Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Czyn społeczny

niedziela, 28 listopada 2010 14:50

    Pojechałyśmy wczoraj z mamą kupić nową wykładzinę do kuchni dziadkowi. Wracając zastaliśmy na drodze prowadzącej do posesji pracującą grupkę sąsiadów – w pospolitym ruszeniu zmówili się i wzięli za wyrównywanie drogi, gdyż znowu porobiły się na niej dziury a gdy popada nie daje się normalnie przejść, kałuża stoi przy kałuży a jazda po takich wyrwach grozi uszkodzeniem samochodu. Sąsiadka krzyknęła „Zapraszamy do pomocy!” - nie było więc innego wyjścia jak tylko wskoczyć w jakieś stare łachy złapać za grabki i szpadel i dołączyć do ekipy remontowo-budowlanej skoro sami też z tej drogi niemal codziennie korzystamy przy okazji odwiedzin dziadka. Razem było nas chyba z 12 osób. Robota do lekkich nie należała, musieliśmy rozkopywać zalegający na poboczu zamarznięty żwir zmieszany z ziemią (który zalegał od czasu gdy w lecie droga była na nowo usypywana i wyrównywana przez spychacz) i zasypywać nim dołki ale humory wszystkim dopisywały więc praca szła żwawo. Do czasu, aż doszliśmy do ostatniej posesji przy wjeździe w naszą uliczkę. Co dla wszystkich było do przewidzenia, nagle pojawiła się sąsiadka z pretensjami, że „jakim prawem bez jej pozwolenia cokolwiek robimy na drodze, która leży przecież w granicach jej działki”. Na nic zdały się dyskusje i argumenty, że równamy drogę bo przecież nie da się już nią normalnie przejść a ludzie muszą jakoś dojeżdżać do swoich domów. Poza tym w większości po kolei mieszkają już starsi schorowani ludzie, czasami trzeba wzywać pogotowie a karetka ma problem z przejechaniem przez zalegające po bokach krzaczory i doły! I chociaż droga leży w granicach każdej działki po kolei od ponad 50 już lat jest drogą ogólnodostępną zaznaczoną nawet w planach miasta, niestety Urząd Miasta nic w sprawie drogi nie robi bo nie mają pieniędzy na wykupienie działek, argumentują to też tym, że tak jak nasza krzycząca sąsiadka nie wszyscy mają uregulowane sprawy spadkowe, więc nawet odkupienie tych działek pod budowę normalnej drogi jest utrudnione. Jedyne co mogą zrobić to od czasu do czasu nawieźć żwiru a w zimie przysłać pług do odśnieżania, dlatego nie pozostało nic innego jak wziąć sprawy w swoje ręce i na ile się da samemu wyrównać drogę. Do sąsiadki jednak nic nie przemawiało. Owszem z prawnego punktu widzenia racja Mozę jest i po jej stronie ale przecież nikt jej niczego nie demoluje, niczego nie zabiera… „Nic przez Panią nie przemawia jak tylko czysta złośliwość - inaczej nie można tego nazwać. Co Pani szkodzi okazać trochę serca sąsiadom?” - powiedziałam „Jeździć i tak wszyscy tędy jeździli, jeżdżą i jeździć będą i jakoś o to nie ma pretensji jak tylko do tego, że zasypujemy dołki” – debilizm! Sąsiadka się zacietrzewiła i zadzwoniła po policję, bo: „Na jej działce dokonuje się samowolki”! No cóż, cały czas robiąc nadal swoje doczekaliśmy przyjazdu policji. A policja co może? Nic nie może… bo to nie w jej gestii, w zasadzie nic nie robimy co podlegałoby jakiemuś poważnemu wykroczeniu, przyjęli nasze tłumaczenia ze zrozumieniem i spisali. Nie widziałam jeszcze, żeby ludzie tak się garneli do podawania swoich danych osobowych policji, mundurowy nie nadążał z pisaniem, spisał kilka osób i dał sobie w końcu spokój bo za dużo było chętnych… Śmiać tylko mi się chciało bo przy kilku pierwszych osobach adres zameldowania był zupełnie inny niż miejsce zajścia. Z danych wynikało np. że jedna sąsiadka przyjechała na akcję zasypywania dołków, aż z Sosnowca!  A ja jak i moja mama z innych dzielnic miasta. A potem… zaczął padać śnieg. Wredna sąsiadka widząc, że nic nie wskórała skryła się w domu, policjanci odjechali a nasza brygada po zakończeniu robót udała się w kierunku swoich domostw. Za nami biały puch zaczął coraz intensywniej pokrywać miejsce „przestępstwa”, za moment w ogóle nie było widać, że cokolwiek było tu robione pozostała tylko biała równa powierzchnia. Jedna z sąsiadek całą akcję skwitowała w kilku zdaniach: „A pamiętacie jak było z Hogatą? Tak samo wszystko jej przeszkadzało; bo ktoś skuterem za szybko przejechał… nawet jak jakiś pies narobił obok jej siatki to ganiała po wszystkich z pretensjami wołając: „Nasz Kuba tutaj na pewno nie nasrał, wiem jak wygląda gówno Kuby i to nie jego…!” Tymczasem już ponad 20 lat jak Hogata nie żyje a droga jak była tak jest nadal… I tutaj tak samo będzie…”

Tak sobie myślę, że takie akcje społeczne, są fajne i pożyteczne. Dochodzi do integracji, zacieśniają się więzi z sąsiadami wszyscy potem są bardziej skorzy sobie w razie potrzeby pomagać bo mają poczucie większej wspólnoty. „Trudniej” też się potem chyba pokłócić o jakieś duperele jeśli wcześniej łączył nas jakiś wspólny cel, patrzymy na siebie z większą życzliwością i zrozumieniem.

     Wczoraj z siostrą ociepliłyśmy też psu budę a także przygotowałyśmy dla kotów w stodole „domek” zagrzebany w sianie – mam nadzieję, że jak przyjdą mrozy to będzie im tam ciepło. Do domu wróciłam zmęczona ale jeszcze czekały mnie porządki, udało mi się też trochę podgonić robotę. Ale po 2200 wybrałam się jeszcze z rodzicami na zakupy do Tesco ze względu na nocną promocję zabawek; rodzice jako mikołaje a ja jako skrzat –doradca. Do domu wróciłam przed północą. Trochę poczytałam i walnęłam się spać ale gdzieś po 200 zbudził mnie kot, wśliznął mi się pod kołdrę... Zamiast jednak grzecznie spać to coś się kręci, pomrukuje, coś „tłumaczy” – „acha! Już się chyba domyślam o co ci chodzi…!” – przyłożyłam rękę do jej brzucha… no tak, zaczęło się! Za jakąś godzinę - dwie będę miała przychówek! Nie bardzo mi się jednak widziało, by do akcji porodowej doszło w pościeli. Zaprowadziłam kicię do pudła ale spania już nie ma bo muszę czuwać, ona co raz coś do mnie pomrukuje i odejść nie da! Przysunęłam więc pudło do łóżka, rękę spuściłam w dół na kota i usiłuję tak spać. Przyniosło to krótkotrwały efekt, kotka stanowczo czuje się bezpieczniej ze mną w łóżku! Boże!! Mija godzina, skurcze ma coraz silniejsze i częstsze: to dyszy, to mruczy, prycha, zieje – cholera jak mi się chce spać!! W końcu gdzieś przed 4 z chwilowego „odlotu” wybudza mnie przeraźliwe miałczenie – mam wrażenie, że wszyscy sąsiedzi w bloku ją słyszą! No, ale pierwszy przeszedł, najgorsze ma za sobą z reszta pójdzie już łatwiej i… ciszej! Niestety wszystko odbywa się oczywiście na łóżku, prześcieradło zasyfione! W dodatku sama muszę zawiązać i odciąć pierwszemu pępowinę bo właśnie urodził się drugi i pierwszy już poszedł w odstawkę a ja nawet nie mam czym odkazić nożyczek! W ogóle się nie przygotowałam na odbieranie porodu!

Dobra, są dwa i przerzucam całe towarzystwo do pudła, zmieniam pościel i w końcu idę spać…

    Zbudziłam się przed 1100. Boli mnie stopa, aż nie mogę normalnie chodzić jak tylko na palcach, bolą mnie łopatki, ramiona – bokiem wychodzi wczorajsza łopatologia stosowana. W pudle zastałam 4 kocie noworodki. Cholera co ja z nimi zrobię! Znowu będę wystawiać na allegro a jak się nie znajdzie chętny? Nie, no w tym roku koniecznie muszę ją wysterylizować, nigdy nie mam dość na ten cel pieniędzy ale to nie ma co liczyć na zastrzyki. Przecież teraz też miał działać 4 miesiące i co? I po 2 zaszła, cholerna gonia cichodajka… Żeby chociaż jakiś pomruk, wyginaczki - cokolwiek żeby dała znać, że ma ruję ale nie, ona nie da po sobie tego poznać a potem surprise, zaczyna dziwnie tyć!

Teraz pudła pilnuje pies, śpi obok i nie daje podejść młodej kotce, która jest bardzo ciekawa co tam popiskuje w środku. Cyrk z nimi... Hmm, ale teraz siła zwierząt w moim domu przewyższa ludzi! Nic tylko walić łbem w ścianę no ale za to dzieciaki jak wrócą dziś od teściów będą miały niespodziankę, która je bardzo ucieszy…

 




komentarze (8) | dodaj komentarz

Każdemu zdarza się decydować o losie drugiego człowieka.

piątek, 26 listopada 2010 1:48

     Na ostatniej wywiadówce dowiedziałam się, że mój synio o ile podciągnął się z nauką o tyle jego zachowanie nie uległo poprawie. Można nawet powiedzieć, że jest gorzej bo zaczął prześladować jednego kolegę w klasie. Przezywa go, dokucza, kuł ołówkiem itp. i z tego powodu pani zmuszona była posadzić go samego. W stosunku do pań też nie zachowuje się lepiej bo przeszkadza im w prowadzeniu lekcji wcinając się z głupimi komentarzami i rzucając przekleństwa pod nosem gdy coś dzieciom czytają lub objaśniają zadania. Panie jednak przyjęły metodę nie reagowania na tego typu zachowania gdyż najwyraźniej Nati chce w ten sposób zwrócić na siebie uwagę i wierzą, że prędzej czy później mu to przejdzie…

W domu jednak podjęłam z Młodym temat znęcania się nad innymi dziećmi. Oczywiście na pytanie dlaczego tak się zachowujesz odpowiedź miał jedną „Bo to głupek i nikt go nie lubi, wszyscy go przezywają”… Wytłumaczyłam mu, że on nie musi postępować jak wszyscy, chciałam żeby zrozumiał, że chłopiec przez takie traktowanie będzie się czuł nieszczęśliwy, że jest mu bardzo przykro

– Jak ty byś się czuł, gdyby ktoś ciebie przezywał? – Byłbym wściekły…

- A przyjemnie by ci było – Nie… - Byłbyś smutny? Chciałoby ci się płakać?  - Tak…

- A chciałbyś chodzić wtedy do szkoły? – Nie chciałbym…

- No a pomyśl co czuje jego mama gdy się dowie, że jej dziecko ktoś w szkole dręczy?... Jak ja bym się czuła gdyby ktoś tobie robił krzywdę?...  A jak się czuję, gdy pani mówi, że ty-mój syn prześladujesz kolegę w klasie… przecież wszyscy pomyślą, że to ja ciebie tak źle wychowuję, że ja ci za mało uwagi poświęcam i dlatego ty się tak zachowujesz… czyli, że to moja wina… czy ty wiesz jak mi jest wstyd? A czy ja ciebie źle wychowuję? Źle uczę? – Nie… - odparł ściszonym głosem

- Czy wobec tego obiecujesz mi, że już nigdy nie będziesz tak robił? – Obiecuję…

- Musisz nauczyć się okazywać więcej empatii… wiesz co to jest empatia? – Co to?

– To gdy potrafisz wczuć się w czyjeś położenie… pomyśl np. co czuje dziecko, które stoi na bosaka na śniegu? – Zimno mu w nogi…

- No zimno a co ty byś zrobił gdybyś zobaczył, że to dziecko stoi bez butów i marznie?... - (chwila namysłu…) Poszedłbym do domu, nalał w wiadro ciepłej wody, przyniósł temu dziecku i kazał mu do niego wejść i już by mu było w nogi ciepło… (No comment)

No, ale grunt, że coś dotarło… Jestem w kontakcie z panią i za tydzień dowiem się, czy słowa dotrzymał.

     Dzisiaj z kolei odkryłam w sobie nową pasję. Spędziłam wieczór z dzieciakami na… szyciu ciuchów dla Barbie. Ostro do roboty wziął się nawet Nati pomagając Małej w szyciu sukienki dla lalki i robieniu bucików na łapy kota z obciętych palców starej rękawiczki. Ja uszyłam lalce rajstopy ze starych kabaretek, super suknię z rękawa mojej starej bluzki i komplet koronkowej bielizny ze starego biustonosza oraz sweter z wykładanym golfem z rękawiczki. Dzieło przedstawiam poniżej. Zapewne przygoda z szyciem będzie miała jeszcze ciąg dalszy bo bardzo się nam spodobała.


 

     We wtorek byłam z dziećmi u R. Nie miałam szczególnych zapędów by go odwiedzać ale w sobotę była u niego teściowa i gdy potem przyjechała żeby zabrać na weekend dzieci przekazała, iż bardzo prosi mnie o spotkanie. R lada dzień ma jechać do szpitala. Wysyłają go aż za Wrocław – tj. prawie 600km od miejsca zamieszkania, najmniej będzie tam przez pół roku o ile jego stan zdrowia poprawi się na tyle, że będzie kwalifikował się do wypisania, jeśli nie to nie wiadomo ile czasu tam spędzi. Będąc w szpitalu nie zobaczy już dzieci bo nie mają tam wstępu a zważywszy na odległość również wizyty najbliższych odbywać się będą nieczęsto… Mimo wszystko wahałam się, byłam gotowa pozwolić dzieciom na widzenie się z ojcem w obecności teściów ale sama nie miałam szczególnych chęci iść. Jednak w poniedziałek zadzwoniła teściowa z pytaniem czy się wybieramy i gdy powiedziałam jej o swoich wahaniach dostała spazmów… Zaczęła płakać mi w słuchawkę, odnosić się do mojego sumienia, miłosierdzia; że on cierpi, jest w bardzo złym stanie psychicznym, w depresji, że boją się iż może z sobą skończyć, że przecież sama jestem matką i jakbym się czuła gdyby to spotkało mojego syna, że ona nie może patrzeć jak cierpi jej dziecko, że serce jej się kraja, że chciałaby żebyśmy się kiedyś zeszli itp - więc poszłam… R o dziwo był w lepszym nastroju niż ostatnio, nawet się ogolił, był jakiś taki pogodniejszy, spokojniejszy – najwyraźniej leki działają bo w końcu znowu zaczął je dostawać. Zdałam mu relację co ogólnie słychać, co u dzieci bo oczywiście gdzieś 2 tyg temu napisałam list ale jeszcze do niego nie dotarł! Do mnie ostatnio hurtem zaczęły przychodzić listy które on pisał gdzieś jeszcze we wrześniu! Cóż, zanim zostaną ocenzurowane i odesłane muszą sobie trochę w sądzie poleżakować… pieprzona sądownicza biurokracja! R tak samo: opinię o stanie zdrowia po pobycie na obserwacji w szpitalu dostał w styczniu, do posiedzenia sądu doszło dopiero na początku września i po opinii biegłych postanowiono, iż ma być natychmiast(!) umieszczony w szpitalu ze względu na stan zdrowia tymczasem z realizacją tegoż postanowienia czekano aż do teraz chociaż w sumie to i tak szybko bo ponoć niektórzy czekają pół roku albo dłużej! Wiem, nie powinnam się przejmować itd. ale nawet na tym przykładzie widać jak chore jest nasze sądownictwo i niekoniecznie sprawiedliwe, tam nie bierze się pod uwagę człowieka – nie ważne czy to kat czy ofiara i tak nikt się tobą nie przejmuje – ważny jest tylko paragraf… W nienajlepszych nastrojach rozstałam się z R. Wiedziałam, że R znowu będzie prosił o wybaczenie i żeby dać mu szansę – o tym samym zresztą ciągle pisze w listach, nadzieja że będziemy razem, że będziemy stanowili szczęśliwa rodzinę ponoć dodaje mu sił żeby wytrwać w tym miejscu i całkiem się nie załamać, nie skończyć z sobą, stanowi to cel dla którego codziennie wstaje, dla którego gotowy jest się leczyć… Ale co ja mam zrobić, tłumaczyłam to również teściowej, nie mogę mu przecież dawać złudnych nadziei, mam go okłamywać dla jego lepszego samopoczucia? Czy może mam się poświecić i przystać na jego prośby - tylko w imię czego? Dla dobra dzieci? Rodziny? A co ze mną, jaki ja osobiście mam ku temu powód? Gdyby nie było dzieci czym miałabym się wtedy kierować, co by mnie miało do tego poświęcenia się przymusić? Teraz wszystkie wcześniejsze zachowania R tłumaczone są jego chorobą i choroba wg niego i teściów to powód dla którego ja powinnam mu wybaczyć tylko, że ja nie uciekam przed jego chorobą lecz przed nim jako partnerem, dla mnie to nie ważne; nawet gdyby całkowicie wyzdrowiał, gdyby już miał nigdy nie podnieść na mnie ręki i miał być najlepszym mężem jakiego można sobie wymarzyć – ja sobie z nim już wspólnego życia nie wyobrażam! Po prostu, do poświęcania się trzeba pewnego rodzaju miłości a we mnie już jej nie ma! Oczywiście życzę mu jak najlepiej jako człowiekowi, jako ojcu moich dzieci i jestem w stanie pomimo tego całego zła które się miedzy nami wydarzyło utrzymywać z nim normalny kontakt, bez wypominania, bez rozdrapywania ran ale na żadną poufałość, wspólną przyszłość nie jestem w stanie się zgodzić…

R miał łzy w oczach, wargi mu zadrżały – więc nie?- spytał- to twoje ostatnie słowo? Spójrz na mnie, dlaczego uciekasz gdzieś wzrokiem…

- Nie mogę – odpowiedziałam – jak to sobie wyobrażasz? Że będziemy razem spać? Będziemy jeść sobie z dziubków jakby nigdy nic się nie stało, chodzić pod rękę jak szczęśliwe małżeństwo… Ty będziesz szczęśliwy… a ja?

Wstał raptownie gotowy odejść. Wstałam i ja kierując się ku wyjściu, spojrzałam za siebie:

 - Więc nie… dobrze… - miał minę małego, nieszczęśliwego, bezbronnego dziecka któremu coś odebrano. Oczy wszystkich obecnych skierowały się na nas

- Nie szantażuj mnie… - odpowiedziałam na odchodne, puściłam przodem dzieci i wyszliśmy



komentarze (6) | dodaj komentarz

W poszukiwaniu przyczyn złego samopoczucia....

wtorek, 16 listopada 2010 1:15

 

 

 

     No i mnie dopadła w końcu jakaś apatia… Dzień tak szybko ucieka i tak późno się zaczyna. Niedość, że ciężko mi się zwlec z łóżka to jeszcze w ciągu dnia dopada mnie jakaś śpiączka…

     Zaczęło się od tego, że przyśniła mi się jakiś czas temu babcia. Właściwie to najpierw znalazłam się u niej w domu i patrzyłam przez okno. Był piękny letni dzień słońce migotało spomiędzy liści drzew i przez zarośla zauważyłam najpierw na drodze postać sąsiadki, starej babuleńki, która miała zwyczaj podpierając się laską spacerować drogą w tę i z powrotem… zadrżałam, bo sąsiadka zmarła już ok. 10 lat temu, wytężyłam wzrok bardziej i gdy mnie mijała zamieniła się nagle w postać w kraciastej czerwono-białej koszuli (koszuli dziadka, którą akurat wieczorem prasowałam wraz z resztą prania jakie od niego zabrałam). Postać się odwróciła i z profilu zobaczyłam, że to moja babcia! Zaczęłam wołać „Babciu, babciu!!” – nie słyszała mnie tylko spojrzała gdzieś w stronę pola a potem ruszyła dalej. Wybiegłam z domu a może wyskoczyłam nawet przez okno, dość ze nagle znalazłam się na drodze i biegłam za nią ciągle wołając lecz ona się gdzieś rozpłynęła… a ja się obudziłam i już coś we mnie zostało dziwnego...

Wstałam, wyszłam z psem na dwór. Stanęłam na trawniku, ranek był piękny słońce świeciło wiał dość silny ale ciepły jak na tę porę roku wiatr, moją uwagę przykuł kwiat mniszka lekarskiego jaki zobaczyłam przy mojej stopie –„hmm, zima niedługo a tu przyroda budzi się do życia, coś się komuś pomyliło” – pomyślałam… Z zadumy wyrwało mnie głośne krakanie wrony przelatującej nad moja głową... Nie wiem czemu poczułam jakiś niepokój i odebrałam to jako zły omen… Ale to nie koniec, odeszłam do samochodu i nagle dobiegło mnie gęganie, spojrzałam w górę a nade mną przeleciały nisko dwa łabędzie!! Przeleciały tuż ponad dachem naszego bloku na wysokości ok. 4 piętra więc widziałam i słyszałam je dokładnie, kierowały się na południe w stronę słońca… dziwne zbiegi okoliczności, które jak sen wlazły w moją głowę i nie dają mi spokoju do tej pory…

     Tydzień temu jeździłam do poradni neurologicznej po opinię i odbiór wyniku EEG Natiego (robiłam mu badania by wykluczyć przeciwwskazania do treningów Biofeedback). Pani doktor nie miała dla mnie pomyślnych wieści. Okazało się, że badanie wykryło u Młodego padaczkę! Trochę to dziwne dla mnie, bo miał robione takie badanie jako 6-latek i wtedy nie było jakichś poważnych nieprawidłowości w odczycie dlaczego więc teraz? 29.11 jesteśmy umówieni do pani doktor na dodatkowe badania. Mam mgliste pojęcie o tej chorobie nie wiem czy mam powody do niepokoju, czy nie ale jest to druga przyczyna mojej apatii.

     A trzecia jest taka, że wczoraj zrobiłam sobie analizę masy ciała i okazało się, że przytyłam 3 kg!! Coś tak czułam, że jest nie tak jak ma być. Miałam plan, że schudnę a tu surprise… ale z czego to się mi do cholery wzięło?? Owszem nie latam już chyba z miesiąc na siłownię ale jak latałam to trochę nawet schudłam dlaczego więc nagle przytyłam?? Żeby to był przyrost masy mięśniowej to rozumiem ale to jest sadło!! Jeszcze OK gdybym się zaczęła jakoś inaczej odżywiać, żreć więcej ale NIE! Więc dlaczego??!! Nic nie tłumaczy mojego stanu jak tylko to, że… mam w sobie geny niedźwiedzia!!! Tak; to tłumaczy mój przyrost wagi, moją senność i spowolnienie mojego metabolizmu… Teraz będę żyć w takim odrętwieniu aż do roztopów, no może przesada – do stycznia/lutego tak będzie. Potem dzień zacznie się wydłużać i ja zacznę się wybudzać. Cholera jakby tak ktoś mógł listopad i grudzień usunąć z kalendarza, jak dla mnie mogłoby ich nie być! Chociaż listopad dzięki bogu jak dotąd mamy można powiedzieć nawet, że piękny.

Wczoraj np. pospacerowałam przed południem po łące, było tak cicho, spokojnie i ciepło - od razu serce się cieszy, miałam ochotę gdzieś wyjechać ale niestety nie ma z kim…

No i znowu, popadłam przy okazji w zadumę, bo zdałam sobie sprawę, że gdyby nie siostra to ja nigdy bym nie miała z kim gdziekolwiek wyjść czy pojechać. Kiedy nawet byłam z R, jeszcze w okresie narzeczeństwa nie było żadnych wspólnych wyjazdów, nie chodziliśmy nawet do kina ani do knajp czy żeby nawet pójść na spacer – ot wyjątek gdy czasami przyjeżdżał po mnie na studia, gdy kończyłam zajęcia i razem wracaliśmy z Lublina do domu. Ale żeby razem tak gdzieś wyjechać np. na weekend, na jakąś wycieczkę... Potem już jako małżeństwo i owszem kilka razy gdzieś udało nam się wyskoczyć ale to dosłownie można by na palcach policzyć. Podobnie było/jest z innymi facetami których poznałam. Np. D – spotkaliśmy się pierwszy raz w knajpce a potem już tylko znajomość przez Internet albo on z chęcią mógłby odwiedzić mnie w domu… Miewał też fantazje (niezrealizowane), że w środku nocy mógłby po mnie podjechać samochodem ja bym się wymknęła, odjechalibyśmy gdzieś w odludne miejsce na szybki sex a potem… no właśnie nie wiem co ale mam nadzieję, że w jego wizji była opcja, że mnie odwozi całą zdrową i szczęśliwą do domu  a nie, że morduje i ciało porzuca w lesie… W każdym bądź razie z panem D nigdy nie wiązałam planów na przyszłość z jego podejścia widać, że on ze mną też zresztą nie (ponoć ma dziewczynę i zawsze jakąś tam miał). Kończyliśmy również już kilka razy tę naszą dziwną znajomość (ostatnio zrobiłam focha gdy zaczął składać propozycje bym się spotkała z nim i… jego kolegą na sex) ale D co jakiś czas pomimo wszystko sobie o moim istnieniu przypominał - wyjeżdżał, milczał rok, kilka miesięcy a potem wznawiał konwersację… tylko dlaczego mnie to dołuje a nie cieszy?…

Podobnie zresztą jest z X. Ten jednak ma plus za to, że nigdy mnie wirtualnie nie molestował, nie chciał się przede mną w ten sposób obnażać ani żebym robiła dla niego jakieś pokaziki przez skaypa jak inne orły. Wprawdzie nie dało się go nigdy wyciągnąć na miasto (zresztą może to i dobrze, z niektórymi facetami po prostu lepiej publicznie się nie pokazywać jeśli się chce zachować dobrą opinię) ale można było się spotkać u niego nie „tylko na sex” ale też pogadać o problemach, oglądnąć wspólnie jakiś film popijając piwo… Ale oczywiście w tym wypadku też nie można mówić o jakiejś zażyłości. X również przypomina sobie o moim istnieniu… gdy najdzie mu taka ochota. Też był czas, że zerwaliśmy kontakt na dłużej. Ostatnimi czasy daje jednak znak życia o specyficznych porach; mogę się spodziewać go w weekendy w godzinach gdy normalni ludzie śpią głębokim snem. Ostatnio np. widzieliśmy się z miesiąc temu. Wprosił się do mnie gdzieś ok. 100 w nocy… z kolegą! Wkurzyłam się gdyż gość był nieproszony a X w stanie lekkiego zamroczenia alkoholowego. Jak się tłumaczyli spotkali się po dłuższym okresie niewidzenia i trochę zabalowali i X naszła myśl, że musi mnie zapoznać z kolegą!! X wypił piwo, padł na kanapę i zasnął. Kolega widząc, że nie jestem zbyt uszczęśliwiona ich wizytą poczuł się zmieszany i chciał sobie iść ale dowiedziawszy się, że jest spoza miasta nie miałam sumienia go wyganiać więc kazałam mu się kłaść obok X… Co on do cholery sobie o mnie myśli, za kogo mnie ma. Czy zastanowił się jak to by wyglądało gdyby ktoś zobaczył jak nad ranem wykrada się z mojego mieszkania najpierw jeden facet, potem drugi... No ale przecież  "co ja się przejmuję ludźmi"...

X ponownie odezwał się do mnie tydzień temu… o 600 rano! Nie zgodziłam się aby przyjechał, od tamtej pory cisza… Chyba powinnam być zadowolona, że mu nie uległam ale w sumie tęsknię i niepokoi mnie to, że coraz bardziej i nie cieszy mnie to ale dołuje…


     Dziś wysłałam Młodego do szkoły. Przez tą moja apatię nie miałam ochoty rano wstawać i wozić dzieciaki do szkoły, zresztą „dobrze” się złożyło bo… Nati zaczął kaszlać, miałam więc początkowo wymówkę żeby siedziały w domu ale kaszel zamiast po kilku dniach przejść utrzymuje się już trzeci tydzień i końca nie widać. 2 razy zaliczyliśmy już lekarza, wziął antybiotyk i nic! W tamtym tygodniu, we wtorek posłałam go do szkoły pomimo kaszlu bo martwiłam się, że będzie miał duże zaległości ale w środę już go nie dowiozłam bo tak zaczął mi dudnić w samochodzie, że po drodze wykręciłam do przychodni. Dzisiaj kaszle już jednak mniej więc pomimo stawianych oporów był w szkole. Za to Małej tak się spodobało siedzenie w domu, że zwiała mi spod przedszkola i uciekła do dziadka! Ale nią się nie przejmuję, mniej zapłacę za przedszkole w przyszłym miesiącu po odliczeniu nieobecności a z kasą u mnie ciężko co stanowi czwartą przyczynę mojego doła.

      Więc coraz mniej mi się chce działać, tzn. chce mi się ale jakoś nie mogę. Popadłam za to w manię czytania; co tydzień – dwa mam jeden tom za sobą. Teraz też miałam czytać ale jak zwykle się rozpisałam, późno się bardzo zrobiło głowa mnie rozbolała więc idę spać. A to wszystko co zostało tu napisane to tak tylko „ku pamięci” bo w zasadzie nie ma to większego sensu…



komentarze (18) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  261 005  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 261005
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni