj wielu możliwości… Rubta co chceta… No tak, tylko ja przecież nie mam rozwodu więc sama nic nie mogę, muszę mieć pozwolenie męża… fuck!


     Dzisiaj rano byłam zbyt zaspana, żeby wyeksportować dzieci do instytucji edukacyjnych. Zrobiłam im wolne na co Mała o dziwo zamiast zareagować radością zaczęła głośno i dosadnie protestować ale miałam to gdzieś, chciałam tylko spać. Z tego słodkiego stanu wyrwał mnie gospodarz domu, roznosił właścicielom psów torebki na odchody, fakt przyjęcia pakietu zestawów higienicznych właściciel musiał w imieniu psa potwierdzić swoim podpisem na liście…  To mi przypomniało,  że zalegam ze szczepieniem psa przeciwko wściekliźnie oraz, że… zalegam z zaczepieniem syna przeciwko odrze, śwince i różyczce (a może na odwrót?) Korzystając więc z wolnego dnia zorganizowałam dzień szczepień i o ile z psem nie było żadnych problemów – nie stawiał oporu - o tyle synio kilkakrotnie wymykał się z gabinetu a tuż przed wkłuciem pielęgniarka zmuszona była wezwać posiłki bo sama nie dawałam rady go przytrzymać. Z odsieczą przybyła pani doktor i jeszcze dwie pielęgniarki, w cztery dałyśmy w końcu radę unieruchomić na chwilę Młodego, który najpierw próbował wszystkich zagadać, potem zastraszał pogróżkami a na koniec darł się w niebogłosy, piszczał, dyszał jak wściekły terier i rzucał obelgami… Kiedy było po wszystkim z zaciśniętymi pięściami, warcząc i sapiąc z wściekłości przez zaciśnięte zęby i przez łzy wyrzucił za wychodzącymi paniami :” Zabiję was kurrrrwa!”

Było w nim tyle złości, że aż ciarki przeszły mi po plecach, odniosłam wrażenie, że kiedyś gdyby znalazł się w takim stanie mógłby to zrobić… Niepokoi mnie jego zachowanie, te wybuchy agresji, brak panowania nad sobą, brak respektu w stosunku do osób starszych on nie patrzy czy to rówieśnik czy dorosły, czy to chłopak czy dziewczynka kiedy jest wściekły gotowy jest się rzucić na każdego. Puki co, jestem jeszcze w stanie nad nim zapanować ale z wiekiem będzie mi się coraz bardziej wymykał spod kontroli. Wczoraj np. pobił się z Erykiem. Mały sąsiad przyszedł ubrany w kimono pochwalić się, że chodzi na karate. Zaczął prezentować poznane ciosy i jakoś niechcący (albo chcący) przywalił Natiemu w ramię – zabolało go i przywalił w rewanżu niedoszłemu karaciście. Ten nie był dłużny i mu oddał, wtedy wkurzony już nie na żarty Młody rzucił się na chłopaka, zadrapał mu policzek i zaczął dusić, szarpać… Rozdzielałam ich jak walczące młode koguty, Natiego wypchałam do drugiego pokoju i za karę tam siedział. O dziwo posłuchał, burczał coś pod nosem ale nie szukał na siłę odwetu.

Jutro jestem umówiona ze szkolną psycholog poproszę o prowadzenie z nim terapii bo sama nie daję sobie czasami z nim rady, nie pomagają rozmowy, nie pomagają rozmowy przez telefon z R, nie pomagają rozmowy z dziadkiem ani środki farmaceutyczne. Coś siedzi w tym chłopaku chyba i trzeba to w końcu wyciągnąć, a przede wszystkim trzeba go nauczyć panowania nad sobą.



komentarze (4) | dodaj komentarz

Podrzutek

poniedziałek, 14 lutego 2011 0:23

     Odechciało mi się pisać, jakoś w ogóle nic mi się ostatnio nie chce. Tydzień temu przeszłam z Małą grypę i jedyne co mi się teraz chce to spać, ciągle bym spała… Zresztą i tak w moim życiu nic ciekawego się nie dzieje… Pracy oczywiście nie dostałam perspektyw na inną nie widać, nawet trudno mi się zmobilizować do tych zleceń, które mam. Cężko idzie, opornie bardzo a wystarczyłoby porządnie przysiąść z tydzień i jakaś forsa by wpadła ale nie!! - Ania woli grać w Wiejskie Życie na naszej klasie, woli obsiewać wirtualne pole, karmić krowy, króliki, barany niż skończyć projekt i zarobić prawdziwą kasę! Ot, durne się wciągnęło… Ale nie tylko ja, wszyscy najbliżsi znajomi mają tak samo. Siostra ściga się ze swoim facetem (który rozpoczyna codziennie pracę w swojej firmie od kubka kawy oraz zebrania plonów i obsiania pola) kto pierwszy przejdzie na kolejny poziom. Odbiera od niego smsy o treści: „gdzie się szlajasz, tam pszenica ci dojrzała, krowy wyją…” Nati dzwoni do mojej mamy i mówi: „Babciu jest ciocia? Powiedz, że jej królik jest głodny…” Ostatnio zauważyłam, że nawet moja była pani kierownik wciągnęła sobie Wiejskie Życie na listę gier na nk…

     Ale pomału się za siebie biorę, zaczynam jutro od wizyty u fryzjera bo już na te kudły patrzeć nie mogę. Oczywiście boję się bardzo, zawsze boję się bardziej fryzjera niż dentysty bo nigdy nie mogę mieć pewności co do efektu końcowego. Zakupiłyśmy też sobie z siostrą na Grouponie zniżkowe karnety na indywidualną lekcję wizażu. No i jak tylko dostanę kasę to idę i zapisuję się znowu na siłownię bo strasznie brak mi ruchu…

     Mała w czwartek ma bal – ostatni już bal w przedszkolu. Musiałam więc jej kupić nową suknię balową bo oczywiście jak to prawdziwa kobieta w zeszłorocznej, którą „wszystkie koleżanki zapamiętały” po raz drugi pokazać się nie może! Teraz jeszcze męczy mnie o pantofelki do sukni, bo te które ma nie pasują... Dzisiaj przyszedł do nas Eryk z naprzeciwka, ubrany na czarno, w czarnej pelerynie i z maską trupiej-czaszki na twarzy. Dałam mu do kompletu kościotrupie rękawiczki, które sama zakładam do jazdy samochodem. Mała przebrała się w swoją suknię i razem poszli tak pokazać się rodzicom Eryka. Wróciła zadowolona bo sąsiadka pożyczyła jej na bal sznury pereł i długie kolczyki.

     Mam też mały problem, w sumie mamy z siostrą… Problemem jest suczka, która jakiś tydzień temu przywędrowała w pobliże domu dziadka. Przypuszczamy, że ktoś musiał ją wywieźć i podrzucić. Wałęsała się po ulicy i przyszła na podwórko a dziadka szlag trafił, bo oczywiście zaczęłyśmy z siostrą i mamą ją dokarmiać i pies już coraz częściej czatował przed furtką. Dziadek zaczął się z nami wykłócać, że mu suka niepotrzebna, że wystarczy już mu jeden pies i 3 koty, że dość już ma je karmić i w ogóle najlepiej by było jakbyśmy się tego jednego psa i tych kotów pozbyły, najlepiej wywieźć gdzieś na wieś… Tłumaczymy, że przecież wcale przy nich nie musi chodzić, że jedzenie kupujemy a jemu samemu weselej jak ma coś na podwórku. Chciałyśmy żeby sunia jakiś czas zamieszkała na podwórku, żeby mogła się schronić przed zimnem w stodole, zawiozłyśmy ją nawet i koty do weterynarza na zastrzyk antykoncepcyjny, zaczęłyśmy szukać dla niej domu, dałam ogłoszenie na allegro… Ale dziadek się uparł, jak tylko zobaczył sunię to gonił ją z kijem i codziennie suszył nam za nią głowę. Oczywiście jesteśmy głupie itp. bo żaden z sąsiadów suki na podwórko nie wpuszcza, nie karmi tylko my… Zaczęłyśmy się bać żeby w końcu nie zrobił jej krzywdy zastanawiałyśmy się żeby może zawieść ją do schroniska ale jakoś szkoda… w dodatku wczoraj tak bardzo wiało, zrobiło się strasznie zimno, była zamieć i siostra postanowiła, że zabiera psa na noc do domu. Wykąpałyśmy ją, kupiłyśmy smycz, obrożę ale niestety u rodziców w mieszkaniu są 3 koty i jak tylko zobaczyły w domu psa rzuciły się na niego z pazurami! Nie było mowy aby tam nocowała. Siostra załatwiła więc jej na jedną noc miejsce u koleżanki, na stałe jednak zamieszkać tam również nie będzie mogła. Dlatego dzisiaj nocuje u mnie a potem zgodziła się brać ją do siebie ciocia ale nie możemy jej na stałe obciążać opieką nad sunią bo też ma w domu koty a w dodatku po wypadku ma problemy z chodzeniem. Z kolei u mnie 2 psy i 3 koty (został mi jeszcze jeden kociak do oddania) to też byłoby już nadto. Tak więc intensywnie szukamy domu dla niej a puki co będzie jeździła z siostrą w trasy… no chyba, że jednak dziadka da się udobruchać i zgodzi się ją przygarnąć na swoją posesję, bo jakoś na anonse nikt nie chce odpowiadać.

 

 



komentarze (13) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 031