Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Nadzieja umiera ostatnia

środa, 27 listopada 2013 0:40

Jestem przygnębiona. Umarł nam dziś wieczorem kocurek, z tych dwóch chorych kociaków, które zabraliśmy od dziadka do biura mamy. Nie wiem zupełnie co się stało. Dlaczego?! Kotki od tygodnia były już bez antybiotyku, miały świetny apetyt, biegały, z dnia na dzień wracały do zdrowia. Kicia w ogóle wygląda na zdrową, trochę kicha jeszcze ale widać, że urosła, przytyła, biega, bawi się… Kocurek miał jeszcze problem z oczami i nie przybierał tak szybko na wadze ale stan jego ciągle się poprawiał. Kiedy w niedzielę je odwiedziłam był w dobrej kondycji, biegał po pokoju, sam mi się wspiął na kolana, przytulił i mruczał. Nic nie wskazywało na to, że w poniedziałek będzie się słaniał na nogach… Siostra od razu zawiozła go do weterynarza, ponownie został nawodniony i podjęto leczenie. Niestety dziś jego stan się pogorszył, nie pomogły wlewy dożylne i wieczorem zasnął na zawsze…

Tak strasznie mi go szkoda. Cieszyliśmy się już, że będzie miał dom u dziewczyny z sąsiedniego pokoju, że już otwiera oczy, że udało się te kociaki uratować… A teraz kicia została sama, bez brata…

Wszystkiego mi się odechciało, rozbolała mnie na wieczór głowa, zaczęło dusić w piersi, poryczałam się… i wzięłam się za wymiatanie brudów spod szafek w kuchni, byleby tylko mieć jakieś zajęcie i nie myśleć…

 

                Ostatnio znów na wszystko brakuje mi czasu. To trzeba do dziadka, to do szkoły, to do kociaków… Ze świetlicy wydzwaniają czemu Młody nie przychodzi – Tłumaczę, że ostatnio co prawda chorował ale nie chce też tam chodzić, bo go chłopcy przezywają, kilka razy któryś uderzył… No i zwyczajnie nie wyrabiam się, bo wystarczy, że spóźnię się kilka minut na koniec lekcji żeby odebrać Młodego ze szkoły a on nie czeka tylko od razu jedzie do domu (a czasami specjalnie gdzieś sobie idzie z kolegami i nie daje znaku życia, bym nie mogła go znaleźć) i zanim ja za nim do domu trafię to już się robi za późno żeby jechać na świetlicę! Poza tym jak on nie chce jechać,  a ja nie mogę od ojca samochodu pożyczyć i żeby go do niego wsadzić i zawieźć, to na siłę przecież go tam nie zaciągnę - na plecy sobie nie zarzucę, za rękę nie poprowadzę - za duży już z niego chłop i za silny!

- Szkoda bardzo – słyszę odpowiedź – syn powinien korzystać z terapii zajęciowej a pani powinna sobie zdawać sprawę z tego, że jak teraz sobie pani nie daje z nim rady to z czasem tym bardziej sobie nie poradzi…

Wiem, od lat ciągle to samo słyszę, ŻE SOBIE Z NIM NIE PORADZĘ… I już mi to wisi co będzie. Już mam dość. Zawsze co bym nie zrobiła i tak niczego dobrze nie zrobię, i tak zawsze będzie coś źle i zawsze będzie ktoś kto mnie skrytykuje jako matkę. Jak nie psycholodzy to… R i teściowa – nie ma większych speców od wychowania dzieci.

 

                Przez kilka ostatnich dni moją uwagę pochłaniało też załatwianie rachunków  potrzebnych do wypłaty stypendium szkolnego. We wrześniu pedagog szkolna dała mi do wypełnienia wniosek o przyznanie stypendium. Spełniałam kryterium więc mi je przyznano, nikt mi jednak nie powiedział, że aby mi je wypłacono, muszę przedstawić rachunki imienne poświadczające poniesione koszty na cele edukacyjne. I skąd ja mam teraz wziąć faktury na taką kwotę? Szkoda, żeby pieniądze miały przepaść… Na szczęście z większych zakupów miałam zachowane paragony, z tym, że były to paragony sprzed kilku miesięcy. Sprawdziłam jednak w Internecie i okazało się, że mając paragon mogę ubiegać się o wydanie faktury do 3 miesięcy wstecz. Napisałam więc maila do jednego ze sklepów on line w którym robiłam zakupy i bez problemu obiecano mi rachunek przysłać. Poszłam do sklepu w którym kupowaliśmy dwa miesiące temu Młodemu buty sportowe – tam też od razu przyjęto paragon i fakturę wypisano. Poszłam do empiku – i zonk! Rachunki wydają tylko w miesiącu zakupu…

- Jak to – pytam – Przecież przepisy wyraźnie mówią, że fakturę mogę otrzymać do trzech miesięcy wstecz. Sklepy nie mogą ustalać sobie przepisów „wg. własnego widzimisię” Prawo Skarbowe, Ustawa  VAT i  Ordynacja Podatkowa obowiązuje wszystkie podmioty gospodarcze tak samo.

- Ale my jesteśmy sieciówką  a ja mam takie wytyczne od dyrekcji… - odpowiada sprzedawca

- To ja chcę z dyrekcją rozmawiać…

- Ale teraz dyrektora nie ma…

Wkurzyłam się, byłam pewna, że w takim sklepie problemów nie będzie mi nikt robił. Rozumiem jakiś mały sklepik – właściciel może się nie znać, nie raz widzi się przecież informacje w sklepach „RACHUNKI WYDAJEMY W DNIU ZAKUPU” ale w takim Empiku? Przecież już w jednej „sieciówce” rachunek wydali mi bez problemu i sami pytali, czy ma to być faktura na osobę fizyczną czy firmę, bo jeśli osoba fizyczna to mogą wydać do 3 miesięcy a jeśli firma to do miesiąca…

Miałam po drodze więc swoje kroki skierowałam prosto do rzecznika konsumentów żeby się upewnić, po której stronie jest racja. Pan rzecznik zaraz zadzwonił do Urzędu Skarbowego i oznajmił, że zgodnie z art.87 &4 Ordynacji Podatkowej sprzedawca może odmówić wydania faktury po 3 miesiącach od dokonania zakupów, a zatem do 3 miesięcy ja mogę o fakturę się ubiegać!

Poszłam jeszcze raz do empiku ale sprzedawcy byli nadal nieugięci i kazali mi przyjść gdy będzie dyrekcja, bo wbrew wytycznych dyrekcji nie mogą nic zrobić…

Do załatwienia miałam jeszcze jeden sklep z odzieżą sportową… a tam ta sama historia. Sprzedawca twierdzi, ze rachunki wydają tylko w miesiącu zakupu.

- Na jakiej podstawie pan tak twierdzi? Proszę przytoczyć mi chociaż jeden paragraf…

Pan stwierdził, że się nie zna na paragrafach ale takie są u nich procedury i może coś wskóram jak będzie kierownik… ale teraz kierownika nie ma (!)

No i jak tu z takimi rozmawiać? Poszłam do domu i… napisałam skargę do centrali sklepów. Odpowiedzi dostałam tego samego dnia. Sklep z odzieżą sportową przyznał, że mogę fakturę dostać. Udałam się więc tam z powrotem i sprzedawca już bez żadnych dyskusji i fatygowania kierownika przyjął paragon i fakturę mi wypisał.

W mailu z Empiku kazano mi natomiast czekać na wiadomość od dyrektora salonu, na którą od dwóch już dni czekam i się jeszcze nie doczekałam…  Ale nie chce mi się już marnować na nich czasu, bo po podliczeniu wymagana suma zgromadzonych faktur już mi się zgadza…

Więc chociaż na początku R prorokował „nie uda ci się”, to co wydawało się niemożliwe, ostatecznie okazało się możliwe.

Szkoda tylko, że wbrew oczekiwaniom, nie w każdym przypadku nadzieja i działanie przynoszą pozytywny skutek…

 

dzieciaki bawiące się w "bazie"...

DSC06007.JPG

i kicia w biurze u mamy...

DSC06015.JPGDSC06032.JPG



komentarze (18) | dodaj komentarz

"Już nigdy nie będę kochał...Więc uspokoiłem Całą moją nienawiść w środku..."

czwartek, 14 listopada 2013 0:11

 

 

                U dziadka dwa miesiące temu okociła się kotka. Kłopot w tym, że koty zamieszkują stodołę a pora roku nie sprzyja kociakom. Dałam co prawda ogłoszenie, że mam kotki do oddania ale odzewu na to nie dostałam żadnego a co gorsza wraz z pogorszeniem pogody maluchy zaczęły chorować. Zaczęło się od oczu, które najpierw leczyłam domowymi sposobami a kiedy to nie pomagało antybiotykiem. Potem podostawały biegunki a kiedy już zaczęły do siebie dochodzić przypałętał się koci katar… Ni jak zabrać mi je do siebie, bo sama mam „na stanie” psa, dwa koty i cztery kociaki od mojej kotki. U rodziców sytuacja podobna a dziadek nie chce nawet słyszeć, że miałby koty w domu trzymać…

Okazało się jednak, że w naszym mieście funkcjonuje azyl dla kociaków, do którego możemy dostarczyć nasze biedaki. Stworzyła go na terenie własnej posesji młoda dziewczyna, która wraz z grupką znajomych, wspaniałych młodych ludzi – wolontariuszy, dzielnie sprawuje nad nim pieczę. Kiedyś w tym miejscu funkcjonował hotel dla zwierząt ale teraz powstaje pomału mini schronisko, bo trafiają tam nie tylko małe kociaki dla których nie było odpowiednich warunków w Miejskim Schronisku dla Zwierząt ale również szczeniaki. Koty zajmują specjalne oddzielne pomieszczenie zabezpieczone siatką w oknach i jak się przekonałyśmy najbardziej lubią właśnie przy nich, wylegując się na poduchach, obserwować co się dzieje na podwórku. Pieski zajmują boksy i są w ciągu dnia wypuszczane luzem na podwórko. Część pomieszczeń jest jeszcze w remoncie. Obecnie położona została nowa posadzka z resztek różnego rodzaju terakoty. Właścicielka tłumaczła, że na utrzymanie azylu w przeciwieństwie do schroniska nie otrzymują żadnych dotacji z Urzędu Miasta, mogą liczyć jedynie na sponsorów, na ludzi dobrej woli, którzy dostarczają im nieodpłatnie karmę, grysik, koce, materace dla zwierząt… Co jakiś czas ogłaszają się za pośrednictwem Straży Ochrony Zwierząt na facebooku, ostatnio np. apelowali o zakup kontenerków na przewóz kotów i materiały budowlane..

W poniedziałek wieczorem zapakowaliśmy więc z siostrą kotki do samochodu i powieźliśmy do azylu, gdzie już na nas czekano. Wcześniej jeszcze zabrałyśmy je do weterynarza, gdzie dostały zastrzyki z antybiotykiem i krople do oczu. Zawieźliśmy też zakupiony wcześniej zapas karmy i żwirku oraz starą wersalkę, kilka poduszek, materacyk i narzutę co ma posłużyć jako posłanie dla zwierząt. Kociaki trafiły na razie do izolatki. Dostały dla siebie boks, wyłożoną poduchą, otuloną kocem klatkę w której mają posłanie, kuwetę oraz miski z karmą i wodą w remontowanym pomieszczeniu. Najważniejsze, że mają ciepło i są bezpieczne. Kiedy się wykurują i będą już zdrowe zostaną przeniesione do kociarni.

Na razie codziennie z siostrą do nich przyjeżdżamy, bo przez parę dni trzeba jeszcze robić im zastrzyki i przemywać oczy. Mam nadzieję, że z czasem uda się znaleźć dla nich właścicieli…

Ze swojej strony chcemy z siostrą zorganizować jeszcze na terenie szkoły do której chodzą dzieciaki zbiórkę karmy do Azylu. Będę musiała porozmawiać na ten temat z wychowawczynią mojego Synia, która jest jednocześnie opiekunką samorządu uczniowskiego. Zbiórkę datków przeprowadzimy też jutro, przy okazji organizowanej w biurze mojej siostry akcji badań przesiewowych z okazji  Światowego Dnia Walki z Cukrzycą. Ludzie przyjdą na badanie poziomu glukozywe krwi a także wzroku, słuchu, ciśnienia, w kierunku osteoporozy, badać parametry metabolizmu, uzyskać porady żywieniowe a przy okazji ktoś może zechce wrzucić parę złotych do puszki?

W związku z tym jutrzejszym „Białym czwartkiem”, w który zaangażowana jest moja siostra, zaszła potrzeba odświeżenia biura mamy. Alice i mama zajmują pokoje po sąsiedzku i chodzi o to, że skoro jutro ma być ta akcja badań, to w jednym pomieszczeniu wszyscy mogą się nie pomieścić więc trzeba będzie też udostępnić pomieszczenie zajmowane przez mamę. Sęk w tym, że u mamy zawsze panuje „artystyczny nieład” a poza tym dano już nie było tam malowane i całe pomieszczenie niezbyt estetycznie się prezentowało. We wtorek późnym popołudniem wzięłyśmy się więc za malowanie.

W tym czasie moje dzieci zostały same w domu jednak gdzieś po 18.00 wrócił już R i chociaż wiedział gdzie jestem i co robię, bo nie omieszkał nas  po drodze do domu „skontrolować” to gdy przyjechał już do domu zaczęły się zaraz telefony… Najpierw dzwoni z informacją, że Młody skarży się na ból brzucha -  To podaj mu lekarstwo, stoi tu i tu w takim a takim opakowaniu… - instruuję go…

Za chwilę drugi telefon: Młody ma biegunkę a papier się skończył…  - Ale co ja na to poradzę? Ja jestem tutaj a wy tam, zresztą chusteczki są… Za jakiś czas kolejny telefon: Kup papier jak będziesz wracać… - Tylko gdzie ja mam kupić ten papier jak nam zejdzie tutaj najmniej do 22.00 i sklepy będą już pozamykane, przecież nie będę teraz rzucać pędzla, przebierać się i lecieć do sklepu, bo wy macie problem z podtarciem się! Zresztą możesz przecież sam wyskoczyć, sklep masz pod nosem, przy okazji psa wyprowadzisz…

Nie minęło pół godziny smy z telefonu Mlodej przychodzą : Mamo kiedy wrócisz, mamo wracaj, mamo źle się czuję…  Dochodzi 20.30, od Młodego dowiaduję się, że Młodej nie ma jeszcze w domu, R krzyczy przez telefon, że gówniara cały dzień u koleżanki, że lekcje mają nie poodrabiane, że ja się dziećmi nie interesuję…  A czy te dzieci do cholery ojca nie mają?! Same nie zostały tylko pod jego opieką! Dzwonię do koleżanki Młodej i każę jej natychmiast wracać do domu. Okazuje się jeszcze, ze Młoda i tak nie ma plecaka, bo wracając ze szkoły nie chciało jej się go dźwigać wiec zostawiła u dziadków. Ale przecież i tak zapomniała dzisiaj do szkoły książki, więc cóż stało na przeszkodzie, żeby siąść i wszystko odrobić?! Po 21.00 dzwoni mama koleżanki Młodej z pytaniem, czy mogę zobaczyć u niej w książce, czy na pewno jedno z zadań maja też zrobić… Tłumaczę, że nie ma mnie w domu a Młoda i tak nie miała podręcznika w szkole a plecaka nie ma w domu… No i  szlag mnie trafia ale mam już to gdzieś. Niech te dzieciaki w końcu zaczną być samodzielne. Mam już dość pilnowania ich plecaków, lekcji… Trudno, nie odrobiła dostanie palę! Ale widzę, że koleżanka Młodej też jest dobra, bo bawią się razem przez cały dzień jakby nie można było nawet wspólnie siąść i razem jedna z drugą lekcje odrobić tylko sobie w nocy przypominają… Nie wiem już, czy to pokolenie takie niekumate jest? Nie potrafią bez asysty rodzica  niczego zrobić, nie potrafią samodzielnie i logicznie myśleć, niczego się nauczyć...Czy dla mojej matki moja szkoła i lekcje były przyczyną stresu? Jak nie odrobiłam pracy domowej to była moja sprawa, ja się musiałam o to martwić i jak czegoś nie zrobiłam to albo dostawałam dwóję albo zrzynałam od kogoś innego podczas przerwy w kiblu. A dziś dzieciaki w ogóle się nie przejmują szkołą, ocenami, nauką tylko aby się bawić, aby grać, oglądać tv, bo ostatecznie i tak wszystko jest w komputerze...

Do czego to wszystko zmierza? - Człowiek swego czasu wymyślił komputer wzorując się na działaniu ludzkiego umysłu to teraz ludzie będą używać komputerów nie czując potrzeby rozwijania swoich umysłów...

 

       Po malowaniu musimy jeszcze posprzątać… Siostra pożycza mi auto od mamy biorę jedną rolkę papieru i wracam do domu po 22.00. Wchodzę do mieszkania a na wprost łazienka otwarta na rozcież a w wannie Młody… czeka na mnie. Młoda już śpi a na łóżku Młodego śpi sobie w najlepsze R… No szlag by to trafił. Pytam Młodego ile już siedzi w tej wannie, bo woda za gorąca to nie jest, i dlaczego sam z niej nie wyszedł: - Nie wziąłem majtek i koszulki  – pada odpowiedź. – A ojciec nie mógł ci przynieść?… No ręce opadają… Pies oczywiście też nie wyprowadzony więc muszę iść jeszcze z nim spacer a Młody lekarstwa nie dostał,  gdy zaś chce się położyć na swoje miejsce R nie chce go wpuścić… Każę położyć mu się z Młodą... Jestem zmęczona i już na maxa rozdrażniona na R. Oczywiście dzieciaki są na jutro niespakowane. Zabieram się wiec do pakowania im plecaków a przy okazji sprawdzam jeszcze zeszyty, rozmawiam z Młodym co bardzo irytuje R. Każe nam się zamknąć i wyłączyć światło, bo jest zmęczony i chce spać.

 - To idź do siebie…

- Nie będziesz mi rozkazywała, tutaj mi wygodnie…

Potem następuje kolejna wymiana zdań, W końcu zaczynamy się już kłócić, R mi wypomina, że długo nie wracałam, że przeze mnie dzieciaki lekcji nie odrobiły, że Młody chory… Zarzucam mu, że mógł się nimi zająć, że przychodzi do domu jak do hotelu, że ma wszystko w dupie…

 - Bo one na ciebie czekały, bo mnie nie słuchają…

- Nie słuchają, bo nigdy się nimi nie zajmowałeś, zawsze się wymigiwałeś.... Sam sobie zapracowałeś na taki „autorytet”.

Mam dość dyskusji z nim, coraz bardziej mnie wkurza, chcę żeby się w końcu zamknął, poszedł do siebie i dał mi spokojnie z dzieckiem porozmawiać a nie, robi wypominki… Jeszcze chwila i chyba zdzielę go w twarz…Widzę, że strasznie mu przeszkadza, że pomagam siostrze, że spędzam z nią czas, nie może znieść jak pójdę na pół dnia do dziadka a on musi zostać z dzieciakami, że pomagamw pracy mamie… Jakiś czas temu mama poprosiła mnie żebym pomogła jej zrobić wizualizację projektu w 3D, bo sama nie miała pojęcia jak się do tego zabrać. Ja w zasadzie też nie miałam o tym pojęcia, no ale obiecałam spróbować, w końcu i tak kiedyś miałam się tego nauczyć a że jestem uparta to zarwałam kilka dni i nocek zanim załapałam o co w tym chodzi i wizualizację stworzyłam. R oczywiście miał mi za złe, że  „nic nie robię” tylko rysuję a i tak nic z tego mieć nie będę

Wychodzę z pokoju a on dalej trajkocze, już się zaczyna kłótnia o pieniądze, że on mnie utrzymuje a ja nic w domu nie robię ani się dziećmi nie zajmuję, że on jest zmęczony, bo rano wstaje a ja sobie śpię do południa… No @wa mać! Zaczynamy się przekrzykiwać, a jest bardzo późno, pewnie nas cały blok słyszy ale mam to gdzieś! Oczywiście wg. R jestem wariatką, wracam przed północą do domu i wszczynam awanturę!

Włączam sobie telewizor i oglądam „Kubę…” Przychodzi Młody, przytula się, rozmawiamy, nie chce spać w pokoju z R… Za chwilę R przyłazi… Niby ciekawy co jest w programie, zaczyna coś gadać…

Młody go wygania: - Idź sobie tam masz też telewizor jak chcesz oglądać… Poszedł, za chwilę znów przyszedł i tak kilka razy jakby szukał zaczepki…

               

                Od powrotu R żadko dochodzi do takich awantur. Ale kiedy już dochodzi, zawsze chciałabym cofnąć czas… i kategorycznie nie pozwolić mu na ponowne zamieszkanie z nami. Chciałabym móc się wyprowadzić, zamieszkać gdzie indziej. Wizualizuję sobie jak wprowadzam się do nowego mieszkania, jak na nowo się urządzam a on zostaje sobie sam w tym domu. Jest we mnie tyle złości, żalu i nienawiści do niego… A potem ta cała złość przechodzi i pozostaje obojętność…

                A dziś słyszę przez telefon „Kochanie...” - czyżby już zapomniał co było wczoraj?

 

Ps. Dziś podczas "Białego czwartku" zbadałam sobie poziom cukru, zrobiłam badanie wzroku, badanie w kierunku osteoporozy, sprawdziłam słuch, zmierzyli mi ciśnienie i puls oraz skorzystałam z porady kosmetyczki. No i ogólnie jestem zdrowiutka, wszystko mam jak należy w normie tylko do okulisty mam pójść na kontrol, bo na lewe oko gorzej widzę... 

Zabrałyśmy też z siostrą kociaki z Azylu, bo pomimo podawanych lekarstw zamiast im się polepszać, to pogorszyło. Znowu pojechałyśmy do lecznicy. Okazało się, że kociaki były odwodnione (mimo, że miały jedzenie i wodę to widać nie piły...) więc dostały serię nawadniających zastrzyków i nowy antybiotyk. Będąc w izolatce cały czas też miauczały, chciały do ludzi więc wymyśliłyśmy, że na czas choroby najlepszym z wszystkiego wyjściem będzie... umieścić je w biurze u mamy. Tutaj mają ciepło, są bezpiecznie i nie same... Wbrew też "czarnowidztwa" pana ze Straży mam nadzieję, że kotki jednak uda nam się uratować...

 

Wieczorem zaś, podczas zakupów znów R mnie "obciuchał" więc jestem bardzo happy i znów od wczoraj zrobiło się tak jak być powinno i taki stan rzeczy mi odpowiada...

A jutro dzieciaki jadą na wycieczkę do Wa-wy i Młody tak to przeżywał, że na matematyce nie był w stanie się skupić i nic nie pisał... i dostał kolejną pałę :-/



komentarze (22) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 000  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261000
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni