Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Depresyjnie

wtorek, 09 grudnia 2014 1:28

           W ostatnim czasie zawisło nade mną jakieś fatum a do domu zawitała nieprzyjemna atmosfera. W zasadzie ta zła atmosfera już od dość dawna pojawia się głównie wraz z powrotami do domu R – to on przynosi te złe emocje z pracy a ja miałam czas by do tego przywyknąć. Dopóki go nie ma w domu jest normalnie, cicho, spokojnie… Każdy jest zajęty swoimi sprawami: ja sprzątam, gotuję, dzieciaki się bawią, grają, rozmawiamy sobie, bez problemów odrabiają lekcje… Jednak gdy tylko wraca R od razu zaczyna się krzyk, zamęt i o wszystko pretensje. Dlatego nigdy nie czekam z utęsknieniem na jego powroty i czuję ulgę… gdy znika na noc.

Jakieś dwa tygodnie temu, jednego dnia wieczorem przypałętał się do mnie… pech.

Kilka dni wcześniej czepiłam się zrobić w końcu porządek z podłączeniem dekodera do telewizora w pokoju u dzieciaków. Zmieniłam operatora telewizji i zamówiłam multiroom. Trzeba jednak było podłączyć drugi kabel pod antenę satelitarną, miał to zrobić R ale minął ponad miesiąc a jemu się ciągle nie chciało, w końcu postanowiłam już dłużej go o pomoc nie prosić tylko sama to zrobić… Zakupiłam więc stosowny kabel i złączki oraz przy okazji żarówki, do żyrandola w pokoju dzieciaków, bo też już część się poprzepalała jakiś czas temu a R mimo moich próśb, wciąż miał nie po drodze, by kupić nowe i je powymieniać… Gdy tylko wróciłam do domu od razu zaczęłam wkręcać nowe żarówki. Włączam światło po wkręceniu pierwszej a tu TRACH! Błysk i nie ma światła w całym mieszkaniu! Wywaliło główny bezpiecznik na klatce schodowej ale zaraz uporałam się z tym problemem. R jednak nie omieszkał mnie zjebać, bo wg. niego… kupiłam złe żarówki! - No kurde jak mogą być złe jak zawsze takie kupuję? Nic, z drżeniem w rękach wkręcam następne ale na szczęście problem już się żaden nie pojawia… Zabieram się więc do podłączenia dekodera. Wszystko przebiega OK ale aby podłączyć kabel telewizora muszę do lekko wysunąć do przodu a telewizor jest bardzo ciężki i ogromny, bo to jeszcze taki model sprzed 14 lat z wysuniętym wielkim tyłem i stoi równo z szafką… Przesuwam więc go delikatnie, by się dostać do odpowiedniego gniazda tak, że jeden róg wystaje poza szafkę i nagle telewizor zaczyna mi się zsuwać! Staram się go przytrzymać ale sama nie daję rady i w rezultacie telewizor spada mi na kant a następnie przewraca się na płask kineskopem na podłogę…  R przybiega do pokoju i widząc co się stało wpada w szał! Wrzeszczy na mnie wymachuje nade mną rękoma, wyzywa od debilek, pierdolonych idiotek… Mam nadzieję, że może jednak nic się nie stało ale kiedy włączamy  telewizor okazuje się, że dźwięk brzęczy a na monitorze kontrolnym są jakieś plamy i gdy ostatecznie pojawia się obraz to jest przeniebieskawiony… - Kurwa, odkupujesz telewizor! – wrzeszczy R – Wydałem na niego ponad 3tys a ty rozpierdoliłaś! Po chuj się debilko tego czepiasz! Po co go ruszałaś?! 

No tak, ja mam mu odkupywać telewizor, bo jest uszkodzony ale gdy on rozbił mi samochód (który dostałam od siostry), że się nadawał tylko na złom, to jakoś się nie kwapił go mi odkupywać…

R krzyczy, zemści na mnie na czym świat nie stoi… ja już z tych nerwów nie wytrzymuję i zaczynam płakać, dzieciaki biorą moją stronę i drą się na R… Potem on bierze prysznic, uspakaja się ale mija jakaś godzina, ubiera się i chociaż to już gdzieś godz. 20-ta zarządza, że jedziemy do Media Ekspert, bo akurat jest otwarcie nowego sklepu i promocje…

Ok, jedziemy chociaż nie widzi mi się wydawać ostatnich pieniędzy z karty na nowy telewizor…

       W sklepie, chociaż to już tylko godzina do zamknięcia, gwar i tłumy ludzi. R wpada w oko Soundbar, który wprawdzie przekracza aktualnie moje i jego finansowe możliwości ale dziś jest w promocji i możliwy do zakupu na „gołe” raty jedynie „na dowód”. R wysyła mnie więc w kolejkę do rat, abym się dowiedziała „czy mi dadzą”… Stoję w tej kolejce z godzinę a w końcu gdy już się doczekałam pada pytanie „gdzie pracuję?”, a ja zgodnie z prawdą odpowiadam gdzie „pracuję” i okazuje się, że niestety ale nie posiadając umowy o pracę nie mogę wziąć nic na kredyt… R jest na mnie zły i gdy rozmawiam ze sprzedawcą kopie mnie pod stolikiem w kostkę, bo wg. niego powinnam „coś wymyślić, skłamać, bo przecież tego nikt nie będzie i tak sprawdzać…” Ale skoro ja już się tyle wystałam to mówię, że w takim razie niech on spróbuje… Faktycznie, R skoro ma rentę może wziąć sprzęt na siebie na raty więc bez dłuższego namysłu decyduje się na to a na dokładkę kupuje jeszcze nowy telewizor…           

     Wracamy do domu grubo po 21.00. Podłączam telewizor w pokoju u dzieciaków. Jest wprawdzie mniejszy od poprzedniego ale ma o niebo lepszy obraz, dźwięk i inne parametry niż stary a w dodatku łączy się z internetem i zajmuje o wiele mniej miejsca niż tamta harhara…

R mocuje się z podłączeniem Soundbara. Dzieciaki są podniecone zakupami więc zamiast iść spać chcą zobaczyć jak co działa. Młody próbuje pomóc i podpowiedzieć coś R, bo widzi, że ten sobie nie radzi z podłączeniem a R zaczyna się na niego wściekać. Po chwili już słyszę jak się na Młodego wydziera, padają w jego kierunku wyzwiska! – Idź spać! Spierdalaj! Idź bo ci jebnę! Nie denerwuj mnie! Weź go zabierz, tego gówniarza, bo go zabiję! – Każę R się uspokoić i liczyć ze słowami, chcę też żeby Młody dał sobie spokój i poszedł już spać ale on jest tak podekscytowany i tak bardzo chce zobaczyć jak będzie działał nowy sprzęt… Tłumaczy, że przecież „nic nie robi”… R jednak chodzi cały w nerwach i w końcu znów krzyczy na Młodego – „Jak ja Ciebie nienawidzę!”. Wyzywa go też od debili, nieuków, chce by zszedł mu z oczu… Zabieram Młodego i zamykam się z dziećmi w pokoju. W końcu zasypiają a we mnie w środku coś pęka... Cały czas dźwięczy mi w uszach to „nienawidzę!”…

      Kiedy dzieciaki już śpią biorę swój telefon. Zauważam, że coś się stało z zasięgiem… Sprawdzam – telefon „nie widzi” karty SIM – no tak, znowu karta się przesunęła jak już nie raz bywało… Próbuję więc ją wyciągnąć tak jak to robił kiedyś mój ojciec za pomocą małej blaszki ale tym razem blaszka o coś zahaczyła, przyblokowała i nie chce wyjść! Boże czy ten pech mnie dziś w końcu opuści?! R widząc, że się mocuję z telefonem znów się drze, że po cholerę znowu się czegoś czepiam?! Owszem pomaga mi i wyjmuje jakoś tę blaszkę i kartę ale przy okazji coś się tam uszkadza i telefon już wcale „nie widzi” żadnej karty! Przy okazji jednak odkrywam, że mój problem z telefonem i kartą wynikał z tego, iż w punkcie obsługi klienta, gdy dwa lata temu brałam sobie telefon, obsługująca mnie pani, nie wiem czemu, do wejścia na zwykłą kartę założyła mi… kartę micro, w dodatku bez adaptera! Wiedziałam , że mam kartę micro ale nie wiedziałam, że jest ona założona w wejściu na zwykłą kartę, stąd karta ta „miała prawo” się tam przesuwać i aby tak się nie działo należało ją umocować w adapterze! Najlepsze jeszcze, że gdy kiedyś karta mi się przesunęła i nie mogąc jej wyjąć poszłam z tym problemem do punktu, to również wtedy nikt mnie nie powiadomił, że mam założoną w telefonie niewłaściwą kartę!  No nic, suma summarum telefon musiałam oddać do naprawy a to kolejny wydatek…

     Dwa dni później, gdy Młody wrócił ze szkoły od jego koleżanki dowiedziałam się, że… pobił w szkole kolegę i to już nie pierwszy raz. W związku z tym po weekendzie jestem wezwana na rozmowę z wychowawczynią, psycholog i szkolną pedagog. Cały czas się zastanawiam, czy to, że Młody znalazł sobie w klasie nową ofiarę nie ma związku z tym, że z kolei jemu dokuczają uczniowie ze starszej klasy i z ogólną sytuacją jaka panuje między nim a R a szczególnie czy ten ostatni atak agresji w stosunku do kolegi nie jest wynikiem rozładowania emocji po starciu Młodego z ojcem dzień wcześniej? Młody również nie potrafi odpowiedzieć na pytanie „dlaczego to robi”, nie ma bowiem żadnych logicznych powodów by nie lubić tego chłopaka. On go „drażni” tylko dlatego, że jest, że czasami popatrzy w jego kierunku, odezwie się do niego… Tłumaczy, że „nie może się powstrzymać” i „to silniejsze od niego”… Nie wiem jak ja mam już z Młodym rozmawiać, na tyle na ile już jemu tłumaczę, staram się wpajać empatię powinien już zrozumieć, że takie zachowanie jest niedopuszczalne! A tutaj co roku sytuacja się powtarza tylko „ofiary” się zmieniają: najpierw był Kuba, potem Konrad teraz Kacper…

Pani psycholog i pedagog oczywiście karzą znów mi go gdzieś diagnozować… Oczywiście nie na miejscu, bo w naszym mieście wg. nich nie ma dobrych psychiatrów… A ja mam już dość, bo nie widzę w tym diagnozowaniu żadnego sensu! Co niby i komu to w czymś ma pomóc? Bo dla nich „Nati to zagadka”? Dla mnie nie jest to „zagadka”, znam rozwiązanie problemu tylko jak niby JA SAMA mam go rozwiązać?

Ostatecznie stanęło na tym, że Młody musiał podpisać oświadczenie, że taka sytuacja już się nie powtórzy. Przypomniano mu również, że za miesiąc kończy już 13 lat i od tej pory w przypadku takiego typu działań z jego strony w stosunku do kolegów, rodzice danego dziecka będą mogli już zawiadomić policję, sprawa jego zachowania trafi na wokandę Sądu dla Nieletnich i Młody dostanie kuratora…

          Wydawało się, że wszystko zrozumiał i coś do niego w końcu dotarło ale tydzień temu podczas wywiadówki szkolnej pytam wychowawczynię czy Młody już nie sprawia problemów a tu się okazuje, że znowu na przerwie dusił tego kolegę! Przy okazji nasłuchałam się jeszcze żalów od mamy tego chłopca. W sumie wcale się jej nie dziwię, też bym była rozżalona gdyby mojemu dziecku w szkole działa się krzywda i też bym przecież miała pretensję do rodziców „prześladowcy”, że go nie tak wychowują. Było mi przede wszystkim wstyd za moje dziecko, bo przecież ja go nie takiego zachowania uczę, wpajam mu zupełnie inne wartości! Wychowawczyni oznajmiła mi też, że w związku z tym, że Młody nie dotrzymał umowy i nic sobie nie robi z napomnień i obietnic poprawy nie pojedzie za karę na wycieczkę do Warszawy, która miała się odbyć następnego dnia i, że ustaliły tak wspólnie z panią pedagog… Był to dla mnie szok, bo Młody cieszył się, że pojedzie na tą wycieczkę i nie mógł się jej doczekać szczególnie ze względu na to, iż mieli być na planie filmowym „Miasta 44” – filmie na którym byłam wspólnie z dzieciakami i który im również bardzo się podobał. Poza tym wieczorem mieli iść na „Metro” do teatru Buffo więc wiedziałam, że wycieczka będzie dla niego bardzo miłym wspomnieniem…

Potem w związku z zachowaniem Młodego zostałam jeszcze poproszona na spotkanie z pedagog i panią dyrektor. Znowu prawie godzinę debatowaliśmy „co robić z moim dzieckiem". Wg. mnie dobrym wyjściem dla wszystkich byłoby w tym przypadku zastosowanie w stosunku do niego indywidualnego nauczania. W sumie od lat jesteśmy zgodni z nauczycielami i panią edukator, że takie nauczanie dobrze by mu zrobiło ze względu na problemy z koncentracją w czasie lekcji więc skoro teraz wg. pani pedagog i wychowawczyni Młody stanowi na dodatek aż takie zagrożenie dla bezpieczeństwa innych uczniów to jak najbardziej powinien być takim nauczaniem objęty! Zażądałam więc  żeby panie napisały mi stosowną opinię na jego temat  w której opiszą jego zachowanie bym, miała z czym pójść do psychiatry. Mam w sumie gdzieś ponowne diagnozowanie dzieciaka ale jeśli to opinia miałaby być pomocna w wydaniu odpowiedniej opinii przez psychiatrę i uzyskania dla Młodego orzeczenia  o potrzebie indywidualnego nauczania byłoby to z korzyścią i dla mnie i dla nauczycieli i przede wszystkim dla niego, bo przynajmniej łatwiej by mu wiedza wlazła do łba i czas spędzony w szkole nie byłby czasem zmarnowanym! Sama bowiem widzę, że gdy ja z nim pracuję to jest w stanie się czegoś nauczyć, zrozumieć temat lekcji, zapamiętać. W wakacje miał poprawkę z matematyki. Przez cały rok chodząc do szkoły nie był w stanie się nauczyć tego czego się nauczył ze mną w przeciągu niespełna półtora miesiąca! Teraz pani od matematyki nie może mu się nadziwić, jest aktywny na lekcji, samodzielnie rozwiązuje zadania, na semestr jest w stanie wyciągnąć czwórkę!

Tak samo mogłoby być z innymi przedmiotami na których teraz się „nudzi” i zamiast pracować, robi dziury w zeszycie a potem ja muszę w domu odwalać pracę za nauczycieli by nadrabiać zaległości…

                Z wywiadówki wróciłam oczywiście wściekła a Młody, czy ta kara zrobiła na nim jakieś szczególne wrażenie? Na wieść o tym, że nie jedzie powiedział: "zabiję Kacpra”… Znowu musiałam się mu natłumaczyć, że Kacper tutaj nic nie jest winien, że to jest kara za jego złe zachowanie a nie Kacpra! Kacper poza tym nawet się na niego nie poskarżył, to inne dzieci z klasy doniosły na Młodego do wychowawczyni! Kacper wręcz próbował wstawiać się za Młodym tłumacząc, że Nati „to nie jest zły człowiek” a kara jest zbyt surowa, decyzja jednak zależała od zdania pani pedagog… Poza tym wychowawczyni może jeszcze by się i zgodził na wyjazd Młodego ale gdyby jechała z nim Młoda (która zawsze do tej pory z nim jeździła jako „opiekunka” – tzn. raczej on miał za zadanie się nią opiekować i wtedy pani miała już jego z głowy) ale, że tym razem nie jechała (niestety nie stać mnie było na opłacenie jej wyjazdu a R chciał się dołożyć) to pani wolała nie ryzykować tym, że Młody zacznie znowu stwarzać jakieś problemy, kiedy ona nie będzie w stanie mieć kontroli nad całą grupą.

W końcu Młody orzekł, że w zasadzie to i lepiej, że nie jedzie, bo jeśli autokar będzie miał wypadek to… tylko on przeżyje. Nie wiem więc zupełnie czy ta kara w jakimś stopniu będzie miała skutek wychowawczy, czy Młody wyciągnie z niej jakieś wnioski i zmieni swoje zachowanie? Czas pokaże, bo na razie nic na to nie wskazuje…

                Całe to zamieszanie nie wpłynęło też dobrze na moje stosunki z R, który oczywiście mnie obwinia za całą tę sytuację… Bo wg. niego to wina „mojego braku konsekwencji” i tego, że nie pozwalam na wprowadzenie jego metod wychowawczych, które miałyby polegać... na laniu! Gdy nie pozwalam mu się wydzierać na dzieciaki i ich bić to wg. niego podważam jego autorytet…

Oczywiście sam nie widzi, że jego zachowanie negatywnie wpływa na atmosferę w domu i może się też odbijać na agresywnym zachowaniu dzieciaków w stosunku do siebie, kolegów a także do niego...

       Wszystko to co się dzieje nie sprzyja też temu abym ja pałała jakimś entuzjazmem na jego widok gdy wraca ze swojej pracy, gdy mam świadomość tego, że koniec spokoju bo „teraz się zacznie”… Nie mam o czym z nim rozmawiać – jego nie interesuje co ja robiłam (zresztą wie lepiej, że „nic”) a mnie to jak jemu minął dzień (wiem i tak, że znowu, jak zwykle „się matka, ta wariatka wściekała”…) nic więc dziwnego, że w końcu pewnego dnia od niego usłyszałam, iż „ma dość mojej wiecznie skwaszonej miny, że mnie tak bardzo nienawidzi, że aż mu się chce rzygać na mój widok”… Nie chce już ze mną być, ma dość, chce się rozwieść, zapłaci mi wtedy czyste alimenty i zobaczę jak to będzie bez niego, przylizę do niego jeszcze na kolanach…

- Więc się rozwódź, zrób doświadczenie…  – odpowiadam - Co ci stoi na przeszkodzie? Składaj pozew jeśli to Ciebie uszczęśliwi, bo ja już więcej szopek z rozwodem robić nie będę… Po co w ogóle wracasz skoro nie możesz na mnie patrzeć? Nikt Ciebie do powrotów nie zmusza… Chyba, że pastwienie się nade mną sprawia ci przyjemność…

 

                Ostatnio zaczął mi doskwierać żołądek, czasami zaskakują dziwne widoki przed oczami… Faktycznie mniej się już uśmiecham… Odechciało mi się biegać… Uciekam w rutynę: dom, dziadek, dzieci, moje „badania” w nocy, które owszem dają mi radość ale przez które rano wstać nie mogę… Dni tak szybko uciekają… I marzy mi się ciągle, roi w głowie, że kiedyś zabiorę dzieci i się stąd wyprowadzę, do nowego dużego mieszkania i będę miała własną pracę, która dawać mi będzie satysfakcję… Tylko czy to marzenie kiedyś mi się spełni?



komentarze (20) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 986  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260986
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni