Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O tym jak frustruje życie pod jednym dachem z facetem, któremu obce są pasje

wtorek, 25 listopada 2014 23:56

      PhotoFunia-1bb2c4c_o.jpg

 

          Wkurzyłam się strasznie, bo zawiesili mi neta… Nie, spokojnie, to jeszcze nie objaw uzależnienia, obędę się jakiś czas bez niego i świat mi się z tego powodu nie zawali. Nie będę się też wkurzać jeśli mi go szybko nie przywrócą - mam w zanadrzu wiele innych zajęć niż przesiadywanie przed komputerem ale… Wkurzyłam się, bo net padł już wczoraj wieczorem, kiedy dzieciaki akurat odrabiały lekcje a Młoda potrzebowała wypisać synonimy do zadanych słówek – w domu Słownika Wyrazów Bliskoznacznych brak a dziecię nie zwyczajne do tego, by jak matka za swych młodych lat, po lekcjach spędzać czas w bibliotece, w czytelni i tam wertując słowniki i encyklopedie odrabiać pracę domową – to nie te czasy, teraz przecież jest Internet…

 Na szczęście jest jeszcze coś takiego jak „przesył danych” w telefonie, Młoda więc odrobiła swoją pracę domową  ale moje plany wieczorne legły w gruzach…

Miałam zamiar – gdy już dzieci pójdą spać a ja będę „wolna” - poskanować sobie stare rodzinne zdjęcia. Specjalnie pożyczyłam na wieczór od siostry skaner ale niestety nie mogłam go zainstalować bez odpowiednich sterowników, których system nie mógł pobrać z braku Internetu!

- Co jest u licha? Dlaczego nagle nie ma neta? – Dzwonię na infolinię operatora i dowiaduję się, że jest awaria, która ma być usunięta do 22.00 ale chociaż mija godzina „awaria” nadal trwa więc dzwonię znowu i tu pada informacja, że „Dział techniczny pracuje tylko do 23.00”!

- No to już się q@@ nic nie dowiem! – warczę w myślach – Trudno, jutro rano wszystko poskanuję

Ale rano dalej neta nie ma… Dzwonię więc znowu na infolinię, bo „co jest”? Awaria się przedłużyła? Nie mogli mi przecież odciąż za nie opłacony rachunek, bo przelew robiłam w niedzielę więc w poniedziałek rano  już powinien do nich dotrzeć a jest środa… Głos z infolinii informuje mnie jednak, że mam wszczętą windykację, ostatnia wpłata jaka u nich figuruje jest z października, chcą aby wysłać im faksem potwierdzenia wpłat późniejszych… No fajnie tylko jak ja mam zrobić wydruk jak nie mam neta?! I w dodatku weź rzucaj wszystko i jedź przez pół miasta do punktu oddziału, żeby im wysłać faksa! Dzwonię więc znowu żeby sobie wyjaśnić sprawę z konsultantem… Dowiaduję się, że u nich zaksięgowanie faktury trwa 3 dni, więc być może już i bez wysyłania tego faksu dziś albo jutro mi neta przywrócą ale za chwilę pani w telefonie informuje mnie, że w międzyczasie weszła nowa faktura i aby mi ponownie podłączyć usługę muszę mieć potwierdzenie zapłaty również tej drugiej! No jak to? Przecież do tej pory nie robili mi żadnych problemów kiedy miałam lekki poślizg w opłacaniu faktur! Nosz q@@@a, a ja miałam w planie kupić Młodej buty na zimę i nie mam już więcej gotówki… Dupa, nie zapłacę i nie będzie neta, dziecko ważniejsze…

Przy okazji proszę panią konsultantkę o wyjaśnienie zawyżonej kwoty na ostatniej fakturze, wynika z niej, że był wypożyczany jakiś film a ja przecież żadnego filmu nie wypożyczałam…

I tutaj następuje kolejny powód – podwójny – do wkurzenia… Okazuje się bowiem, że 20.09 po godz. 1.00 w nocy był wypożyczany film o wymownym tytule  „Chcąc z obu stron”… Dodatkowo mila pani informuje mnie, że w październiku również zostały wypożyczone dwa kolejne filmy… No to wszystko już jasne kto mi zawyża rachunki… Jestem wściekła na R – mam płacić za jego pornole?! O nie!! Dzwonię więc, do niego wściekła, by go o tym powiadomić. Gdy wydarłam się na niego przez telefon za wypożyczanie pornoli poleciały w moim kierunku wyzwiska… bo „jak ja śmiem do niego dzwonić i kłócić się o głupie 30zł podczas gdy on miesięcznie wydaje na opłaty i na mnie o wiele więcej pieniędzy!”  Zaczyna się awantura przez telefon i wymianę smsów, R bowiem nigdy nie przyzna się do winy tylko reaguje kontratakiem i teraz będzie robił wyliczenia swoich wydatków na dom, na mnie i na dzieci…

- Tylko, że dysponuję mniejszym budżetem niż Ty – odpisuję - więc liczę się z każdym groszem, planuję swoje wydatki i zanim na coś wydam, zastanawiam się 10 razy czy jest mi to naprawdę potrzebne a Ty nie szanujesz ani swoich ani cudzych pieniędzy! I nie chodzi o 30zł tylko NA CO ZOSTAŁY WYDANE, kłóciłabym się za każde moje 5zł gdybyś je przepił, przepalił czy wydał na dziwki i tak samo nie zgadzam się płacić za Twoje pornole! A to, że Ty mi coś czasami dasz, to też nic za darmo nie dajesz, gdybyś miał zapłacić jakiejś babie za pranie, sprzątanie czy prasowanie zapłaciłbyś dużo więcej – Ty dla mnie z tych rzeczy nigdy nic nie zrobiłeś! A to, że robisz opłaty to też żadna łaska z Twej strony, tak samo tu mieszkasz, ze wszystkiego korzystasz a alimentów mi nie płacisz! A jeśli wg. Ciebie ja wydaję pieniądze na jakieś „fiu bździu, kosmetyki” to wydaję MOJE pieniądze więc Tobie nic do tego, ja ciebie z twoich zakupów nie rozliczam…!

R czepia się za wszystko – Młoda leje za dużo wody do wanny gdy się kąpie, dzieciaki „całymi dniami” grają na Playce i zasypiają przy lampce a ja „siedzę nocami na kompie…” on zaś musi za to wszystko płacić! Tymczasem wczoraj wstawałam ok 2.00 w nocy by wyłączyć u niego w pokoju telewizor i światło, bo kolejny raz zasnął przy włączonym a rano budzi mnie hałas lejącej się wody – R przez 20 min. bierze prysznic… Gdy wychodzi odkręca kran przy umywalce, woda znów się leje na full… Nie wytrzymuję, wchodzę i go opieprzam, bo R się goli a woda bąboli ile wlezie…  No i tak właśnie wygląda jego „oszczędność” – kogoś będzie opieprzał ale tego co sam robi nie widzi!

R potrafi wydawać kasę lekką ręką: kupić sobie np. buty do biegania za prawie 400zł chociaż wcale nie biega a gdy udaje mi się go w końcu na to bieganie namówić, pojechać najpierw szybko do sklepu i wydać kolejne 500zł na odpowiedni do tego strój z firmowego sklepu (no bo przecież w byle czym się nie pokaże) chociaż po tym jednym razie więcej biegać już nie ma zamiaru… Wyda 3 setki na kurtkę chociaż ta z zeszłego roku jest jeszcze jak nowa, bo prawie w niej nie chodził a  potem, w tym samym miesiącu wydać kolejne 3 stówy na buty (w sumie na zimę więc to rozumiem) i… 300zł na buty dla mnie, chociaż wcale ich nie potrzebuję, no ale dzięki temu może w sklepie pokazać przed ekspedientką, że „ma gest”, podczas gdy ja muszę płacić kartą kredytową za buty dla dzieciaków… Albo złożyć w perfumerii specjalne zamówienie na markową wodę toaletową dla siebie, zapłacić za nią a potem „nie mieć czasu odebrać”, a sklep w tym czasie zostaje zlikwidowany…  No ale to jego „ciężko zarobiona kasa” więc może sobie z nią robić co chce, ja się nie wtrącam, nie rozliczam go, bo uważam, że mi nic do tego, za to on do moich wydatków podchodzi zupełnie inaczej…

                Inna kwestia, że napięta sytuacja jest między nami już od pary tygodni. R ma do mnie pretensje, bo ostatnio zafiksowałam się na szukaniu moich przodków. Pochłonęło mnie to niemal całkowicie, poświęcam temu każdą wolną chwilę i zarywam noce… A R szlag trafia…

Wszystko zaczęło się od przyjazdu we wrześniu kuzyna z Ukrainy. Chce sobie wyrobić Kartę Polaka więc potrzebował poświadczonych danych na temat miejsca urodzin i narodowości swoich dziadków i pradziadków. Odwiedziliśmy siostrę stryjeczną jego babci (a zarazem siostrę rodzoną mojego dziadka), przeglądaliśmy stare zdjęcia by się dowiedzieć czegoś na temat jego korzeni. Byliśmy w odpowiednich urzędach i zostaliśmy ostatecznie odesłani do przeglądnięcia Archiwum Akt Dawnych przez stronę www.szukajwarchiwach.pl gdzie są dostępne on-line skany akt z urzędów i parafii, które mają już ponad 100 lat oraz by się osobiście udać do urzędów gmin czy parafii z których pochodzą nasi przodkowie, by odnaleźć akta, które jeszcze nie mają więcej niż 100 lat.

Nie mam jednak na razie możliwości aby sobie jeździć po parafiach więc zaczęłam przeglądać te z odpowiednich parafii dostępne on - line i szukać wśród nich naszych nazwisk.

Jak już tutaj na blogu kiedyś pisałam od dawna pasjonuję się genealogią. Jeszcze w czasach studenckich na zaliczenie z historii sztuki mieliśmy zadane przedstawić stworzoną przez siebie Kronikę Rodzinną. Wszystkie jednak dane na temat mojej rodziny potrzebne do stworzenia drzewa genealogicznego zbierałam na podstawie ustnych przekazów lub jakichś dokumentów dostępnych u najbliższej rodziny czy na cmentarzach. W akta nigdy się nie zagłębiałam, bo zawsze myślałam, że to bardzo skomplikowana sprawa – Jak np. sprawdzić te dotyczące rodziny babci jeśli parafia w której była chrzczona to teraz już nie Polska? A w ogóle jest sens by tam jechać jak może wszystko zniszczyła zawierucha wojenna? A skąd mam wiedzieć do jakiej parafii w ogóle się udać? Będę jeździć z jednej do drugiej i szukać? Nie mam na to czasu i środków i czy komuś będzie się chciało mi pomóc? A tu się dowiaduję, że mogę sama sobie przynajmniej już sporą część dawnych akt przeglądnąć w domowym zaciszu. Spokojnie bez pośpiechu w dogodnej dla mnie porze a potem jak coś już znajdę, to ewentualnie wystąpić do Archiwum o wydanie odpisu konkretnego aktu wg. sygnatury z poświadczeniem oryginalności.  Dokumenty z urzędów i parafii z danego województwa, które mają więcej niż 100 lat są dostępne w Archiwum w stolicy tegoż  województwa, z kolei te z terenów byłej Polski (mnie interesują te z Wołynia) są przewożone do Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie. Wszędzie są sukcesywnie skanowane i udostępniane do przeglądania on-line.

Wsiąkłam więc w te księgi  i wertuję rok po roku a nie jest to też taka prosta sprawa. Wiele roczników nie jest jeszcze dostępnych a te które są, spisywane były odręcznie i czasami trudno jest odczytać te „hieroglify” szczególnie gdy ten, kto je spisywał,nie był wytrawnym kaligrafem. Dodatkową trudność w odczytywaniu rękopisów sprawia to, że mniej więcej od roku 1865 coraz więcej akt spisywanych jest w języku rosyjskim, a po 1868 praktycznie już wszystkie (stopniowe wypieranie języka polskiego z urzędów było skutkiem represji ze strony zaborcy po upadku Powstania Styczniowego) muszę się więc sporo czasami namęczyć by odszyfrować co tu jest napisane. Mimo tych niedogodności zajęcie to bardzo mnie fascynuje i sprawia ogromną satysfakcję, szczególnie gdy wśród tych wszystkich zapisów odnajduję nazwiska należące do mojej rodziny. Spisuję sobie pasujące mi dane, składam potem je wszystkie w logiczną całość i uzupełniam zapisy w mojej Kronice. Przenoszę się myślami do tamtych czasów, utożsamiam z tymi ludźmi… Jest dla mnie w tym wszystkim coś mistycznego – Czy którakolwiek z tych osób przychodzących do kancelarii parafialnej, by poświadczyć zawarcie związku małżeńskiego, ochrzczenie dziecka czy zgłosić zgon zastanawiała się nad tym, że oto z górą sto lat później ktoś będzie te zapisy czytał, że ta właśnie chwila z ich życia zostanie przywrócona w pamięci i wyobraźni późniejszych pokoleń? Że w ten sposób stają się nieśmiertelni („człowiek tak długo żyje jak  pamięć po nim”)…?

Dodatkowo stworzyłam sobie jeszcze drzewo na stronie MyHartiage i w ten sposób dotarłam min. do

danych na temat pierwszej żony mojego dziadka po mieczu, których to mój ojciec nawet nie znał oraz przodków rodziny mojej babci, o istnieniu których ona już również nie miała pojęcia…

                Mojej pasji nie rozumie jednak R, który się na mnie wścieka ilekroć zastanie mnie siedzącą przy komputerze. Chodzi syczy i zemści, że zbyt dużo czasu na to poświęcam. Zarzuca mi, że „nic nie robię”, marnuję czas na bzdury zamiast się wziąć do roboty, zaniedbuję dzieci… A przecież to nieprawda! Codziennie wywiązuję się ze wszystkich obowiązków: sprzątam, piorę prasuję, odrabiam lekcje z dzieciakami, chodzę do dziadkiem… ale R ma do mnie pretensję nawet o to, że opiekuję się dziadkiem! Bo wg niego ja „skoro nie pracuję” powinnam siedzieć w domu a do dziadka ewentualnie zajrzeć raz na tydzień, na chwilę a resztę czasu poświęcać na gotowanie w domu obiadów i chyba czekać na jego powrót z rozkraczonymi nogami! Dla niego jak w domu nic nie jest ugotowane tzn. że nic nie robiłam… Tylko dla kogo ja mam gotować te obiady? Dzieciaki jedzą w szkole a on przecież gwoźdźmi też nie handluje… Po co mam gotować obiady gdy wystarczy, że wieczorem zje się jakąś kolację? Przecież jak bym jeszcze oprócz sprzątania miała codziennie gotować to kiedy miałabym czas żeby pójść do dziadka? Do R do tej pory nie dociera fakt, że bycie Opiekunem Osoby Niepełnosprawnej jest FORMĄ PRACY za którą dostaję wynagrodzenie w postaci zasiłku z MOPS, więc mam obowiązek zajmować się dziadkiem codziennie! To już nie moja wina, że dostaję za tę „pracę” tak marne pieniądze (jakie on bez zmrużenia oka może wydać w jeden wieczór), nie mogę jednak z niej zrezygnować, bo nie ma komu mnie w tym zastąpić! Dla R jestem jednak „gnojasem” któremu się nie chce pracować i którego on musi utrzymywać… Kiedy więc widzi, że wolne chwile poświęcam na coś, co sprawia mi przyjemność, a co wg. niego jest zajęciem bezużytecznym, zaczyna się wkurzać i mi dogryzać.

Parę miesięcy temu znajomy na facebooku zarekomendował fajny artykuł dotyczący relacji damsko męskich gdy w grę wchodzą męskie pasje („Dlaczego Panie nienawidzą męskich pasji?”) w którym autor opisuje co powoduje, że  kobiety starają się za wszelką cenę walczyć z hobby swojego faceta… Tłumaczył, że pasja to rodzaj miłości do czegoś a kobietą, kiedy walczy z męskimi zainteresowaniami  kieruje zazdrość, bo w pasji widzi „rywalkę” do jego serca i uwagi. Dlatego też za wszelką cenę stara się swojego faceta tego pozbawić, bo jest to coś, co na jakiś czas odrywa jego uwagę od niej  a ona chce być ciągle w centrum jego uwagi, chce by on poświęcał jej w pełni swój czas, chce nim całym zawładnąć. Kobiety gdy już wejdą w związek z mężczyzną chcą mieć nad nim kontrolę, wkurza je gdy ją tracą, bo w ten sposób tracą pewność siebie… Nie lubią więc gdy gdzieś sam lub z kumplami wychodzi, gdy się zaszywa np. w jakiejś pracowni, bo przez ten czas nie mogą śledzić co robi… Kobiety starają się więc szantażem zniszczyć pasję w mężczyźnie. A pasja, hobby to coś co uszczęśliwia człowieka, utrata tego sprawia, że człowiek staje się nieszczęśliwy, nieszczęśliwym zaś człowiekiem bardzo już łatwo jest manipulować…

Drugą rzeczą na którą autor tego artykułu zwrócił uwagę był stosunek kobiet do męskich pasji. Kobiety to wg. niego z natury materialistki patrzące na hobby swojego faceta poprzez wymiar finansowy – jeśli uprawianie jakiegoś hobby nie przynosi żadnego dochodu a nie daj boże wiąże się jeszcze z jakimiś wydatkami z których ona nic nie ma to jest to strata czasu i trzeba z tym walczyć…

                Artykuł był ciekawy, fajnie napisany, można było się zgodzić z jego treścią bądź nie – niektóre panie mogły się poczuć obrażone – można byłoby polemizować (niechby np. taki facet, który ma żal do żony, że mu wypomina, iż każdą wolną chwilę poświęca na śledzenie kanałów sportowych  zamienił się z nią rolami – jakby facet zareagował, gdyby jego partnerka po przyjściu z pracy do domu zamiast posprzątać, wziąć się za pranie, gotowanie lub poświęcić czas dzieciom zasiadała przed telewizor, bo np. oglądanie seriali jest dla niej „źródłem przyjemności, odstresowaniem od pracy i często wykańczającej nerwowo rodziny”? To właśnie te narzucone nam społecznie i kulturowo role raczej sprawiają, że wiele kobiet zwyczajnie nie może pozwolić sobie na posiadanie jakiejś pasji, ograniczają je brak czasu i obowiązki związane z poczuciem odpowiedzialności za rodzinę a nie brak światłego umysłu, potrzeby własnego rozwoju i zainteresowań). Z własnego doświadczenia i obserwacji wiem jednak, że sporo w tym co stwierdzał autor jest racji, myli się jednak jeśli uważa, że walka z pasjami partnera to tylko domena kobiet. Dla przykładu mogę właśnie podać przypadek mój i R. On nigdy nie podzielał moich zainteresowań i uważał że to strata czasu. Nie rozumie, że można czerpać przyjemność z robienia zdjęć, przeglądania ich, obrabiania w programach komputerowych, że fajnie jest pisać bloga, wymieniać się komentarzami z innymi czy z przebiec wyznaczony sobie dystans pokonując w ten sposób własne słabości… Że radość sprawia przekopanie ogródka, zwiedzanie zabytków ale również przeglądanie starych akt w poszukiwaniu swoich korzeni… Przez R też przemawia egoizm, bo szlag go trafia, że dla mnie może być coś ważniejsze niż jego osoba, coś przyjemniejszego niż sex z nim… Zapomina jednak, że przyczyną tego, iż z nim nie sypiam jest coś innego niż moje hobby…

Z kolei na przykładzie mojej koleżanki widzę jak może się zmienić podejście kobiety do pasji partnera przez pryzmat finansowy. Mąż jej był fotografem amatorem, lubił robić zdjęcia, zgłębiał wiedzę na ten temat i ciągle się rozwijał w tym kierunku poświęcając każdą wolną chwilę po pracy zawodowej na obróbkę zdjęć, kupowanie coraz doskonalszego sprzętu fotograficznego, programów graficznych… Znajoma tolerowała to jego hobby ale nie bardzo jej się to podobało, nie podzielała zbytniego entuzjazmu gdy inni podziwiali jego prace, bo wiedziała ile to wszystko kosztuje i jaki stanowi uszczerbek dla budżetu domowego a poza tym mąż zbyt mało pomagał jej przez to w domu… Z czasem jednak mąż z amatora stał się profesjonalistą a robienie sesji zdjęciowych stało się jego dodatkowym źródłem zarobkowania. Już nie potrzebował wydawać kasy na nowy obiektyw czy statyw ze swojej pensji tylko zarabiał na to robiąc zdjęcia innym. Potem jego grafik fotografa stawał się coraz bardziej wypełniony a to co zarobił na sesjach drugą pensją. Ostatnie wakacje znajomi wraz z dziećmi spędzili w wynajętej pięknej willi w górach. Cały koszt dojazdu, wynajęcie domu i pobyt pokryli z pieniędzy które znajomy zarobił dzięki swojej pasji . Koleżanka przestała w końcu na niego narzekać…

Czy gdyby R widział, że moje zainteresowania też przekładają się na  wymiar finansowy przestałby się wściekać widząc mnie przy pracy? W sumie trudno powiedzieć i szczerze mówiąc nie interesuje mnie to, co on sobie na ten temat myśli. I tak będę robić to co chcę, jak chcę i kiedy. W ogóle nie rozumiem jakim prawem on ma mnie ustawiać i mówić co mam robić, czy wyznaczać mi jakieś obowiązki i z tego rozliczać? Skąd się w drugim człowieku bierze potrzeba przejmowania kontroli nad drugą osobą? Uczynienia go nieszczęśliwym, zmanipulowania, podporządkowania swojej woli? Po co? Co mu to daje? Czuje wtedy satysfakcję? Wzrasta jego ego? W takim razie w rzeczywistości musi być kimś bardzo skrzywdzonym emocjonalnie skoro tylko w ten sposób jest w stanie zbudować w sobie poczucie własnej wartości.

Póki co nie mam jednak Internetu i przynajmniej dopóki mi go znowu nie podłączą moje hobby zostaje „zawieszone”. Ale tym samym może też odpocznę od ciągłych utyskiwań R – skończą mu się powody „by się mnie czepiać”…

Stwierdzam jednak, że pomimo wszystko bez Internetu dziś na dłuższą metę żyć już bym nie umiała, więc mam nadzieje, że to „zawieszenie” wiecznie nie potrwa.



komentarze (12) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 989  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260989
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni