Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Jak się nie wie czego się chce, to się ma czego się nie chce…

wtorek, 31 grudnia 2013 0:36

Pamiętam jak kiedyś dłużyła mi się jesień, zima, jak ogarniała mnie nuda i popadałam w depresję z powodu długich ciemnych wieczorów, jak nie mogłam się doczekać świąt, przesilenia zimowego i chwili gdy dzień znowu zacznie się pomału wydłużać… Od jakiejś dekady czas mi przelatuje między palcami. Nie nadążam, nie czuję tej atmosfery… Ja tutaj jeszcze „żyję latem” a tymczasem za oknem (wiadomość z ostatniej chwili) ktoś odpala (próbne?) fajerwerki przed Sylwestrem (swoją drogą, co za debil odpala o tej porze fajerwerki i straszy mi psa?!).  Jeszcze tylko „szalona noc” i kolejny świąteczny okres, a z nim kolejny rok przejdzie do historii…

Co się przez ten rok u mnie wydarzyło, co warte byłoby zapamiętania? NIC… Robię analizę i widzę, że nic się nie zmieniło ani na plus ani na minus. Nie dokonałam w tym roku jakichś „wielkich czynów” ale też nie robiłam sobie na ten rok jakichś szczególnych postanowień więc dlatego jestem w takim miejscu w jakim jestem i nie mogę mieć w związku z takim stanem rzeczy do nikogo pretensji, bo przecież „Jak się nie wie czego się chce, to się ma czego się nie chce…” (cytując Czucka Palahniuka i „Podziemny krąg”). Jednakże nawet samo „chcenie” i intensywne myślenie o tym, „jak bardzo się chce” nic nie pomoże jeślinie ma w tym kierunku żadnych konkretnych działań. Ja np. co roku sobie powtarzam, że „chciałabym w tym roku „schuść” ale widział ktoś grubasa, który by schudł wyłącznie poprzez wizualizowanie sobie jak chudnie? Nie ma takich cudów. Więc ja również, niby chciałabym coś w sobie, w swoim życiu zmienić ale ciągle się łapię na tym, że wciąż tylko na planach i pomysłach poprzestaję a nic konkretnego w tym kierunku nie robię… A czas leci i ucieka mi przez palce i nagle „budzę się”, że tu i ówdzie „mam to czego nie chcę”…

Z drugiej strony może też winę za ten marazm w moim życiu ponosi inna „złota myśl”, której się poddałam od pewnego czasu - „Im bardziej masz wyjebane, tym bardziej jesteś szczęśliwy” …

Fakt, osiągnęłam w swoim życiu jakiś stopień stabilizacji. Pogodziłam się ze swoim losem, znalazłam plusy takiego życia jakie prowadzę i staram się na tych plusach skupiać ale czy to nie przypomina zakładania sobie „klapek na oczy”, czy sama siebie w ten sposób nie oszukuję, że szukając własnej wygody czuję się bardziej szczęśliwa? Fakt jednak drugi i niezaprzeczalny że, im bardziej się nad tym zastanawiam tym mniej szczęśliwa się czuję… Więc nie mam innego wyjścia jak jednak przestać się zastanawiać i prowadzić ciągłe walki z samą sobą i tym co mnie wkurza lecz nadal iść przez życie z prądem i cieszyć się spokojem ducha… Chociaż czasami nawet mi, przy moim „olewaniu wszystkiego”, ten spokój ducha coraz trudniej utrzymać.

W sobotę np. już nie wytrzymałam i po dłuższej przerwie znów doszło pomiędzy mną a R do awantury i to na tyle dużej, że „udało mi się” wystraszyć Młodą… Jak już wcześniej kilka razy wspominałam R od pewnego czasu ciągle jest poddenerwowany. Wraca po całym dniu w sklepie do domu i przynosi złe emocje. Często jest drażliwy, byle co wyprowadza go z równowagi, podnosi głos od progu po wejściu do domu i rozstawia dzieciaki „po kątach”. Wszystko mu przeszkadza; to nie posprzątane, to nie ugotowane, to dzieciaki za głośno się bawią lub oglądają telewizję nie dając mu odpocząć,  to Młody za długo gra lub źle się do niego odezwał i oczywiście zamiast sam odpowiednio w stosunku do niego zareagować, „mi się skarży” żebym to ja coś z tym zrobiła… I oczywiście co raz mi się obrywa za złe zachowanie dzieciaków w stosunku do niego lub ich szkolne porażki, bo to JA ich źle wychowuję… Kiedy już muszę do niego zadzwonić gdy jest w pracy, to coraz częściej się zwyczajnie boję, bo za każdym razem muszę się liczyć z tym, że się na mnie wydrze: „CZEGO CHCESZ, NIE MOGĘ ROZMAWIAĆ MAM KOLEJKĘ!!”.

Owszem, rozumiem, że może być przemęczony i przychodząc do domu nie ma na nic siły i chciałby odpocząć, ale nie tłumaczy to tego, że musi się na wszystkich wokół drzeć! To, że jest zmęczony  lub „ma akurat kolejkę” gdy dzwonię nie usprawiedliwia jego chamskiego tonu (ostatnio nie omieszkał też w ten sposób opieprzyć moją mamę gdy do niego zadzwoniła w nieodpowiedniej chwili) ani tego, że wszyscy mają schodzić mu z drogi. Próbowałam z nim o tym rozmawiać lecz on zwalał winę za swoje zachowanie na przemęczenie i atmosferę w sklepie: a bo wszystko jest na jego głowie, wszyscy tylko patrzą jak by tu ze sklepu „uciec”, matka zamiast pomóc to siedzi po całych dniach w szpitalu przy dziadku (jej ojciec bardzo podupadł na zdrowiu i tuż przed świętami trafił do szpitala w ciężkim stanie, więc to chyba normalne, że chce przy nim w takiej chwili być ale wg. R „nic tam po niej” tylko, że jaki z niej z kolei pożytek w sklepie, gdy myślami ciągle byłaby przy ojcu - R jakoś tego nie potrafi zrozumieć), ojciec też wszystko robi nie tak a siostra nie chce nic pomagać tylko towar do domu za darmo bierze i nawet nie można jej zwrócić uwagi…

Z racji przedświątecznego „młyna” w sklepie  zgodziłam się kilka razy pojechać (jak i wcześniej) z R i im pomóc w handlu. No i z tego co zobaczyłam i posłuchałam to mogę powiedzieć, że w tym co R opowiadał jest dużo przesady, bo tak naprawdę to tą złą atmosferę on sam wprowadza. Jak zauważyłam to nie kto inny lecz on sam wszystkich tam chce rozstawiać i wszystkim dyrygować. Co raz zwraca ojcu uwagę, że nie tak obsługuje klientów, nie tak się zachowuje… Szlag go trafia jak ktoś nic nie robi więc zaraz dyktuje co trzeba jeszcze zrobić, byleby każdy był ciągle w ruchu…  Ojca też już drażni to jego zachowanie i zaczynają się w końcu kłócić ale zamiast szybko skończyć te niepotrzebne dyskusje R drąży temat, bo jego musi być zawsze na wierzchu… W zasadzie nie dziwię się też jego siostrze, że miga się od stania w sklepie, bo gdy się tylko w nim pokaże R zaczyna ją ustawiać i wypominać jej wcześniejszą nieobecność, ona zaś nie pozostaje dłużna i zaczynają się kłócić, aż ojciec zaczyna się drzeć na nich oboje. W dodatku matka R też jest dość nerwowa, a że ogólnie oni nie potrafią między sobą normalnie rozmawiać, to gdy teściowa prosi R np. o wyjaśnienia względem płatności za jakieś faktury to R, zamiast jej spokojnie odpowiedzieć, zaraz się unosi i od słowa do słowa kłótnia gotowa…  Kiedy zaś nie ma go w sklepie nagle robi się cicho i spokojnie. Mówiłam R o swoich spostrzeżeniach ale on nic sobie z tego nie robi, nie widzi swojej winy. Sam teść już  mnie nawet pytał czy R bierze lekarstwa, bo ostatnio trudno z nim wytrzymać, więc nie mogę powiedzieć, że się czepiam, bo nie tylko ja zauważyłam w nim zmianę na gorsze.

Wracając więc do zeszłej soboty miarka w końcu się przebrała. R jak zwykle wparował z hukiem do mieszkania z pudłem zakupów, które niósł przed sobą, krzycząc z miejsca do Młodego, by zamknął za nim drzwi… Poszłam do kuchni i zaczęłam segregować sprawunki. Nagle R zaczął się śmiać, że małemu kotu coś odbija, bo się skulił w kącie w przedpokoju i "zamarł ze strachu w dziwnej pozycji"… Wyjrzałam do przedpokoju zobaczyć cóż takiego niesamowitego robi kot i okazało się, że oto nie wiadomo dlaczego, ale kot w tym miejscu przymierza się do załatwiania! Złapałam więc go za łeb i jednym szybkim ruchem przerzuciłam z przedpokoju do łazienki, do kuwety. Niestety okazało się, że jeden balasek był już w "fazie świstaka" i zdążył się wymknąć w trakcie przenoszenia lądując przed stopą R… Sięgnęłam po papier i usunęłam gówienko a następnie przetarłam to miejsce szmatą. R, którego do tej pory bawiła cała sytuacja nagle zaczął wrzeszczeć:

- Wypier@lę tego pierd@#go kota! Wlazłem w gówno!

- Jak wlazłeś, jak przecież sprzątnęłam?! To sam mnie wolałeś, że spadło a potem w to specjalnie właziłeś?

- Bo na skarpetę mi spadło!

- To zdejmij skarpety i weź drugie…

R nie dawał za wygraną i dalej bluzgał na kota. – Masz go jutro wywieźć do dziadka albo niech Alice z powrotem zabiera tego pchlarza! Nie chcę go tutaj albo go wypier@#lę! Nie będzie mi tu łazić i srać…

- Przestań się wydzierać i się uspokój a jak ci się nie podoba to wcale nie musisz tutaj wracać!

R jednak nie zamierzał się zamknąć i dalej nadawał!

- ZAMKNIJ SIĘ JUŻ ALBO WYPIER@AJ Z TEGO DOMU! – nerwy już mi puściły. – MOŻESZ ZABRAĆ SOBIE TE ZAKUPY I WRACAJ SKĄD PRZYJECHAŁEŚ A JAK CHCESZ TUTAJ BYĆ TO WYJDŹ I WEJDŹ NORMALNIE DO DOMU A NIE OD PROGU SIĘ WYDZIERASZ I O BYLE PIERDOŁĘ CZEPIASZ!

R nadal jednak chciał przedstawiać swoje racje chociaż nie miałam ochoty go słuchać. Wyszłam więc do pokoju, bo miałam dość słownych przepychanek… R przyszedł za mną i dalej nadawał swoje jak katarynka…

- ZAMKNIJ SIĘ W KOŃCU! – nie wytrzymałam i rzuciłam z wielką siłą w jego kierunku płytami które akurat miałam chować do szuflady i wyszłam znowu do kuchni aby skończyć wykładanie zakupów i pomyć naczynia…

W tym czasie wystraszona Młoda zadzwoniła „na pomoc” do babci i za chwilę woła mnie do telefonu… Nie miałam jednak ochoty jeszcze wdawać się w dyskusje z matką więc się rozłączyłam i wróciłam do kuchni… R idzie za mną, siada na kanapie i dalej gęba mu się nie zamyka a ja jestem tak na niego wkurzona, że dalej drę się na niego, by w końcu się zamknął, bo nie mam zamiaru już go dłużej słuchać, aż w końcu rzucam w niego… widelcem! Jestem tak na niego wściekła i tak go nienawidzę, że normalnie mogłabym go udusić... Z pomocą przychodzi Młody i przynosi mi… słuchawki podłączone do smartfona. Zakładam słuchawki, włączam sobie muzykę i to pozwala mi zagłuszyć paplaninę R i w końcu się uspokoić.

Na wieczór mieliśmy zaplanowane wspólne wyjście na przedstawienie teatralne „Opowieść wigilijna”. Po tej całej awanturze nie mam jednak ochoty na żadne wyjście w towarzystwie R. Nie chce mi się na niego patrzeć ani z nim gadać. Marzy mi się tylko żeby jakimś cudem wynieść się kiedyś od niego… Kiedy zapada już w końcu cisza i emocje opadają daję upust łzom… Do dupy takie życie, cóż mi po pięknie urządzonym domu, nowych roletach w oknach, po jego gwiazdkowych prezentach i „kocham cię” wypowiadanych po 100 x na dzień, które bardziej mnie drażnią niż wprawiają w euforię... Cóż po tym wszystkim gdy ja sama jestem przy nim jak beczka dynamitu i wystarczy jedna mała iskra, by zburzyć cały mój spokój i chęć do życia… Na dłuższą metę żyjąc w ten sposób można samemu zwariować…

Ostatecznie jednak kiedy przyjeżdża po nas siostra z mamą, zbieram dzieciaki i jedziemy razem na przedstawienie a R zostaje sam w domu. Spektakl bardzo mi się podoba, udaje mi się odprężyć i cała złość mija. Potem jedziemy sobie jeszcze pod szopkę i spacerujemy po deptaku podziwiając świąteczne iluminacje a kiedy już doskwiera nam zimno wracamy do domu. Nie mam jednak ochoty na rozmowy z R ani na żadne z nim poufałości. Mam focha i na samą myśl, że następnego dnia mam z nim jechać do sklepu mnie wykręca. Chętnie bym się od tego jakoś wymigała ale, że kusi mnie  zapłata i osobiście obiecałam teściowej, że przyjadę i pomogę robić remanent, słowa muszę dotrzymać…

Na drugi dzień, w sklepie R jednak zachowuje się jakby nigdy nic się nie stało, znów się przymila, normalnie ze mną rozmawia, zgodnie razem współpracujemy i pomału lody między nami zostają przełamane.

Wszystko wraca do normy a w domu znów gości spokój…  A może tylko mi się tak wydaje?

Teraz widzę, że jestem jak ten Scrooge z „Opowieści wigilijnej” - pojmuję beznadziejność takiego trybu życia ale w przeciwieństwie do niego, mimo to nic z tym nie robię… Nie robię, chociaż chciałabym coś zmienić… Jednak kolejny rok mija a nic nie robię - nic się nie zmienia, bo tak mi wygodnie…

 

 



komentarze (27) | dodaj komentarz

Afera

sobota, 07 grudnia 2013 0:28

 

       Wczoraj Młoda po odejściu od komputera nie wylogowała się z facebooka. Kiedy poszła już do szkoły i zajęłam jej miejsce żeby jak zwykle z rana przeglądnąć newsy nie omieszkałam skorzystać z okazji… i prześledzić jej prywatne rozmowy z „przyjaciółmi”. No i się wkurzyłam! Wkurzyłam i zszokowałam z lekka, bo rozmowy okazały się baaardzo ciekawe… Pierwsza sprawa, to ich forma. Dzieciaki są wobec siebie czasami bardzo niemiłe. Podpatrzyłam już co nieco jak między sobą rozmawiają gimnazjaliści, na przykładzie komentarzy wypisywanych na profilach moich siostrzeńców – to, że lecą u nich ciągle @urwy i wyzwiska (czasami wcale nie ma to na celu obrażanie siebie nawzajem, po prostu to ich taki styl rozmowy) to już norma ale żeby dziewięcioletni chłopczyk pisał do koleżanki „ty @urwo” i „sp@#%aj” to już stanowczo przesada. Mało tego, okazało się również, że do niektórych znajomych z profilu Młodej były powysyłane bardzo obraźliwe i wulgarne wiadomości, w dodatku jedną z tych znajomych była córka przyjaciela R, już prawie dorosła dziewczyna, którą Młoda poznała przy okazji gdy rok temu przyjechała do nas z ojcem. A, że z córci jest wielka „przylepa” i „miła ciocia” bardzo jej się spodobała, zaprosiła ją do grona znajomych na fb i od czasu do czasu do niej pisała. Kiedy więc zobaczyłam obraźliwe teksty jakie „moja córka” wysłała do cioci (po czym ciocia ją zbanowała) szlag mnie trafił… Z tym, że nie z powodu wybryków córci, bo wiadomości były wysyłane prawie rok temu i to w czasie, kiedy razem z dziećmi byłam akurat w Warszawie – więc Młoda ma alibi, że to NIE ONA PISAŁA! Ktoś ze znajomych znając jej hasło wszedł wówczas na jej profil. W tamtych dniach, gdy wróciliśmy z podroży odkryłam z zaskoczeniem, że pod zdjęciami i zamieszczonymi postami przez jej koleżanki (niektóre też mam w znajomych) widnieją pisane niby przez nią obraźliwe komentarze, co wzbudziło w odwetowych komentarzach wrogość innych koleżanek wobec mojej córki. Jak jednak ona mogła to pisać skoro wtedy nie miała dostępu do komputera? Młoda szybko zaczęła wszystko prostować, przepraszać za te wpisy i tłumaczyć, że to nie ona… Wzięłam Młodą w obroty i przyznała się, że wymieniły się hasłami do fb z przyjaciółką ale mógł je znać również jeden kolega, bo aby nie zapomnieć miała je zapisane w zeszycie i kiedyś podglądnął ale, że teksty padały pod adresem koleżanki z którą obie dziewczyny się przyjaźniły padło, że to na pewno ta dziewczynka podszyła się pod Młodą, bo chciała ją skłócić z tą drugą… Zdenerwowałam się wtedy i zażądałam, by Młoda w ogóle zlikwidowała konto na facebooku. Przecież zgodnie z regulaminem trzeba mieć 13 lat aby móc sie na nim zarejestrować a tu gówniarze się powycwaniali, pozmieniali sobie daty urodzin i „szaleją”, bo „jak nie ma Ciebie na facebooku to nie istniejesz”. Jak sobie chcą to niech siedzą na Naszej Klasie i grają w gierki, ale nie, nk jest przecież dla „dzieci” i już passe, teraz wszyscy uciekają na facebooka… Ostatecznie Młoda wybłagała mnie o zachowanie konta. Kazałam jej zmienić hasło i nigdy nikomu nie udostępniać. Powywalałyśmy fikcyjne konta ze znajomych, zabezpieczyłam jej profil przed „obcymi” i nakazałam przyjmowanie zaproszeń wyłącznie od najbliższych, znanych jej osobiście osób.  

Cała sprawa z czasem ucichła Młoda pogodziła się z po obrażanymi koleżankami a ja staram się mieć pod kontrolą jej aktywność na portalu ale dopiero wczoraj zrobiłam odkrycie, czytając jej rozmowy na czacie, że wtedy, gdy miała miejsce ta afera, „ten ktoś” nie tylko w paskudny sposób pisał komentarze ale również kilka osób zaczepił na czacie – wtedy tych wszystkich rozmów nie przeglądałam! Najbardziej było mi wstyd za wiadomość wysłaną do córki znajomego – Boże, co oni sobie o nas pomyśleli?! Ale, że ta dziewczyna nie zareagowała i nas o tym nie powiadomiła (ja nie mam jej u siebie w znajomych) wydało się mi dziwne. Powiadomiłam o  moim odkryciu R… R przyznał, że kiedyś miał od niej telefon - myślała, że to jemu coś wali na głowę i pisze w ten sposób do niej podszywając się pod Młodą, bo nie podejrzewała, że takie teksty mogą pochodzić od dziecka a R zupełnie nie z kolei nie wiedział o co jej chodzi… Inna z kolei osoba z jego rodziny, prawiła mu raz wyrzuty „jak wychowujemy dziecko” a on też nie rozumiał o co się go czepiają… Teraz wyszło na jaw „o co” wtedy chodziło i R się wkurzył, a że jest w „gorącej wodzie kąpany”, pomimo tego, że wszystko wydarzyło się dawno temu od razu złapał za telefon i zadzwonił z pretensjami do matki koleżanki Młodej (bo wtedy padło na nią podejrzenie)…  - Po co dzwonisz i robisz zamęt jak nie masz dowodów, że to była ona. Poza tym sprawa „sprzed wieków” a ty zachowujesz się jakby to było wczoraj. Wtedy było interweniować, teraz to już popij wodą. Chcesz żeby sąsiadka karała córkę za coś co przez swoją głupotę zrobiła prawie rok temu? Przecież to już się nie powtórzyło. Teraz to ty powinieneś podzwonić po znajomych i wszystko wyjaśnić, bo może dalej myślą, że Młoda jest taka chamska…- byłam zła na R, że tak pochopnie reaguje.

Za chwilę jednak sąsiadka oddzwoniła, R mówił tak chaotycznie, że mało co zrozumiała. Musiałam od początku tłumaczyć o co chodzi. Wieczorem znów zadzwoniła, według „zeznań” jej córki, to nie ona podszywała się wtedy pod Młodą ale… kolega z klasy, który w innej korespondencji używał wulgaryzmów pod adresem Młodej! Jaszcze raz prześledziłam wszystkie jej konwersacje na fejsie. Faktycznie, styl bardzo podobny i w tamtych rozmowach i tych świeżych z jego kontado Młodej. Podpytałam jak ten chłopak wobec niej w ogóle zachowuje się  w szkole. Przyznała, że jej dokucza, przezywa, kopie, popycha. Koleżankę też bije ale tamta się broni i go szczypie, poza tym przed tamtą czuje respekt, bo jak dziewczyny czasami się pokłócą to chłopak zawsze obiera stronę tamtej (może dlatego, że ich rodziny się znają, więc mają trochę inne ze sobą układy). Dziwi mnie to, że Młoda nigdy się nie skarżyła, kazałam jej zawsze takie rzeczy zgłaszać zarówno do pani w szkole jak i do nas. R postanowił też, że nie omieszka się przejść i porozmawiać z rodzicami chłopaka. Szkoda, że o wszystkim wcześniej nie wiedziałam, akurat w środę była wywiadówka więc mogłam porozmawiać z wychowawczynią chociaż ich pani za każdym razem i tak prosi rodziców o interwencję, bo sobie nie radzi z dyscyplinowaniem chłopców w klasie (którzy stanowią większość) ale marny skutek te apele odnoszą…

 

                Dziś z kolei R opisał jaką miał przygodę… Opowiadał, że już późno po południu zobaczył przed sklepem dziwnie zachowującą się staruszkę. Niby to zaglądała przez szybę, podchodziła parę kroków w jedną to w drugą stronę i wracała więc coś go tknęło i wyszedł do niej.

 Szuka pani kogoś?

- Gdzie jest droga na H… - pyta babcia

- To kawał drogi… Pani wejdzie do sklepu i poczeka, zaraz mnie zmienią to panią zawiozę, gdzie będzie pani sama iść w taką zawieję – widząc, że kobieta jest już zziębnięta a zaraz zacznie się pomału ściemniać R zabiera ją do środka…

Niedługo przyjeżdża jego ojciec  i już sam wiezie ją do H... Kobieta mówi, że chce odwiedzić swoją córkę, wizie jakieś prezenty w reklamówkach, jednak nie potrafi dokładnie podać adresu córki ale mówi, że wie który to dom… Teść wiezie więc babuleńkę przez wioskę ale ta nie potrafi wskazać „tego domu”. To mówi, że koło figury, to znowu gdzieś indziej… Już przez trzy wioski przejechali i nie wiadomo, który to dom córki…

- A jak córka się nazywa, może sąsiedzi będą wiedzieć… - ale staruszka nie wie jak córka ma na nazwisko, bo „już dwa razy za mąż córka wychodziła”

- A jak pani ma na nazwisko? – babcia nie potrafi też powiedzieć jak sama się nazywa… Teść wiezie więc ją na komisariat. Tam policjanci sprawdzają jej dokumenty i okazuje się, że znajdują wśród nich informację, że kobieta choruje na Alzheimera i najprawdopodobniej przyjechała tutaj z naszego miasta… Znając już dane staruszki wysyłają patrol do H… aby poszukać jej domniemanej córki, by jeśli się okaże, że faktycznie tam mieszka, odwieźć do niej matkę oraz powiadamiają komisariat policji w miejscu jej zamieszkania. Policjanci obiecują zaopiekować się kobietą i jednocześnie bardzo dziękują ojcu R, że w ten sposób się zachował…

W sumie to gdyby nie R, to nie wiadomo, czy babcia sama by nie poszła „szukać córki” (jak mówi R, nikt z przechodniów się nią nie interesował) a w taką pogodę jak dzisiaj, różnie mogłoby się to skończyć…

 

Muszę jakoś złapać oddech, bo na nic nie mam czasu… Ostatnie tygodnie przemykają mi jak szalone. Ale to dobrze, bo najgorszy dla mnie okres w roku szybko przeleci.

Cieszę się jednak bardzo, bo znaleźli się fajni ludzie chętni do adopcji maleństw od mojej kotki – jeden trafił do domu niedaleko od naszego osiedla a dwa do bloków (jedna pani dała nawet 10 zł Młodemu na czekoladę za kotka). Została mi kopia mojej kici i dzieciaki upierają się żeby jej nie oddawać… Chorą kicię, aby nie czuła się samotna w biurze, siostra zabrała do domu. Zaopiekował się nią jeden z kocurów więc czuje się tam dobrze. Jak widać na zdjęciach przy wcześniejszym wpisie wyglądała już na zdrową, nastąpił jednak drugi rzut choroby lecz na szczęście w porę zauważyłyśmy, że „coś źle patrzy jej z oczu” (chociaż zachowywała się niby normalnie) i szybko zabrałyśmy ją znowu do lecznicy. Dostała serię zastrzyków i wróciła do normy. Bałyśmy się, że dorosłe koty mogą się od niej zarazić ale na szczęście są ciągle zdrowe. Mamy więc nadzieję, że już nic złego się dziać nie będzie.

A ten tydzień przeleciał mi pod znakiem szkoły. To wywiadówki i konsultacje z nauczycielami, to pomagałam siostrzeńcom i zarywałam noce, by przygotować na zaliczenie prace z kultury i plastyki. Młodemu z techniki musiałam pomóc robić samochód z butelki (wcześniej robił co innego ale „nie wiedział”, że na następnej lekcji będą kończyć i praca uległa zniszczeniu) a jednego razu siedziałam nad nim aż trzy godziny (!) przy matematyce, podczas gdy miał zaledwie półtora strony zadań do odrobienia z dodawania i odejmowaniu ułamków o tym samym mianowniku (przecież to jest proste!), aż się na koniec popłakałam, bo przez to zabrakło mi czasu by zrobić gołąbki (trzy dni je robiłam „turami”!) aby na drugi dzień Młody mnie zaskoczył – szedł jak burza rozwiązując samodzielnie zadania z podsumowania działu, prawie bez mojej pomocy! A wczoraj przyszedł uradowany z nowiną, że jako jedyny miał maksymalną ilość punktów na sprawdzianie z plastyki… i należy się mu prezent. Przy okazji latania za prezentem dla koleżanki na Mikołajki R kupił mu więc kolejne puzzle 3D, tym razem wybudował sobie do kolekcji Burj Al Arab i jest szczęśliwy.

 



komentarze (11) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 021  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261021
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni