Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Adrastea

czwartek, 17 listopada 2011 1:21

     Mam ciągle doła i jestem zagubiona. Nie tak to wszystko miało wyglądać, nie taki miałam scenariusz. Zupełnie nie wiem, co robić, czuję się bezradna…

Spotkałam się z R w restauracji. Chciałam z nim porozmawiać na neutralnym gruncie, bez świadków, jakie ma plany. Obiecał, że nie będzie „na razie” z nami mieszkał skoro nie chcę. Mówił, że będzie o mnie „walczył”, będzie się starał mnie do siebie przekonać… Jeszcze w tym roku chce pojechać w odwiedziny do brata za granicę, teraz gdzieś na tydzień a w wakacje do pracy, bo chce pospłacać nasze długi… Uspokoiłam się. Pomyślałam, że może nie będzie tak źle, może nie będzie się mi naprzykrzać, może dla mnie pozostanie wszystko bez zmian. Myliłam się…

R załapał się do pracy u „wujka” w hotelu. W tym tygodniu sprzątał generalnie pokoje, prał wykładziny, potem ponoć ma się przenieść na wulkanizację… Regularnie przed i po pracy wstępuje do nas, robi zakupy, myje naczynia, wyręcza mnie w porządkach, nosi herbatę, kanapki, czekoladki pod nos… chce pokazać, że „się zmienił”, chce być z nami. Zamówił cykliniarza, planuje kupić dzieciom nowe meble… Zaczął naprawiać usterki w domu. Najpierw wziął się za spłuczkę. Wymiana całego mechanizmu zajęła mu trochę czasu i kiedy skończył zrobiło się już po 2100. Nie miałam sumienia go wyganiać, bo o tej porze nic już nie jechało w jego stronę (do domu ma 20km) i musiałby łapać „okazję”, o co w nocy trudno… Następnego dnia było ślubowanie pierwszych klas u Małej. Po uroczystości chciałam podwieźć R na busy, by mógł pojechać do domu. R jednak chciał jeszcze zamontować nowy zamek i klamki w drzwiach od łazienki. Zgodziłam się. Wyszedł gdzieś ok. 2000, ale 2 godz. później dzwoni, że wraca, bo stał na drodze wylotowej i nikt mu nie chciał się zatrzymać i już szczęka zębami z zimna – znowu zostaje na noc… Otwiera wino, częstuje mnie, rozmawiamy; opowiada jak „tam” było, tłumaczę mu, że nie chcę z nim być, ale wypijam za dużo i ścina mnie… Pamiętam, że źle się poczułam, nie mogłam ustać na nogach, wymiotowałam… rano budzę się ze strasznym kacem obok niego w łóżku (?!)… Nie dobrze mi jak na niego patrzę, nienawidzę siebie, nienawidzę jego… Każę mu w końcu jechać „do siebie”. Mówię, że nie potrafię z nim być, nie kocham… W końcu wychodzi… Jakiś czas potem zaczynam dostawać od niego sms-y: pisze, że kocha, że przez ostatnie 2,5 roku tylko wizja wspólnego bycia razem trzymała go przy życiu a teraz wszystko traci sens… żegna się… mam go już nie zobaczyć…

Jestem zła, szczerze mówiąc życzę sobie, żeby ze sobą skończył – miałabym w końcu spokój… Jednocześnie czuję wewnętrzny lęk, bo chyba nie podniosłabym się z tramy gdybym faktycznie miała być przyczyną jego samobójstwa…

Sobota. Rano podjeżdża samochód rodziców R. Z daleka dostrzegam tylko siedzących z przodu teściów. Jakiś niepokój wstępuje we mnie na chwilę, ale gdy się zbliżają widzę R siedzącego w głębi z tyłu… Rozmawia jakby nic się nie stało, znowu przywiózł zaopatrzenie ze sklepu rodziców potem idzie do pracy. Kiedy wracam wieczorem od dziadka R jest już w domu i szykuje akurat dzieciom kolację… Tłumaczy, że przez 2 dni nie brał lekarstw, że „zaczęła go łapać deprecha”, że wozili go do szpitala… Dzieciaki oczywiście szczęśliwe, chcą by został, więc zostaje…

Skapitulowałam. Obiecywał co innego a jest inaczej… W sumie nie mogę żądać by się wyniósł, bo ma takie samo prawo do mieszkania tutaj jak ja ale duszę się będąc z nim pod jednym dachem. Widzę, że się stara, we wszystkim chce mnie wyręczać, ale nie potrafię tego docenić, nie cieszy mnie to. Owszem, cieszę się, że zreperował spłuczkę i już skończą mi się dopłaty za „uciekającą” wodę, że dzieci będą mogły chodzić na fascynujące je zajęcia z robotyki, których sama nie byłabym w stanie opłacić, że w końcu mam wymienione amortyzatory w aucie (od 2 lat „wymieniam” i ciągle nie było mnie stać na nowe a R po prostu pojechał na szrot, kupił za pół darmo oryginalne „prawie nówki” i załatwił wymianę w jeden dzień) a mimo to nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nawet minimum entuzjazmu. Czuję, jakby był dla mnie kimś zupełnie obcym, krępuje mnie jego obecność. Przeszkadza mi to, że wszędzie chce ze mną jeździć, że interesuje się, jakie mam plany na dzień, za co płacę i ile – odwykłam od tłumaczenia się, od kontroli… Jest mi z tym źle, niewygodnie, nie mogę pisać bloga kiedy mam na to ochotę, bo nie chcę by to czytał, nie mogę się nawet wyspać, bo cisnę się z dzieciakami w jednym łóżku…

Poddałam się, chociaż wewnętrznie się na to nie godzę. Gdybym mogła, gdybym miała niezbędne na to środki uciekłabym, jak najdalej stąd… Nie potrafię patrzeć optymistycznie w przyszłość, nie będzie nigdy dobrze, bo ja nigdy w tym związku nie będę czuć się szczęśliwa, nie będę spełniona…

Rozmawiam z mamą, dziadkiem, sąsiadką – wszyscy radzą, żeby dać mu szansę, zrobić to dla dzieci, spróbować jeszcze raz, ale postawić warunki nawet rodzice R są za tym, żebyśmy byli razem, jego matka pozwoliła mu nawet brać, co chce wg. potrzeb ze sklepu byleby nie było u nas kłótni z powodu braku pieniędzy… Tylko jak ja mam żyć z człowiekiem, którego nie kocham, nie porządam? Małżeństwo z rozsądku? Dla mnie to sztuczny twór; zimny, wyrachowany - ja tak nie potrafię, znowu mam robić coś wbrew sobie? Mama mówi – „przecież go kiedyś kochałaś, chciałaś za niego wyjść” – tylko czy tak było naprawdę? Może tak naprawdę bardziej wtedy sama siebie przekonałam do tego uczucia niż w istocie ono istniało? Przecież R całkowicie odbiega od mojego wyobrażenia prawdziwego faceta, fizycznie nie ma w sobie nic z tego, co mi się podoba w mężczyznach – dziś w ogóle nie zwróciłabym na niego uwagi, w żaden sposób mnie nie pociąga! Dlaczego więc wtedy go chciałam? Przecież wówczas też nie przypominał mojego ideału, nigdy nie byłam w nim szaleńczo zakochana, nie czułam ścisków żołądka na jego widok ani nie przyspieszał mi puls, czasami nawet wstydziłam się pokazywać z nim publicznie… Tak, jak dziś o tym pomyślę to rzeczywiście, można powiedzieć, że wtedy byłam wyrachowana! Ale z drugiej strony nie, nie do końca tak było, bo gdy już się przy mnie pojawiał to dobrze się przy nim czułam, chciałam z nim być i w jakiś sposób kochałam. W sumie zawsze słyszałam, że „nie ważna jest powierzchowność, lecz liczy się wnętrze” i ja kochałam to, co widziałam u niego w środku - to, że był wrażliwy i dobry… Nie mogłam być wyrachowana, bo przecież mu wierzyłam, stałam za nim murem i gotowa byłam walczyć za niego niczym lwica. Broniłam go, gdy popadał w konflikty z rodziną, mogłam się skłócić z całym światem o jego racje. Byłam lojalna wobec niego, troszczyłam się, dbałam, usługiwałam… Kochałam go jednak? A może po prostu bałam się samotności? Przecież R był tak naprawdę pierwszym facetem, któremu naprawdę na mnie zależało i który potrafił dać temu wyraz. Pierwszym, od którego usłyszałam „kocham Cię”…  

A może tak już ma być, może powielam schemat? Przecież w małżeństwie mojej babki, matki też nie było wielkich miłosnych uniesień. Babcia w sumie była szanowana przez dziadka, nigdy ją nie wyzywał ani nie podniósł ręki, chociaż we współżyciu lekki nie był. Nigdy nie byłam świadkiem okazywania przez niego w jakiś szczególny sposób czułych uczuć wobec niej – zero przytulań, pocałunków, „kocham cię”... Zresztą z opowieści babci sam moment ich zaręczyn był bardzo „ciekawy” ja bym to określiła, jako wręcz „zimny”. Babcia z dziadkiem „nie chodzili” ze sobą w dzisiejszym pojęciu. Po prostu pewnego zimowego wieczora, gdy akurat z sąsiadkami zajęta była darciem pierza, przyszedł do jej domu brat dziadka i spytał „czy wyjdzie za Cześka, bo mu się podoba”? Babcia miała odpowiedzieć, „czemu nie”... Wobec tego dostała nakaz, by czekała gotowa na dziadka któregoś tam dnia, bo miał ją zabrać do kościoła żeby „dać na zapowiedzi”… Jak dla mnie trochę dziwne zaręczyny. Czy to też było małżeństwo z rozsądku - „bo najwyższy już czas”? A czy troska, respekt i szacunek, jaką babcia okazywała dziadkowi też były „ze względu na prawo” czy wynikały z przywiązania i uczucia? Tym bardziej, jestem pod wrażeniem, gdy widzę jak dziś dziadek rozpacza po odejściu babci, jak nie szczędzi czułych słów, gdy ją wspomina, nazywa zdrobniale… chyba naprawdę się jednak kochali.

A moi rodzice? Nie są wzorem małżeństwa, chociaż nie brak u nich też dobrych chwil. Czytałam pamiętniki mamy i zastanawiałam się, dlaczego za niego wyszła? Czy naprawdę go kochała? Czy uciekła w małżeństwo by zapomnieć o „nieszczęśliwej miłości”? Przecież już na samym początku „nie było kolorowo”, moje wspomnienia z dzieciństwa też nie są za ciekawe: pamiętam awantury, ojciec czasami popijał i był wtedy nieobliczalny, rzucał się do mamy z pięściami, groził zabiciem – nieraz wzywała policję, uciekała z domu - baliśmy się wtedy i wstydziliśmy tego, co się działo u nas w domu przed rówieśnikami, sąsiadami… W końcu wystąpiła do sądu o przymusowe leczenie ojca. Przestraszył się, że zostanie umieszczony w zakładzie zamkniętym i przyrzekł poprawę – uspokoił się. Nigdy nie nawiązałam jakiejś szczególnej więzi z ojcem. Jest trudnym człowiekiem, upartym, nerwowym, wybuchowym. Picie i rękoczyny skończyły się już bardzo dawno, ale mamie nadal ciężko się z nim żyje. Chyba nie jest szczęśliwa i nigdy nie była, ale nie próbowała się nigdy z nim rozwieść, cierpi ale ciągle z nim jest i będzie do końca... Nigdy też chyba nie miała nikogo innego i pewnie nawet nie pomyślała, że mogłaby z kimś innym ułożyć sobie życie…, chociaż nigdy o tym z nią nie rozmawiałam i pewności mieć nie mogę.

Nie wszystkie jednak kobiety w mojej rodzinie wierzą w „świętość i nierozerwalność" związku małżeńskiego. Mam też ciotki, które zmieniają mężów, partnerów „jak rękawiczki” sęk jednak w tym, że na starość zostają samotne…

     Czy wobec tego ja również skazana jestem na życie w beznamiętnym związku lub na samotność? Byłam sama przez ponad 2 lata i nie poznałam nikogo, dla kogo mogłabym być czymś więcej niż wyłącznie obiektem sexualnym… Czy mam przywdziać maskę i odgrywać do końca życia rolę szczęśliwej żony? Czy jestem skazana tylko na R?

Boję się tej wizji…



komentarze (16) | dodaj komentarz

Po drugiej stronie lustra

wtorek, 08 listopada 2011 1:35

    Nie wiem czy zrobiłam dobrze czy źle, ale wczoraj się przemogłam i napisałam do X. Chciałam wiedzieć, czy jeszcze będziemy się spotykać czy nie… Napisałam, że widziałam go z dziewczyną i chcę, by mi uczciwie odpowiedział czy to coś poważnego, bo jeżeli kogoś ma to ja nie chcę wchodzić „między wódkę a zakąskę”, muszę sobie jakoś poukładać w końcu życie i wiedzieć, na czym stoję a dopóki spotykam się z nim to nie jestem w stanie spojrzeć na nikogo innego…

I nastała cisza – X nie odpowiedział. Milczenie to zinterpretowałam jednoznacznie, że jednak coś jest na rzeczy a on nie zamierza mi się tłumaczyć a tym samym ma mnie daleko w poważaniu. Wzięłam więc głęboki oddech i postanowiłam położyć krzyżyk na tej znajomości. Nie odpowiada to nie będę przecież go na siłę naciskać. Trudno. Ale ja, jak to ja – co innego sobie postanawiam a łeb mimo wszystko pracuje za mnie w zupełnie innym kierunku. Całe popołudnie, wieczór i dzisiejszy dzień nasłuchiwałam czy przypadkiem nie rozlewa się gdzieś woda, co byłoby sygnałem, że przyszedł sms od X… no i w końcu wieczorem, przyszedł! Tłumaczył, że od wczoraj był w pracy i dopiero teraz mógł doładować telefon, a także że chyba nie jest facetem z którym chciałabym sobie ułożyć życie ale bardzo mnie lubi…. Wytłumaczyłam mu, że nie zamierzam sobie aktualnie z nikim układać życia tylko po prostu chcę wiedzieć czy jest z kimś związany czy nie, bo jeżeli tak to nie będę sobie nim głowy zawracała. X oczywiście starał się jak mógł wymigać od odpowiedzi, zbywał jakimiś wizjami „bzykanka” a w końcu wypalił, że miałby ochotę na trójkąt i może mam jakąś koleżankę… Pogięło go! Oznajmiłam, że nie gustuję w kobietach i nie mam tego typu koleżanek a jak coś takiego mu się marzy to niech wyjdzie z propozycją do swojej znajomej – na pewno mu kogoś znajdzie… I na tym moja dyskusja z nim się zakończyła.

W sumie może źle, że w ogóle podejmowałam ten temat? Może lepiej było nie zaczepiać, dać spokój a najwyżej jakby kiedyś znowu się odezwał to po prostu nie odpowiadać i pozwolić „umrzeć śmiercią naturalną” tej znajomości albo zdecydowanie, definitywnie to zakończyć, powiedzieć: „sorry, ale mam kogoś innego”… ale nie, ja muszę zawsze mieć wszystko prosto wyjaśnione, choćbym się miała sama wszystkiego domyślać chcę mieć pewność więc pytam… Niestety, nie spotkałam jeszcze faceta, który byłby w stanie odpowiadać wprost… Dziwne to bardzo, gdyż ponoć oni sami nie cierpią tego w nas – kobietach, tego właśnie, że „każemy” im się wszystkiego domyślać, że nie mówimy wprost o co chodzi. Nie wiem, może ja jestem głupia, może faktycznie też sama nie wiem czego chcę, ale wydaje mi się, że jest chyba w nas wszystkich jakieś pragnienie posiadania kogoś bliskiego, nawet jeśli wybieramy samotność, świadomość istnienia gdzieś w „zasięgu wzroku” tego drugiego człowieka daje nam poczucie bezpieczeństwa. Dla mnie byłoby optymalnym rozwiązaniem gdyby ten ktoś czasem chciał jeszcze ze mną porozmawiać, wyjść na spacer, do kina czy gdzieś wyjechać – X mi tego nie da, ale nawet te chwile, które z nim spędzam raz na jakiś czas działają na mnie jak podładowanie akumulatorów, więc może dlatego boję się go stracić?

    Z drugiej strony teraz wrócił R. Widzę jak cierpi, że go odrzucam… a ja nie mogę inaczej. Widzę jak dzieci cieszą się z jego obecności a dla mnie jest kimś zupełnie obcym. Nie potrafię się przemóc, nie potrafię wykrzesać przy nim z siebie nawet odrobiny entuzjazmu, jestem jak gradowa chmura… R mnie przeprasza, przytula, całuje – jestem jak sparaliżowana, widzę jak wzbiera w nim podniecenie… nie chcę tego ale się nie bronię - on traktuje to jak zachętę z mojej strony… czuję rosnące we mnie napięcie, chcę się go pozbyć, od paru dni chodzę zestresowana, niech to się już skończy, niech mnie zerżnie… a potem niech sobie idzie, niech mi zejdzie z oczu, nie chcę go widzieć!

Wszystko jest jak film - to nie byłam ja, to był ktoś inny, już nawet tego nie pamiętam…

R wydzwania, pisze sms-y, że mnie kocha, ze jestem piękna…Wczoraj przywiózł dzieci, zasiedział się… Miał pewnie nadzieję, że powiem aby został ale nie powiedziałam, chociaż wiedziałam, że nie będzie już miał o tej porze busa i niewiadomo jak dotrze do domu… Dziś znów przyjechał i znów ociągał się z odejściem, zaczął myć naczynia, poodkurzał… chce pokazać, że się zmienił, że się stara a ja nie mogę na niego patrzeć… Skarży się, że nie może sobie znaleźć miejsca w domu, że rodzice traktują go jak małe dziecko, że nie może z nimi już wytrzymać, że gdy jest ze swoja rodziną czuję jakby się cofał, nie widzi sensu życia beze mnie… tylko mnie to nie rusza, jestem jak sopel lodu…

To nie jest już mój mąż, nie jest już częścią mnie - widzę jak bardzo jesteśmy różni, nic nas nie łączy, jesteśmy z dwóch różnych światów, nie wiem jak kiedyś mogłam go pokochać? Jak mogłam go tolerować, jak mogłam pragnąć z nim być? Jest jak zagubione dziecko - zawsze taki był… pewność siebie, zaradność - to była tylko gra pozorów, zawsze był lękliwy, zawsze był słaby i chociaż starał się odgrywać twardziela nie był nim a ja z czasem przestałam go za to szanować…

Nie było go prawie 3 lata, a teraz nagle się pojawił... Dziwne to uczucie, jakbym przeszła przez drzwi, z jednego pomieszczenia w drugie, niby dużo a dla mnie nic się nie zmieniło - jakby czas nie istniał…



komentarze (9) | dodaj komentarz

Zmiana...

czwartek, 03 listopada 2011 22:34

     Odstawiłam po 700 dzieciaki do szkoły, wstąpiłam do rodziców a potem pojechałam na siłownię. Po treningu zobaczyłam na telefonie kilka nieodebranych połączeń od mamy – co się stało, że tak się do mnie „dobija”? Oddzwoniłam a wiadomość, jaką otrzymałam spowodowała, że zaschło mi w gardle…

 - R do niej zadzwonił (ze mną nie mógł się połączyć), że jest w szkole (?!) i zabiera do domu Natiego (Młody skończył lekcje przed 1000, miał iść do dziadków i tam na mnie czekać) chciał zabrać też Małą ale miała jeszcze lekcje a wychowawczyni odmówiła jej „wydania” tłumacząc, że nie zna R i nie dostała upoważnienia by on odbierał dziecko ze szkoły… Zaniemówiłam, zamurowało mnie dosłownie… Wypuścili Go? Ale jak? Kiedy? Teść nic nie mówił, gdy wczoraj rano przywiózł dzieci, a dziś przed 700 R jeszcze sam do mnie dzwonił („pobudkę” nam robił) i nic nie wspomniał, że jest u swoich rodziców! Postanowił zrobić dzieciakom niespodziankę… Mnie jednak ta niespodzianka wcale nie ucieszyła, zdenerwowałam się…- „Co teraz będzie?”, -„Mały ma klucz od mieszkania, co jeśli R do niego wejdzie i już nie zechce wyjść?”… Bałam się spotkania z nim…

Wzięłam szybki prysznic i pojechałam do domu. R nie przyjechał sam, była z nim jeszcze jego siostra z dzieckiem i matka.  Przywitałam się chłodno i zabrałam się do zaścielania łóżek, R nawet lekko się oburzył, że jestem „taka nafukana” – a na co liczył, że rzucę mu się na szyję? Byłam bardzo spięta, rozumiem, że on się cieszy – w końcu jest na wolności, w końcu ma przy sobie dzieci, bliskich i jest w swoim domu, ale mi nie było do śmiechu, byłam totalnie zaskoczona…

Z tego co opowiedział R wynika, że on sam o swoim zwolnieniu dowiedział się wczoraj. Do szpitala przyszedł fax z sądu z nakazem „natychmiastowego zwolnienia”. R postanowił nie czekać, tylko jeszcze tego samego dnia opuścić szpital. Wyjechał po 1500 i „w ciemno”, bez znajomości rozkładu jazdy pociągów, przez Białystok, Warszawę, wyruszył w drogę do domu. Do Lublina dotarł przed świtem – stamtąd przywiózł go już ojciec…

     Nie wiem, co teraz R zamierza robić, ze względu na obecność jego siostry i matki nie rozmawiałam z nim, nie wiem jakie ma plany. Pojechaliśmy wszyscy razem po Małą do szkoły a potem R zabrał ich do restauracji. Ja poszłam do rodziców i dołączyłam do nich dopiero po godzinie. Dzieciaki oczywiście szczęśliwe… Na widok ojca w szkole nie posiadały się z radości… zaczęły się dopytywać R gdzie teraz będzie mieszkać? On odpowiedział pytaniem: „A gdzie byście chciały żebym mieszkał?” Na co one, że oczywiście - „u nas w domu”(!)…

Po „uczcie” odwiozłam wszystkich na przystanek busów. Miałam wrażenie, że R nie ma w planie jechać, ale nie zatrzymywałam go i po chwili dołączył do teściowej. Jutro ma przyjechać po dzieci do szkoły, ma też do załatwienia jakieś sprawy w urzędach. Dzieciaki już zapowiedziały, że jadą na weekend do tata…

     Nie wiem, co teraz będzie, ciągle jestem spięta, nie jestem w stanie nawet się uśmiechnąć…

Nowy rozdział się zaczyna…



komentarze (2) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 035  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261035
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni