Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Szumy

czwartek, 31 października 2013 2:29

    Koniec października zaskoczył nas piękną, letnią pogodą. Żal było zmarnować te dni na siedzenie w domu więc na weekend zarządziłam wyjazd do Suścia, na Szumy.

Pierwszy raz byłam tam jakieś siedem lat temu, również jesienią, gdy dzieci były jeszcze małe. Pojechaliśmy wtedy na dwa samochody z rodziną siostry. Chodziliśmy pięknymi leśnymi szlakami wzdłuż potoków a na koniec zrobiliśmy sobie piknik i ognisko w wyznaczonym miejscu przy parkingu. Świetnie się wtedy bawiliśmy ale niestety nie miałam aparatu i naszej wycieczki nie uwieczniłam. Od dłuższego więc czasu chodził za mną pomysł żeby ten wyjazd powtórzyć, chciałam pojechać latem ale albo nie było z kim, albo czym, albo za co… Więc skoro teraz, na weekend zapowiadała się piękna pogoda a siostra wyjechała i zostawiła mi swój samochód. rzuciłam R hasło – „jedziemy na Szumy”. Niestety, R zapowiedział, że w sobotę może być w domu dopiero po 15.00… Uznałam, że to stanowczo za późno na wycieczkę gdy w jedną stronę trzeba zarezerwować najmniej półtorej godziny. Dojechalibyśmy dopiero przed 17.00 a ok. 18.00 już się robi ciemno… Zła byłam na niego, zawsze tylko sklep, sklep i sklep, jakby bez niego już sobie nie mogli tam dać rady. Nie może chociaż jednego dnia odpuścić i poświęcić go dla rodziny? Gdyby pracował u obcego przysługiwałby mu urlop, pracowałby tylko po 8 godzin dziennie i miał wolne soboty i niedziele, ewentualnie dodatkowo płatne, lub wole w zamian w inne dni. Ale nie u rodziców! Tutaj musi zataraniać od świtu do wieczora a jak chce wcześniej wyjść to mu siostra czy matka łaskę robią jak go zmienią! No trudno, nie pojechaliśmy w sobotę ale w niedzielę rano R dzwoni, żebym przyjechała do sklepu w południe, bo zgodzili się go wcześniej zmienić. Niestety, choć dzień piękny, iście letnia pogoda to mnie od rana prześladuje jakiś pech i gdy już wychodzę spakowana z dzieciakami do samochodu okazuje się, że popsuł się pilot przy kluczykach a zamek w drzwiach do samochodu jest wyłamany więc nie mogę go otworzyć „normalnie”! Szlag by to trafił, muszę się wrócić do domu i rozkręcić pilot, może się bateria poluzowała – wcześniej już też mi się tak robiło… Jednak „upchanie” baterii ani wyginanie blaszek w środku nic tym razem nie daje – samochód się nie otwiera! Majstruję przy tym cholernym pilocie już z pół godziny i nic… Tracę pomału nadzieję – może bateria się wyczerpała, gdzie ja teraz kupię drugą? Dzieciaki wróciły już z grajdołkami do domu i poszły się bawić na plac zabaw, R wydzwania „gdzie jesteśmy”a ja coraz bardziej wściekła pykam i pykam tym cholernym, porozkręcanym pilotem… i nagle słyszę przez otwarty balkon charakterystyczne ciche „trych” dochodzące z dołu, od samochodu. Wołam Młodą by pobiegła sprawdzić czy samochód jest otwarty – jest otwarty! No cud! Dochodzi już 13.00 ale jak się pośpieszymy to jeszcze wycieczka może się udać. Szybko więc zabieram rzeczy i z powrotem zbiegam na dół… ale okazuje się, że dzieciaki wypuściły kota! No nie możemy pojechać gdy kotka jest na dworze, przecież nas nie będzie do wieczora a kociaki gdy się zbudza będą piszczały z głodu. Koniecznie trzeba złapać kota! Jestem zła na moje bachorki, po co w ogóle go wypuszczały?! Teraz muszę jeszcze przedzierać się przez zarośla i na niego „polować” a to znowu zabiera mi trochę czasu! Na szczęście kicia zaczyna kopać sobie dołek... Korzystam więc z okazji i łapię ją za łeb gdy załatwia potrzebę – teraz mi się już nie wymknie i gdy kończy mogę ją zanieść do domu…

Możemy jechać ale po drodze muszę jeszcze zatankować, opłukać szyby, bo ledwo co przez nie widać no i u R jesteśmy sporo po 13.00. W dodatku okazuje się, że jego droga siostrunia od rana jeszcze nie zdążyła wysuszyć głowy więc się spóźnia aby go zmienić! No nie, czarno już widzę ten nasz wyjazd… Ale nie rezygnujemy i pomimo wszystko po 14.00 wyjeżdżamy. R jest zły ale pozwalam mu się wygadać, wyżalić i gdy już wszystko z siebie wyrzucił humor zaczyna mu powracać, chociaż co raz jeszcze denerwują go dzieci… Do Zamościadojeżdżamy na 15.00 i tutaj zaczyna się wołanie „siku”. Zatrzymujemy się więc przy Mc’Donaldzie ale oczywiście dzieciakom od razu chce się też i jeść – co z tego, że mają herbatę i kanapki w torbie. Robimy więc dłuższy postój, bo kolejki są długie ale dzieciaki są przeszczęśliwe z faktu, że mogą posilić się w fast foodzie. Czarno już widzę ten nasz wyjazd, w takim tempie nie wiem na którą dojedziemy na miejsce. Pomału dalsza podróż traci dla mnie sens, bo przed nami jeszcze ponad 50 km. a tu słońce już nisko i zaraz będzie 16.00 a wg. starego czasu 17.00 więc zaraz ciemno zacznie się robić!Może lepiej już sobie darować dalszą podróż – choć byłabym wielce niepocieszona – i pochodzić sobie po Zamościu, pójść np. do zoo?Ale R nie daje za wygraną i trzyma się planu. Żeby jednak było szybciej skracamy sobie drogę i jedziemy przez Krasnobród, przez jakieś dziurawe drogi, wsie i pola, zgodnie z mapą którą zabrałam ze sobą. Gdy docieramy do Krasnobrodu słońce chyli się już ku zachodowi, coraz mniej widzę sens, by jechać dalej ale jesteśmy już tak blisko…Pilotuję R wg mapy i jedziemy jakimiś drogami lokalnymi, byleby szybciej, skrótami. W końcu wjeżdżamy w las… i asfalt się kończy! Nie wiem co robić, jechać dalej? Cofać się i szukać głównej drogi? Wg mapy ta droga jest prosta i prowadzi do jakiejś wsi, może to tylko kawałek a potem znów jest asfalt? R mnie słucha i jedzie… Jedziemy przez las wybojami aż się boję, że w końcu uszkodzimy podwozie. Bardziej tu by pasowała terenówka… W końcu zaczynają się zabudowania, mamy więc nadzieją, że zaraz zobaczymy szosę… i nagle droga się kończy a my orientujemy się, że oto wjechaliśmy komuś na podwórko! Nie no cyrk, R burczy pod nosem - czemu mnie posłuchał… Parskamy wszyscy śmiechem, wykręcamy i jedziemy w drugą stronę ale i ta droga jest ślepa, kończy się na jakimś pastwisku… Kręcimy się jeszcze jakiś czas po lesie, bo dróg tam wyjeżdżonych jest niczym w mieście i w końcu trafiamy znowu na asfalt, który prowadzi nas… do Krasnobrodu! Szlag, zrobiliśmy kółko i tyle czasu zmarnowaliśmy! R zasięga języka jak mamy dalej jechać ale ostatecznie znów gubimy drogę, znów wjeżdżamy w las, znów asfalt się kończy a my jedziemy i jedziemy wybojami... W końcu chciałam jechać do lasu to i jestem w lesie. Najgorsze jednak, że co chwilę mamy rozwidlenie drogi i nie wiemy w którą stronę jechać a wokół żywej duszy, żeby się zapytać i końca lasu nie widać a na dodatek jakieś dziwne odgłosy - nie wiem puszczyka czy sowy, jakby leciał za nami – dobiegają do nas przez otwarte okna – no grozą powiewa! Chcę włączyć GPS w telefonie ale jak na złość Młody musiał w czasie jazdy grać sobie w gierki i bateria jest na wyczerpaniu, co chwilę więc połączenie mi się wyłącza z informacją  „oszczędność energii” ! Jedziemy jednak dalej i w końcu zaczyna się jakaś utwardzona droga, nawet samochody nas zaczynają mijać znaczy to, że w pobliżu jest jednak jakaś cywilizacja. W końcu jest i wieś, i to ta wieś, którą mieliśmy mijać tuż przed Suściem więc już niedaleko i jeszcze chwila i w końcu będziemy na miejscu.

    Niestety, kiedy dojeżdżamy na miejsce zapada już zmrok. Jestem bardzo zawiedziona, bo miałam nadzieję na dłuższy spacer, na piękne zdjęcia a tak cała nasza wyprawa jest bez sensu. Co my zobaczymy po ciemku?! Mówiłam R żeby już zostać w Krasnobrodzie, tam też można było sobie ostatecznie pochodzić, pozwiedzać okolicę ale skoro nalegałam wcześniej na Susiec uparł się jechać dalej, chociaż zdawał sobie sprawę, że jak przyjedziemy to już będzie ciemno. Jakby specjalnie… Idziemy jednak sobie kawałek wzdłuż strumienia ale nie dochodzimy daleko, bo zmrok zapada bardzo szybko i coraz mniej widać a ja kotem nie jestem, żeby miały mnie kręcić takie wycieczki… Dalsza wędrówka byłaby wręcz niebezpieczna.

Chciałam zobaczyć szumy a jedynie słyszałam jak szumią w ciemności… i w dodatku po ciemku wlazłam w gówno (jak się okazało po powrocie na parking) – dobrze, że rozsądnie zabrałam z sobą obuwie na zmianę…

    Z powrotem wracamy już główną drogą, bez przygód. Ostatecznie z wycieczki jesteśmy zadowoleni, w końcu nie siedzieliśmy w domu, tylko spędziliśmy ten dzień razem. R zapowiada, że za tydzień weźmie sobie na cały dzień wolne, pożyczy samochód od kolegi i znów tu przyjedziemy, więc mam się nie martwić. Zobaczymy, mam nadzieję, że pogoda dopisze, chociaż zapewne nie będzie już tak ładnie…

 

I w którą teraz stronę?

DSC05389.JPG

 

Zostawili mnie w lesie...

Kopia DSC05395.JPG

 

Jeden z roztoczańskich wodospadów zwany lokalnie "szumem" ...

DSC05421.JPG

DSC05430.JPG

 

Przeprawa przez potok, prawie po ciemku...

DSC05449.JPG

 

Mijane miasta nocą...

DSC05548.JPG



komentarze (21) | dodaj komentarz

Czasami mam dość wszystkiego

wtorek, 15 października 2013 3:27

       Miałam dziś świtkiem jechać na grzyby ale się nie wyspałam i gdy tylko budzik oznajmił, że czas wstawać… przeszło mi natchnienie… Nie jestem w sumie amatorką grzybów ale po lesie pochodzić lubię a wczoraj dostałam akurat zaproszenie od kolegi brata, by „robić za kierowcę” i chociaż miałam opory by jechać – bo dzieci same w domu miały zostać z rana – ostatecznie zgodziłam się na wyjazd. Niestety Synio i koty spać mi w nocy nie dały! Najpierw kot wywrócił gitarę, której łoskot upadku w środku nocy poderwał na równe nogi wszystkich domowników – ja myślałam, że to wazon spada (tylko  jaki i skąd niby ten wazon?) R, że to strop się oberwał a Młody, że nastąpił jakiś wybuch, na końcu podniosła się zaspana Młoda z pytaniem „co się stało?” - Ok, to tylko gitara upadła - pokładliśmy się z powrotem do łóżek i miałam już wpaść w objęcia Morfeusza gdy nagle ogarnęła mnie światłość – to Młody włączył światło – „Po co świecisz? Wyłącz natychmiast i marsz do łóżka!” – Młody coś pomamrotał pod nosem ale posłuchał rozkazu. Ledwie jednak ogarnął mnie sen błogi  - lampka włączona! – Co się z tobą dzieje? – pytam Młodego –  Nie mogę zasnąć, to przez ten program na Discovery „wyjaśnić niewyjaśnione”… - Młody ewidentnie się czegoś boi, duży chłopak ale wchodzę do niego do łóżka i przytulam, mam nadzieję, że to pomoże mu zasnąć… Potem ostrożnie oddalam się na swoje miejsce, nakrywam kołdrą i … łup, łup, łup – słychać jak z biurka spada lamka, głośnik i coś jeszcze! To znowu koty!  Uwielbiają się wygrzewać przy lampce i często zasypiają tak na biurku  a potem przez sen, gdy się wyciągają lub zmieniają pozycję, zwalają wszystko co popadnie! Szlag by to trafił, Młody znów wstaje i znów włącza światło z pytaniem „co się stało?” - To koty  tylko… - odpowiadam – Kładź się spać – zasypia i ja również ale „wyrwania” ze snu zrobiły swoje, świtkiem nie mam już natchnienia na „grzyby” i myślę jedynie o dalszym spaniu. Na szczęście towarzystwa Karolowi zgodził się dotrzymać mój tato…

       Synio mój w ogóle ostatnio znów coś odwala. Poprzedniej nocy również nie mógł spać ale to ze względu na playkę. Oznajmiłam, że pożyczam na jedną noc jego PlayStation chłopakom siostry. Młody zaprotestował – Ale to tylko na jedną noc, chłopaki chcą z kolegami i wujkiem pograć sobie w Fifę, jutro zabierzemy od nich playkę a ty i tak przecież w nocy będziesz spał… - zgodził się ale w nocy spać już nie mógł, wybudzał się chyba co godzinę, bo „ciągle myśli o PS3” i ostatecznie wstał przed 7.00 z zamiarem pojechania po swoją konsolę! Nie, nie pozwoliłam mu na to, specjalnie przetrzymałam go w domu do wieczora a wieczorem grania już też nie było – detoks! Jęczał cały dzień ale na szczęście tym razem się nie awanturował, nie tak jak ostatnio gdy schowałam mu pada...

 

      Czasami mam już wszystkiego dość i chciałabym wszystko zostawić i gdzieś uciec…W zeszłym tygodniu kilka razy dopadały mnie takie dni i zawsze powodem był Młody lub R…

Najpierw Młodego spotkało niemiłe doświadczenie z "kanarami", a raczej z jedną "kanarzycą", które i we mnie krew wzburzyło, bo:  Jechało sobie dziecię moje autobusem ze szkoły w piątkowe popołudnie, po 7 godzinach spędzonych w szkole z ponad siedmiokilowym plecakiem na plecach gdy nagle został poproszony o bilet do kontroli. Dziecię moje bilet podało, bo bilet miało, gdyż nigdy bez biletu (lub pieniędzy na bilet) do autobusu nie wsiądzie i zostało poproszone o legitymację szkolną, którą również posiadało. Jak się jednak okazało legitymacja nie miała aktualnej pieczątki – ważność jej 4 dni wcześniej się skończyła! Pani kontrolerka zaczęła więc wypisywać dziecku mandat a że w wypisywaniu biegła nie była pozwoliła dziecku wysiąść … dopiero dwa przystanki dalej! Wypisawszy mandat, który dziecko podpisało, zostawiła go na przystanku, bez telefonu, bez pieniędzy i bez biletu powrotnego z siedmiokilowym plecakiem na plecach, ponad 1,5 km od domu! Całe szczęście w tej przykrej sprawie, że niedaleko mieszkają moi rodzice więc Młody spłakany poszedł do nich. Mama oczywiście od razu mnie o wszystkim poinformowała i potem odwieźli z tatem Młodego do domu, bo też się już denerwowałam dlaczego on tak długo nie wraca ze szkoły. Jednak fakt, że jakaś k@wa dziecko mi wywiozła z powodu, braku aktualnej pieczątki w legitymacji wszystkich bardzo zbulwersował. R gdy się o tym dowiedział od razu zadzwonił do firmy kontrolerskiej z awanturą. Właściciel firmy skargę przyjął, bo wywiezienie dzieciaka było czynem karygodnym ale kazali i tak i tak przynieść dla formalności xero podbitej legitymacji. Pojechałam więc  na miejsce w następnym tygodniu ale okazało się, że pan urzędnik wcale nie zamierza mandatu anulować po okazaniu legitymacji ale mam wnieść opłatę w wysokości 10% wartości mandatu co dało kwotę niespełna 10zł. na co ja się… nie zgodziłam za względu na to jak „kanarzyca” potraktowała moje dziecko!

- My zawsze uczulamy naszych kontrolerów na sposób traktowania dzieci, tej pani przydarzyło się to pierwszy raz i zostanie upomniana…

- Ona zostanie upomniana a moje dziecko zostało od razu ukarane i to jest wychowawcze wg. pana? Dlaczego on jest karany a nie upomniany skoro jemu również „to” się przydarzyło pierwszy raz? Dlaczego został wywieziony i pozostawiony sam bez opieki, dlaczego nie wezwano policji?

- Policji? My nie wzywamy policji, czy zdaje sobie pani sprawę jaka to by była dla dziecka trauma?

- A czy traumą dla dziecka nie jest taki sposób kontroli i wywiezienie prawie 2 km od domu i pozostawienie samego bez możliwości powrotu autobusem, bo nie miał ani pieniędzy, ani biletu…

- Ależ mógł wrócić okazując kierowcy mandat, na tym można jechać bez biletu…

- Tak? Pierwszy raz o czymś takim słyszę! Czy aby na pewno pana pracownica o takiej możliwości mojego syna poinformowała? Śmiem wątpić, bo o niczym takim mi nie powiedział…

- A to trzeba by było skonfrontować z tym co powie pani Magda…

- Pani Magda dla ratowania swojej skóry może wszystko powiedzieć, ale nie ulega wątpliwości, że popełniła błąd wywożąc mojego syna i ja tego nie podaruję a mój syn jest dzieckiem, które kłamać nie potrafi wiec nie mam podstaw by nie wierzyć w to co mówi, dlatego za to jak został potraktowany nie zamierzam wam płacić nawet złotówki…

- To nie „nam” Pani płaci tylko przewoźnikowi, my jesteśmy jedynie od sprawdzania biletów i postępujemy zgodnie z przepisami jakie ustala przewoźnik, jeżeli pani nie zapłaci to my i tak sprzedamy dług do firmy windykacyjnej…

- Dobrze, to wobec tego niech firma windykacyjna sobie ściga… mojego syna, w końcu to jego dane są na mandacie i to on się na nim podpisał… A skargę i tak napiszę…

        Zadzwoniłam do R – jak taki mądry niech sobie przyjeżdża i sam załatwia, miało być umorzone a tutaj chcą ode mnie opłaty, a ja im płacić nic nie będę! Wyszłam wkurzona z postanowieniem, że powiadomię prasę, napiszę skargę na kontrolerkę i do przewoźnika… R zaraz jednak oddzwania, mówi że rozmawiał z właścicielem, że ten gość z którym ja rozmawiałam nic o ich wcześniejszej rozmowie nie wiedział, że już wszystko załatwione i mandat jest anulowany, że ta kobieta miała zapłacić z własnej kieszenie i do nas nic już nie przyjdzie i żebym już nigdzie żadnych skarg nie pisała… Kusi mnie strasznie, żeby mimo wszystko napisać ale ostatecznie daję spokój, chociaż w sumie pewności co do zapewnień o anulowaniu mandatu przecież mieć nie mogę…

       W następnym tygodniu kolejna zadyma z powodu mojego Synia. Szkolna pedagog dzwoni bym się zgłosiła na rozmowę, bo Nati znów pobił kolegę z klasy… Gdy o tym słyszę szlag mnie trafia. Chowam za karę Młodemu pada – nie ma grania! Młody gdy wraca do domu wścieka się, bo nie może grać i robi mi demolkę szukając pada… Nic nie pomaga, ani prośby ani groźby by się uspokoił. Lekcji też nie chce odrabiać zanim nie oddam mu pada… W domu totalny rozpiernicz. R wraca ale wybiera się do Kauflanda, chce kupić szynkę do sklepu bo mają bardzo tanio. Jadę z nim, bo jeszcze trochę a coś mnie trafi od krzyków Młodego. Gdy wracamy jest już późno a w kuchni leżą przełożone papierem toaletowym... rzygi – to Młodej zamdliło i nie zdążyła do łazienki… Młody nadal nie chce siadać do lekcji a już po 19.00 zaraz zechce spać a nie widzi mi się, by przez taką durnotę nałapał kolejnych jedynek  i bym się miała znowu za niego tłumaczyć nauczycielom! Oddaję mu pada (i tak po lekcjach pójdzie się kąpać i spać więc grania nie będzie) a on go całuje, cieszy się, układa sobie na biurku przed zeszytami i… ładnie wszystko odrabia bez szemrania. Muszę jednak stać i mu podpowiadać, bo gdy odejdę zaraz mnie woła z powrotem. Proszę więc R by coś mi pomógł, bodajże pomył naczynia, ogarnął bajzel który Młody zrobił, ten jednak ma wszystko w dupie, nawet tych rzygowin nie chce sprzątnąć „bo się brzydzi”! A żeby go szlag trafił, ja też nie będę zatem sprzątać, w końcu przy jego łóżku jest narzygane nie przy moim i to on będzie całą noc to wąchać… Ostatecznie jednak rzygowiny sprzątnął… 

Nie rozumiem tego faceta, najwygodniej powiedzieć „jestem zmęczony, cały dzień w sklepie się narobiłem”.  Ok, rozumiem, że może być zmęczony ale gdyby mieszkał sam to też by nic nie robił? Nie przeszkadza mu syf? Przecież w domu sprząta się przede wszystkim dla siebie! Czy gdybym ja chodziła do pracy też byłabym zwolniona z prac domowych? No do cholery jak wrócił dwa lata temu ze szpitala to robił w tym domu wszystko żeby pokazać jak się „zmienił” a teraz znowu „powrót do przeszłości” nic, kompletnie nic nie będzie robił! Na dodatek ostatnio zrobił się jeszcze jakiś drażliwy, coraz częściej się kłócimy, aż już mu powiedziałam, że jeśli się nie poprawi to albo wycofam zawieszenie sprawy rozwodowej i odwrotu już nie będzie, albo złożę o przymusowe leczenie…

 

        Na drugi dzień idę na spotkanie z wychowawca, psycholog i pedagog szkolną i debatujemy co zrobić z Młodym. Psycholog jest za tym, by wyhamowywać jego agresję farmakologicznie. Młody nic teraz nie bierze, może trzeba by było znowu podawać mu Rispolept? Kiedyś przypisała mu te tabletki neurolog, miał brać po pół gdy stawał się nadto agresywny i pobudzony ale gdy zaczęłam mu je podawać, nauczycielka skarżyła się, że całkiem już jest osowiały na lekcjach więc uznałam, że nie ma sensu go tym napychać, mam jednak jeszcze w domu ich zapas ale o tym czy podać czy nie powinien zadecydować tylko psychiatra... Tłumaczę, że do lekarza szybko się nie dostanę a przy końcu października Młody i tak ma mieć robione badania więc może poczekać…No ale przecież oni muszą w swoich „aktach” ze spotkania ze mną wpisać jakie działania zostały podjęte w stosunku do dziecka, więc najlepiej wpisać konkretnie kiedy będzie wizyta u psychiatry – Dobrze, zadzwonię do przychodni jeszcze dzisiaj i się umówię a we wtorek powiadomię o szczegółach… - Jednak tak, jak przepuszczałam, wizytę wyznaczono mi dopiero na listopad… Mogłabym w sumie próbować dostać się do doktor wcześniej bez kolejki ale nie mam zamiaru jechać w ciemno 74 km. bez pewności czy nas przyjmie czy nie przyjmie.Z Młodym i tak już porozmawiałam i obiecał poprawę. Zobaczymy co z tego będzie ale nie chciałabym faszerować go psychotropami…

       R z kolei wyznał mi, że przyczyną jego rozdrażnienia jest napięta atmosfera w sklepie z powodu zachowania jego matki. Jak to określił „ostatnio coś jej odbija” wścieka się o byle co, z wszystkimi kłóci, krzyczy, wymyśla sobie, że ma raka i zachodzi w głowę jakie powinna zrobić sobie badania żeby go wykryć, odwala jakieś schizy… Ostatnio oskarżyła np. R o kradzież 800 zł. a jak się potem okazało wzięła pieniądze z kasy i trzymając w jednej ręce drugą wycierała szmatką lady a potem… nie zauważyła jak zawinęła te pieniądze w ścierkę i rzuciła wraz z nią w pudła!  Ewidentnie – jak mówi R – jego matce odbija ale nie da sobie powiedzieć, że z jej głową coś jest nie tak i potrzebuje lekarza.R mówi, że to wszystko odbija się na jego stanie psychicznym a dodatkowo jest też już przemęczony codziennym rannym wstawaniem i też ma czasami już wszystkiego dość…

Czy w tej rodzinie jest ktoś normalny? Jeden wielki dom wariatów, może wszyscy powinniśmy razem pójść na rodzinna terapię?

 

              Z tego powodu aby się oderwać choć na chwilę od problemów w sobotę R rzucił hasło "idziemy do kina na Wałęsę”. Wybraliśmy się więc z dziećmi, koleżanką Młodej, moją siostrą i bratem. Dzieciaki oprócz tego, że „zrobiły bydło” porozsypywanym popcornem pod siedzeniami zachowywały się w kinie bez zarzutu, widać nawet ich, film zaciekawił. A mi osobiście bardzo się podobał i każdemu mogę polecić. Byłam bardzo mile zaskoczona jaką pozytywną energię niesie ten film pomimo, zdawałoby się, że temat przecież taki poważny a przewijające się sceny z najnowszej historii naszego narodu tak dramatyczne.Dobrze nam wszystkim zrobiło to wspólne wyjście do kina, atmosfera się oczyściła.

               

          Publikuję wpis o 3.30. Znowu zarwałam noc i jutro będę niewyspana, ale zmuszona jestem "czuwać", bo moja ukochana Odi szykuje się do porodu.  Stąd więc i ten wpis przy okazji, za dnia czasu na to i tak nie ma.

Spania dzisiejszej nocy już nie będzie. Odi co chwila nawołuje Torkę by jej asystowała. Wskakuje na biurko, łapie ją za kark i próbuje zaciągnąć jak kociaka do swojego pudła ale „kociak” już za duży i nie chce robić za akuszerkę, woli wygrzewać się pod lampką towarzysząc mi na biurku… Ostatecznie to ja, jak zwykle, będę musiała jej asystować. Chociaż teraz układa się co chwila w pudle, jak tylko się położę do łóżka wejdzie mi pod kołdrę i tutaj, bezpiecznie schowana przy moich udach, zacznie się za parę godzin kocić... Dlaczego ona zawsze się koci w nocy...



komentarze (10) | dodaj komentarz

Dzień jak co dzień

wtorek, 01 października 2013 13:17

Zaspałam… Wzięłam się wczoraj za prasowanie sterty prania, która się nazbierała przez tydzień i skończyłam po północy. Kolejna nocka zarwana. Dzień wcześniej do późna robiłam sobie prezentację video ze zdjęć, które zrobiłam w wakacje. Organizm domagał się więc odespania…

Ze snu wyrwał mnie telefon od tata – pytał, czy przyjdę, by pomóc w ogarnięciu domu przed przyjazdem mamy…

- Przyjdę, tylko sama jeszcze u siebie trochę ogarnę… Młoda kończy lekcje po 12.00, nie wiem czy przyjdzie do Was czy prosto do domu ale przyjdę, psa też przyprowadzę… Bo przecież Mika musiała z rana zaszczycić nas swoim przybyciem, wczoraj zwiała mi sprzed bloku i wróciła sobie do domu a dziś coś jej odbiło i ten sam numer wywinęła tacie, przyszła do nas, chyba szuka swojej właścicielki…

Patrzę na zegarek - 10.30?! Rano wysłałam dzieciaki do szkoły i chciałam się jeszcze na chwilę zdrzemnąć - Tylko do 9.00 – myślałam sobie

Widząc, że zrywam się z łózka psy podskakują z radości… - Już, już idę z wami… Rezygnuję z prysznica, głowę umyję gdy wrócę, teraz tylko szybka toaleta, coś na siebie wrzucam, śmieci w rękę i wychodzimy na „siku”…

Na dworze witają mnie promienie słońca, czyste niebo na którym odcinają się mocnym kontrastem soczyste kolory jesieni. Na łące skrzą się pajęczyny, grają świerszcze a z krzaków dobiega śpiew ptaków… Pięknie! I zaskoczenie - wcale nie jest zimno, chociaż poranek przywitał nas gęstą mgłą i zaledwie pięcioma kreskami na termometrze…  

- Super, Młody jednak nie zmarznie wracając ze szkoły – przewija mi się myśl przez głowę…

Rano, gdy R odwoził go do szkoły, zostawił kurtkę w samochodzie i poszedł w samej bluzie, bo przecież nie będzie się ciepło ubierał jak jest… lato! Zawsze to samo, niby jest mu obojętne w co się ubiera ale ma swoje przyzwyczajenia - jak jest lato to się nosi lekkie obuwie i lekkie ubrania… to nic, że temperatura jest niska, że już jesień zawitała, przecież liście na drzewach, słońce świeci, deszcz nie pada, śniegu nie ma…

Martwi mnie ten chłopak, brakuje mi już sił do niego. Ledwo szkoła się zaczęła i już są znowu problemy, skargi, uwagi w zeszycie, wezwania do szkoły. Najpierw z powodu bójek, teraz z powodu „odlotów” na lekcjach – znów nic nie notuje, nie uważa i zbiera pałę za pałą… Wczoraj prawie  godzinę odrabialiśmy matematykę, zaledwie 2 zadania, kilka słupków z dodawania i mnożenia, powtórka z poprzedniego roku… Wszystko go rozprasza, odgłosy zza drzwi, szum komputera, kot leżący na biurku, drzewa za oknem, słońce przebijające się przez zasłonę, co chwilę muszę „sprowadzać go na ziemię”… Dobrze, że chodzi na Świetlicę Socjoterapeutyczną, tam chociaż 2 razy w tygodniu trochę mnie wyręczą z odrabiania z nim pracy domowej ale i tak gdy wraca do domu, muszę z nim jeszcze powtarzać materiał przerabiany w szkole a on się wścieka, bo jak mówi „ma tak mało czasu wolnego, codziennie jakieś zajęcia pozalekcyjne, i tak dużo zadane…” – taa, jasne pozwolić mu grać, to nic by nie robił tylko grał od świtu do nocy z przerwami na jedzenie i wc!

Młody przeszedł już testy u psychologa – wbrew temu co mówiła „szalona psychiatra” w lutym, jest w normie intelektualnej, teraz zaczną się badania w kierunku autyzmu. Najpierw przeprowadzono wstępny wywiad ze mną. Podczas badania, które trwało prawie 3 godziny, zadawano mi szereg szczegółowych pytań dotyczących rozwoju i zachowania Młodego od czasu wczesnego niemowlęctwa po teraźniejszość. Dobrze, że sobie niektóre rzeczy zaznaczałam w książeczce zdrowia, bo bym dziś takich szczegółów nie pamiętała. Niektóre pytania wydawały mi się dziwne ale widać miały jakieś znaczenie w diagnozie skoro je zadano np. Czy dziecko pozwala sobie obcinać paznokcie? – Nie, dlatego chodzi ze „szponami”. Od niemowlęctwa jest problem z obcinaniem paznokci, zawsze protestował, krzyczał i musiałam to robić we śnie. Obecnie również robię to gdy śpi - o ile się da, bo potrafi się wybudzić, lub przekupiam jakąś nagrodą albo robię to na siłę, gdy paznokcie są już naprawdę długie… Czy lubi zakładać rękawice, nosi szalik? – Nie, nie lubi rękawic, jako niemowlę zawsze zrzucał rękawiczki, nieraz spotykałam się z uwagami postronnych osób, że co ze mnie za matka, bo dziecku ręce marzną a sama siedzę w rękawicach… Obecnie rękawice zakłada w mróz ale szalika nie zakłada nawet zimą…

A niektóre mnie zaskoczyły, bo złapałam się na tym, że nie potrafiłam jednoznacznie na nie odpowiedzieć Czy dziecko okazuje strach? Czego się boi? Czy patrzy w oczy podczas rozmowy? Nie pamiętałam czy patrzy mi w oczy, bo najczęściej rozmawiam z nim podczas wykonywania jakichś czynności lub siedząc obok. Zdałam sobie sprawę, że „w cztery oczy” prawie wcale z nim nie rozmawiam, albo tylko wtedy gdy przywołuję go do porządku, gdy coś mu tłumaczę i chcę by zrozumiał co do niego mówię ale faktycznie, wtedy muszę go przywołać: „patrz mi w oczy”! Dopiero w domu R uzmysłowił mi też, że przecież Młody boi się strasznie burzy, bo zawsze zamyka skrzętnie wszystkie okna „przed piorunami”… No tak, ale poza tym nie reaguje w jakiś szczególnie dziwny sposób, przecież większość ludzi zamyka okna podczas burzy, boi się piorunów, chyba to normalne i poza głośnym protestem, gdy te okna się otwiera jakiegoś strachu wyrażonego emocjami nie okazuje. A czego Młody się boi poza burzą? Nie wiem…

                Wracam z psami ze spaceru. Szybki prysznic, szybkie śniadanie, przegląd newsów na necie. Muszę posprzątać, pomyć naczynia, nastawić pranie a czas nieubłagalnie dziś leci, nie zdążę już nic ugotować…  

Coraz częściej łapię się na tym, że boje się R... „Boję się” – to za dużo powiedziane, ale denerwuję się przed jego powrotem, bo coraz częściej mi wypomina, że siedzę w domu i nic nie robię: że nie posprzątane, nie ugotowane... A ja zaczynam  się z nim kłócić i tłumaczyć z tego co robiłam cały dzień… Po jaką cholerę ja się mu tłumaczę ?! Jakim prawem on mnie ma rozliczać z tego co zrobiłam lub nie zrobiłam w ciągu dnia?! Muszę wrzucić na luz, bo inaczej żyjąc z zegarkiem na ręku nabawię się rozstroju żołądka.. Mogłabym mu wypominać to, że sam nic w tym domu też nie robi. Wraca z pracy, ląduje z pilotem na łóżku i zasypia. Uważa, że skoro zrobi zaopatrzenie i od czasu do czasu coś nam kupi to mieszkanie może traktować jak hotel, nawet talerza po sobie nie umyje… Byłam z nim ostatnio kilka razy w sklepie. Faktycznie, ruch przez cały dzień, ledwie można znaleźć czas, by usiąść na chwilę i coś zjeść… Ale gdy wracaliśmy ja siadałam z dzieciakami do lekcji, robiłam kolację, szykowałam kąpiel, spanie, sprzątałam a on leżał, bo był zmęczony…

Wkurza mnie taki stan rzeczy ale kłótnie niczego nie zmienią. Przerabiałam to już tysiące razy. R jest niereformowalny. Owszem ma zrywy, potrafi coś pomóc – gdy wrócił przez miesiąc sprzątał, mył gary gotował „bo się zmienił” – jak mówił… Teraz nic nie robi „bo pracuje”… Jedyne wyjście to olać jego gadanie, zatkać sobie na nie uszy i robić swoje. Muszę po prostu żyć tak, jakbym była zdana sama na siebie, tak jakby jego nie było… Wiem, dla niego to wygodne ale mam już dość tych do niczego nie doprowadzających przepychanek słownych. Mam go w dupie. Skoro sam od siebie nic nie wymaga niech nie wymaga też niczego ode mnie, cokolwiek w tym domu robię, robię tylko dla siebie i dzieci, dla własnego komfortu. I jeśli raz nie zaścielę łóżek, bo piszę bloga lub wstanę później, bo robiłam prezentację ze zdjęć to moja sprawa i nikt mnie z tego nie będzie rozliczał, dyktując co jest bardziej lub mniej ważne.

W sumie sama zdecydowałam o zawieszeniu broni. Zawiesiłam sprawę rozwodową na rok. Obecna sytuacja między nami nie przedstawia się najgorzej ale jeśli będzie dochodzić do spięć to sprawa wróci na wokandę. Wydaje mi się, że R znów poczuł się pewnie, że skoro zawiesiłam pozew to znów może sobie rościć prawo do mnie zapominając, że ja przecież nie wycofałam pozwu i wciąż jesteśmy w separacji. A może to pora roku tak na niego działa? Odczuwam u niego jakąś nerwowość, większe pobudzenie, znów mnie molestuje i ma pretensje, że mu nie ulegam – na wiosnę było tak sam. Może to choroba daje znać o sobie, ale on oczywiście zdaje się tego nie zauważać…

                Wychodzę z domu dopiero przed 14.00. Dzwonię do mamy – nie wyjechały jeszcze z Warszawy… O 6.00 dojechały do dziewczyn (znaczy, u sióstr moich). Zatrzymały się u nich na pół dnia, bo Alice musiała się przespać przed dalszą podróżą, w domu będą pewnie dopiero późnym wieczorem. Dobrze się składa, zdążę jeszcze pomóc tacie ogarnąć mieszkanie przed ich przyjazdem. Pod ich nieobecność, przez pięć dni faceci sami rządzili się w domu. Tato nie chce, by mama z Alice wróciły do syfu ale chłopaki nie są skorzy, by mu pomagać w porządkach… Zazdroszczę im tego wyjazdu. Alice ze znajomymi zabrała mamę na dwa dni do Kolonii ale wcześniej zrobili sobie jeszcze myk do Paryża. Miała to być niespodzianka dla mamy, żeby się wyluzowała i odstresowała od problemów. Nie mogę się doczekać ich powrotu i relacji z podróży.

                Przychodzę do tata. Uwija się w kuchni, gotuje zupę, szykuje butlę na wino z winogron… Chłopaki kłócą się o coś, padają wyzwiska, wymierzają sobie razy… staję między nimi, krzyczę, próbuję rozdzielić ale na nic to się zdaje gdy przewyższają mnie już o głowę! W końcu wołam tata na pomoc i nastaje rozejm… Kurczę, stare konie a kłócą się jak dzieci, ile jeszcze lat to potrwa? W ich wieku ja się z rodzeństwem już chyba nie tłukłam?

Przed 17.00 wieziemy z R Młodego na korektywę, następnie jedziemy do dziadka, bo jeszcze dziś u niego nie byłam. W domu zimnica, nie napalił w piecu, uznał chyba, że skoro świeci słońce to jest ciepło i szkoda mu węgla. No nie, nie ma co, ale muszę przychodzić tam rano i sama mu palić, bez względu na to co będzie mówić, brakowałoby jeszcze tego, żeby się przeziębił! Mam gorącą zupę od tata ale dziadek nie chce jeść, mówi, że jest już po kolacji… Ok, będzie na jutro. Zaglądam do lodówki a tam pustki, proszę żeby dał mi pieniądze na zakupy ale dziadek uważa, że mu nic nie trzeba.

 

- Jak to nic ci nie trzeba, co będziesz jadł

- Nagotuję sobie kartofli…

- Same kartofle będziesz jadł? Musisz się zdrowo odżywiać…

 

Cholera, i co ja mam z nim zrobić? Gdybym miała pieniądze sama zrobiłabym mu zaopatrzenie a tak… jutro koniecznie muszę coś w domu ugotować i mu przynieść a może mama mu coś kupi jak wróci. Jestem wkurzona, bo to już nie pierwszy raz. Dziadek robi się coraz gorszy jeśli chodzi o kasę ile razy proszę, żeby dał mi parę groszy na zakupy czy na proszek (w końcu i jego rzeczy piorę - o czym R też nie raz już mi przypominał…) to wiecznie nie ma. Dziadek uważa, że skoro R pożycza czasami od niego pieniądze (bywa, że zabraknie mu do towaru więc jedzie do dziadka i łapie „chwilówki” a potem oddaje wieczorem lub na następny dzień) to R w ramach „odsetek” powinien mu ze sklepu przywozić jedzenie. Tylko, że sklep nie należy przecież do niego i R jest ze wszystkiego co bierze rozliczany… Jestem zła na dziadka i dzwonię „na skargę” do ciotki, niech zadzwoni do niego i delikatnie z nim porozmawia na ten temat, niech go jakoś przekona, że te zakupy są mu potrzebne.

                Wracamy do domu wieczorem. R oczywiście znów ma pretensję, że „w domu nic nie zrobione”… Kolacja i zabieramy się do odrabiania lekcji. Młoda od powrotu ze szkoły była u koleżanki, jestem zła na nią, bo okazuje się, że „nie miała czasu” sama nic odrobić… Młodemu robię powtórkę z przyrody a potem jeszcze ćwiczę słówka z angielskiego z Młodą, bo jutro sprawdzian, tylko co ona z tego zapamięta gdy zmęczenie bierze górę…  W końcu idą spać. R jak zwykle padł nie rozścielając sobie nawet łóżka a ja w końcu mam spokój i czas tylko dla siebie. Mogę robić to co chcę, bez niczyich wypominań… Przed północą dzwoni jednak siostra – wyprowadziła Mikę na dwór i gdzieś jej znikła, pewnie poszła do mnie… Wychodzę więc na dwór i wyglądam psa czy nie nadchodzi ale nigdzie jej nie widać… Godzinę później siostra znalazła ją na podwórku u dziadka… Kładę się znów po 1.00.

 Jutro pewnie znowu zaśpię i znów przez cały dzień nic nie zrobię…

 



komentarze (12) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 985  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260985
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni