Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Życie - to okres czasu, którego jedną połowę zatruwają nam rodzice a drugą dzieci...

piątek, 29 października 2010 0:18

     Siostra wczoraj zaproponowała mi wyjazd do stolicy. Miała coś tam do załatwienia więc miałyśmy wyjechać raniutko żeby być z powrotem wieczorem. Mały zapowiedział, że nie ma zamiaru iść dziś do szkoły bo w planie była wycieczka pod pomnik papieża i zapalanie świeczek a jako bonus za dobre sprawowanie przemarsz na cmentarz w czym on akurat nie chciał brać udziału bo jak powiada „nienawidzi cmentarzy". Ok., dostał wolne... Pomyślałam, że w takim razie zabiorę dwójkę ze sobą na wycieczkę ale z drugiej strony obiecałam dziadkowi, że zrobię mu dziś zakupy, dzieciaki wieczorem miały basen a ja jeszcze potem zajęcia u B. W dodatku znowu się zaczytałam i poszłam spać po 100 więc gdy rano zadzwoniła siostra z pytaniem czy jadę odechciało mi się wszystkiego bo jedyne czego pragnęłam to „spać"... i to był cholera poważny błąd!!

     Trzeba było jechać, trzeba było odpuścić sobie dzisiaj ten basen to by mały z niego nie wyleciał!!

Znowu bowiem mu jakaś maniana odwaliła i tym razem zadarł z prowadzącym zajęcia panem instruktorem. Na samym początku jak tylko zapisałam dzieciaki na pływalnię ostrzegłam ratowników, że Nati to ciężki typ i z nim trzeba ostro i krótko. Powiedziałam jaki ma problem, bo widziałam już na pierwszych zajęciach, że szaleje w wodzie i zaczepia kolegów. Bałam się, że może przeszkadzać w prowadzeniu zajęć  a nawet stanowić zagrożenie dla innych dzieci bo potrafił się wieszać innym na plecach, podtapiać itp. a ogarnięcie 15 dzieci w wodzie i jednoczesne prowadzenie zajęć nawet dla 2 opiekunów to jednak wyzwanie. Panowie zapewnili mnie jednak, że nie z takimi łobuzami sobie radzili więc żebym się nie obawiała i że basen małemu bardzo dobrze zrobi... no to OK...

Zresztą faktycznie na kolejnych zajęciach młody przestał już szaleć, zaczął się słuchać i tak jak obserwowałam nie było już z nim jakiś tam większych problemów, przynajmniej nie odbiegał znacząco w zachowaniu od innych dzieci. Owszem czasami widziałam, że kogoś zaczepia ale wystarczyło, że nakiwałam mu przez szybę, pan huknął i było w porządku przynajmniej nie było na niego żadnych skarg... do dzisiaj! W sumie nie obserwowałam dzieciaków przez całe zajęcia bo w tym czasie sobie czytam ale gdy na chwilę oderwałam się od lektury widziałam, że dziś Nati coś za bardzo rozrabia w wodzie, coś za bardzo rozpierała go energia. Jednak nie wyglądało aby coś w jego zachowaniu znacząco odbiegało „od normy" więc znowu mu nakiwałam a gdy zobaczyłam, że dalej wykonuje ćwiczenia jak instruktor każe wróciłam na ławkę. Po zajęciach poszłam do przebieralni pomóc małej się ubrać i od razu usłyszałam skargę - „mamo a N dzisiaj się nie słuchał, pokazywał fuck you i mówił brzydkie słowa do innych dzieci"... po wyjściu z przebierali zawołał mnie ratownik i poprosił o przyjście „ z synem"... Poszłam zatem do chłopięcej przebieralni po Natiego. Przy wejściu minęłam się z jedną z matek i oczywiście od niej też usłyszałam słowa „wypowiedziane w dobrej wierze" na temat dzisiejszego zachowania mojego synia... Pomimo oporu małego poszliśmy na rozmowę do pokoiku. Pan instruktor szczegółowo opowiedział mi co się stało: młody podtapiał kolegę więc za karę nie pozwolono mu zjeżdżać ze zjeżdżalni. On mszcząc się za to przeszkadzał zjeżdżać innym telepiąc nią. Pan zwrócił mu uwagę na co Nati pokazał środkowy palec, krzyknął by się zamknął i obrzucił wyzwiskami! To samo powtórzyło się, gdy ratownik chciał z nim porozmawiać pod prysznicami! Prowadzący zajęcia nauczyciel jak i inni ratownicy orzekli, że za takie zachowanie młody musi ponieść konsekwencje i żeby w najbliższym czasie nie pokazywał się na zajęciach bo oni nie mogą tolerować takiego zachowania. Stałam jak wryta, zupełnie nie wiedziałam co mam powiedzieć. Chciałam żeby młody wytłumaczył się on jednak na to „że kolega go wkurzył a jak jest wkurzony to nie potrafi się opanować". Oczywiście nie chciał przeprosić nauczyciela a na widmo zakazu uczęszczania na zajęcia odpowiedział wzruszeniem ramion i stwierdzeniem „pff, i co z tego, przynajmniej zaoszczędzisz pieniądze..." Poczułam się rozłożona na łopatki. Zero skruchy! W oczach błysk złości, zmarszczony nos, zaciśnięte pięści jakby nic sobie nie robił z tego co mówi ratownik, wodził tylko gdzieś wzrokiem po ścianach obojętny na wszystko. A jak ja się zachowywałam w podobnych sytuacjach w jego wieku gdy coś nabroiłam  i musiałam wysłuchiwać reprymendy? - spuszczona głowa, wielki wstyd, bliska płaczu i jakbym mogła to zapadłabym się pod ziemię a on? On jakby mógł to zgrzytając w złości zębami wszystkich w tym pokoju z chęcią potraktowałaby chyba napalmem... Wkurzyłam się strasznie. Zanim odjechaliśmy wydarłam się na niego w aucie. Za karę też nie zabrałam go na zakupy do sklepu a po drodze do domu wstąpiłam jeszcze do rodziców żeby jakoś odreagować całą tę sytuację. Mama próbowała spokojnie z nim porozmawiać, wytłumaczyć dlaczego nie powinien tak się zachowywać. Wtrącił się nawet siostrzeniec z „dobrymi" radami. Zapowiedziałam, że młody może pożegnać się z GTA bo dzisiejszym zachowaniem przekreślił szanse, że kiedykolwiek mu ją kupię... i w końcu Nati pękł, rozpłakał się... Nie wiem już sama czym bardziej się przejął - czy dopadły go wyrzuty sumienia czy to, że wszyscy tak na niego siedli, czy wizja tego iż nie dostanie ukochanej gry na którą tak w ostatnim tygodniu starał się zapracować dobrym zachowaniem? Wymyślił bowiem sobie w sobotę, że jeśli będzie grzeczny i zarabiał 6 za dobre uczynki to ja mu kupię GTA IV (ma obsesję na punkcie tej gry a ja nie chce się zgodzić mu jej kupić bo to nie jest gra dla dzieci!). Wspólnie z małą założyli sobie kartkę, na której zapisują w tabelce dobre uczynki premiowane 6 i kto pierwszy dojdzie do końca ten dostanie upragnioną rzecz  - on GTA IV a mała mikrofon. Oczywiście zaczęli ten wyścig bez konsultacji ze mną. Od tygodnia więc prześcigają się w pomaganiu mi. Sami wychodzą z inicjatywą w odkurzaniu, myciu podłóg, wieszaniu i składaniu swoich ubrań na miejsce, wychodzą z psem, robią zakupy, myją naczynia, wycierają kurze itp. starają się jak mogą i co raz pytają w czym mogą mi jeszcze pomóc... Mały wczoraj doszedł do końca i zabrał się za wyszukiwanie na allegro jak najtańszej aukcji z grą, bo wie że „mama nie ma pieniędzy więc kupi jeśli gra będzie tania". Jest jak w transie, niczym innym nie żyje! No i co ja mam zrobić? Pomyślałam sobie, że trudno stara się tak bardzo więc kupię już mu tę cholerną grę, będę tylko musiała kontrolować co w tym wirtualnym świecie robi i żeby nie przesiadywał zbyt długo przed komputerem. No ale po dzisiejszym dniu wszystkie zarobione 6 zostały przekreślone. Jeśli chce to musi ponownie zacząć zarabiać a zacznie od przeproszenia pana ratownika...

Chociaż tak naprawdę nie wiem, nie wiem jak mam postąpić. Jak mam mu przemówić do rozumu? Jak mu wyperswadować tę przeklętą grę bo przecież to nie dla niego gra! Nic już nie wiem, chyba faktycznie jestem niewydolna wychowawczo, łeb mi już od tego wszystkiego boli... W każdym bądź razie jutro jeszcze idę porozmawiać z jego wychowawczynią... Nie wiem co siedzi w tym chłopaku, nie wiem jak mam do niego trafić. Nic już nie wiem.



komentarze (9) | dodaj komentarz

Codziennie jestem nowym człowiekiem

czwartek, 14 października 2010 16:02

19.30 w końcu jestem w domu. Dzieciaki wybyły do sąsiadów. W domu zastałam pobojowisko. Klocki znowu rozrzucone na środku pokoju. Porozstawiane krzesła przed telewizorem, miska po popcornie pusta – widać była zabawa w kino. W kuchni opróżniona patelnia po ryżu z chińszczyzną, na stoliku talerze i szklanki z napojami a na stole kasa – ha, bawili się w restaurację… Wszystko zeżarte, dla mnie nie zostało nic oprócz resztek na talerzach. Nic to, wróciłam z treningu jestem głodna więc zjadłam resztki. Cholera jaka ja jestem poprzykurczana. Pół roku nie chodziłam na pilates i teraz nawet rozkraczyć się nie mogę. Jedyne ćwiczenie które przychodzi mi bez problemu to koci grzbiet i garbienie się, prostowanie, rozciąganie – wszystko boli. Ale za miesiąc wszystko minie i znowu będę jak nowo narodzona trzeba tylko zacząć chodzić na zajęcia a z tym trochę trudno zwarzywszy na porę i dzieciaki. Dziś się zdobyłam bo Beti dała mi znać, że dziewczyny chcą zamówić trochę kosmetyków. Zresztą odkąd po wakacyjnej przerwie znowu zaczęła prowadzić zajęcia obiecałam sobie, że będę chodzić regularnie i co? I minął miesiąc a ja nie byłam ani razu no ale teraz mam dodatkową motywację – jak będę chodzić to dziewczyny będą zamawiać ode mnie kosmetyki i nie tylko zrobię dobry uczynek dla mojego kręgosłupa ale przy okazji parę groszy zarobię. A dzieci, no cóż będą zostawać na chwilę same w domu no chyba, że mała zdecyduje się iść ze mną jak to kiedyś miała w zwyczaju.

W ogóle to znowu cały dzień byłam w rozjazdach, wpadałam do domu i za moment znowu wypadałam. Rano dzieciaki do szkoły, potem ja na siłownię na godzinkę, wpadam na moment do domu, trochę wszystko ogarniam by zaraz znowu jechać po małego i do mamy bo chciała żeby ją podwieźć w jedno miejsce. Potem znowu do domu, szybko robię obiad, myję naczynia i już jest po 1500 - trzeba zabrać małą z przedszkola. Po drodze zakupy i znowu jestem w domu ale dzwoni siostra z prośbą żebym zawiozła M na korepetycje więc wiozę.  Wracam - już 1700 a na 1800 jadę na pilates…  dobrze, że jutro wolny dzień i nie muszę odrabiać z małym lekcji. Wczoraj obiecałam mamie, że rano przywiozę jej skończone rysunki, które robię do adaptacji jednego projektu i biorę się od razu za przedszkole żeby oddać je w przyszłym tygodniu ale środa mija a od poniedziałku nie narysowałam ani jednej nowej kreski.

W zeszły wtorek siostra wysłała mnie na warsztaty z malowania na szkle do Galerii Sztuki Ludowej w Lublinie. Dostała przypadkowo darmowy karnet na wstęp z jakiejś gazety. A, że ona „nie ma talentu” to wysłała na te zajęcia mnie gdyż ostatnio malowałam luksfery do jej nowo budowanego domu, więc chociaż nie bardzo miałam chęć to jednak pojechałam na te warsztaty. Na miejscu okazało się, iż ta technika malarstwa - aczkolwiek ciekawa, efektowna i nie pozbawiona swoistego naiwnego ludowego uroku - nie wiele ma wspólnego z tym na co ja się nastawiłam. Zajęcia prowadziła artystka z Zakopanego, której rodzina od pokoleń zajmuje się wykonywaniem obrazów na szkle. Pod jej okiem grupka zebranych osób tworzyła swoje obrazki na przygotowanych szybkach. Czułam się trochę jak na jakiejś terapii zajęciowej. W sumie technika nie bardzo mi leżała, jak sama pani instruktorka zauważyła widać, że wcześniej kiedyś malowałam na płótnie, bo podobnie potraktowałam szybkę. Stworzyłam jakiegoś bohomaza i stwierdziłam, że już się tam nie pokażę bo szkoda mojego czasu, ale doświadczenie było ciekawe.



Poniżej jednen z moich malowanych luksferów i gotowa już ścianka...




Z kolei w czwartek wypadł mi niespodziewany wyjazd do Bielska Białej. Mała dostała zaproszenie do udziału w sesji zdjęciowej na sezon wiosna-lato Wójcika i rano zostałam telefonicznie powiadomiona, że mamy się stawić w agencji w piątek na 1000! A ja oczywiście bez kasy, bez transportu bo siostra akurat w pracy też gdzieś w Polsce, bez zarezerwowanego noclegu i w dodatku okazało się, że połączenie z Chełma mamy tragiczne. Na szczęście moja święta mama nie pozwoliła żebym odpuściła sobie ten wyjazd i zorganizowała kasę od ojca tak samo jak samochód a na kierowcę wyznaczyła brata. Wyjechaliśmy więc po 1800, trochę za późno - nie wzięliśmy pod uwagę, że na trasie będą utrudnienia z powodu robót drogowych czy korek spowodowany wypadkiem, nie daliśmy rady dojechać do Bielska i musieliśmy przenocować po drodze. Na szczęście byliśmy w kontakcie z Alice i udało jej się znaleźć na necie jakiś hotel przy trasie. Wstaliśmy świtkiem następnego dnia, posililiśmy się obfitym śniadaniem i mogliśmy wyruszyć w dalszą 3 godzinną jeszcze drogę. Sama sesja zdjęciowa przebiegała bardzo sprawnie. Dzieci na początku były trochę nieśmiałe i sztucznie się uśmiechały. Mała np. wstydziła się „pokazać ząbki” bo… ząbków nie ma (akurat wypadło, że są w trakcie wymiany i niezupełnie jeszcze wyrżnęły się nowe)  ale z kolejnymi zdjęciami i przebierankami zawstydzenie ustąpiło miejsca dobrej zabawie i na koniec pozowała już jak rasowa modelka.  Nati z kolei oczywiście musiał o wszystko pytać, bo dużo rzeczy go zainteresowało na planie. Zaczepiał fotografa i asystentów żeby mu tłumaczyli po co są „te parasole” po co tyle świateł dlaczego taki długi obiektyw a do czego to do czego tamto na szczęście nikt nie robił z tego problemu i chętnie udzielano mu odpowiedzi.

W drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się na moment w Parku Rozrywki w Inwałdzie. Dzieciakom bardzo podobały się dinozaury, zabawa na placu zabaw, pokupowały sobie na pamiątkę jajka z których w domu po włożeniu do wody wykluły się prehistoryczne gady. Posililiśmy się w restauracji i wyruszyliśmy dalej w drogę powrotną. Do domu szczęśliwie dotarliśmy ok. godz. 2200. Na zdjęcia z sesji i katalog niestety musimy poczekać do marca gdy nowa kolekcja ubrań wejdzie do sklepów. Do tego czasu nowa kolekcja stanowi tajemnicę handlową i publikowanie zdjęć jest zabronione. Sama jestem bardzo ciekawa jak wyszły i jaki będzie końcowy tego efekt.

            Wczoraj po długim milczeniu dostałam 2 listy od R. Jeden w wyrazie pesymistyczno-oskarżycielskim drugi pisany kilka dni później (26.IX) już pod wpływem lepszego nastroju. Wkurzyły mnie trochę te listy. R oczywiście czuje się bardzo przeze mnie skrzywdzony a jednocześnie myśli, że ja jestem bardzo nieszczęśliwa i użalam się nad swoim losem (?!) no ale w sumie on zawsze wiedział lepiej co ja myślę, co ja czuję, co „knuję” i co jest dla mnie najlepsze. Teraz też to wie. Tak samo jak wie co jest najlepsze dla naszych dzieci. A dla dzieci najważniejszy jest pełen ciepła dom i kochający się rodzice – oczywiście ci kochający się rodzice to „my” -  ja i R… On liczy, że jak wyjdzie to ja zgodzę się na terapię rodzinną żeby ratować nasze małżeństwo, ciągle ma nadzieję, że będziemy razem!! On widzi tylko siebie w moim życiu i nikogo innego. Dzizyz, normalnie coś się we mnie gotuje jak to czytam…  Ciągle rozpatruje przeszłość, wypomina mi że „odstawiłam go na boczny tor gdy się urodziły dzieci” „czuł się wtedy tak samotny”… biedny q… żuczek!!  Samotny, niedoceniony, niekochany, nieszczęśliwy do tego stopnia, że musiał szukać pocieszenia u innych kobiet przed którymi mógł się wygadać i które go rozumiały…  ale oczywiście on to teraz zrozumiał bo to wina hormonów była, instynkt macierzyński we mnie wziął górę !!  Ot się dziecię naczytało psychologicznych mądrości – rzec by się chciało – no szkoda, że go tu nie ma bo bym go oświeciła… No bo do cholery jak można się rozczulać nad chłopem, który własne dziecko ma w dupie? Który własne dziecko widzi gdy można się nim pochwalić przed ludźmi - „ładne zrobiłem”? który zawsze był zbyt zmęczony żeby dziecko wykąpać albo przynajmniej pomóc w przygotowaniu kąpieli lub posprzątaniu po niej, który brzydził się zmienić mu pieluchę bo rzygał na widok gówna, który często zapominał, że jak żona zostaje sama w domu z noworodkiem w środku zimy to musi mieć zapełnioną lodówkę, musi mieć dla dziecka zapas pieluch,  bo nie jest w stanie wyjść nawet sama po zakupy żeby kupić sobie coś do jedzenia!! Że niestety ale dziecko jako istota słabsza i niesamodzielna jest całkowicie zależna od rodzica a realizacja jego potrzeb wymaga od rodzica stałej dyspozycji 24h/dobę  więc gdy taka matka sama jest zmuszona zajmować się dzieckiem, bo ojciec okazuje się do tego niedojrzały, może być zmęczona!  I nie trzeba tu żadnej filozofii ani stosów przeczytanych poradników żeby to zrozumieć tylko wystarczy odrobina empatii! Hormony, instynkt macierzyński nie mają tu nic do rzeczy działają tylko po to, żeby można  było ten trudny okres przetrzymać, czynią z nas na ten czas „nadludźmi” ale nie mają nic do naszego stosunku względem małżonka. Zwyczajnie na co zasłużył to ma i tyle w temacie. No bo za co chwalić obiboka, jak można go szanować? Teraz oczywiście R jest specem od wychowywania Natiego, jeden wniosek mu się nasuwa „źle się w domu dzieje jak go nie ma”… Wypomina mojej mamie, że źle nas wychowała bo zarówno mi jak i mojej siostrze nie ułożyło się życie małżeńskie i przez to „cierpią nasze dzieci” (sic!)  a brat skończył 30 lat i się jeszcze nie ustatkował w dodatku mieszka nadal z rodzicami – normalnie istna patologia… Nigdy też celowo mnie nie uderzył zawsze się bronił a ostatnio to mnie nie pchnął tylko po prostu spadłam z łóżka jak się na niego rzuciłam… Oczywiście „wypomina” mi również moje liczne zdrady i przytacza imiona kochanków no ale wciąż mnie mimo wszystko kocha i wybacza i pragnie byśmy byli na zawsze razem i żyli długo i szczęsliwie… czyli u R wszystko w normie, jak było tak jest nic się nie zmieniło.

Brrrryyyy… Nie, niech on lepiej do mnie nie pisze. Te listy działają na mnie dołująco. Z drugiej strony byłam trochę ciekawa co u niego słychać. Po tym jak pisał jak źle działają na niego wizyty jego bliskich gdy nie ma dzieci pomyślałam przez chwilę żeby może jednak pójść w sobotę na odwiedziny, niech ma te odrobinę przyjemności z obecności dzieci przy sobie. Z drugiej strony sama nie mam ochoty się z nim widzieć. Nie wiem też czy tych wizyt nie wykorzysta potem przeciwko mnie w sądzie tak jak próbował ostatnio. Całkowicie nie wiem co robić. Teściowie już ponad miesiąc się nie odzywają, raptem zapomnieli o istnieniu wnuków. Mi też z jednej strony szkoda R, potrafię się wczuć w jego sytuację ale z drugiej strony siedzi we zadra za to wszystko co przeżywałam gdy byliśmy razem i gdy czytam jeszcze te listy to się wszystko zaczyna we mnie trząść. Widzę jak do siebie nie pasujemy. On i ja to zupełnie dwa różne światy. Aż dziw, że kiedyś myślałam inaczej, że potrafiłam się w jego świecie odnaleźć, dawałam  się manipulować. Teraz chcę się trzymać jak najdalej od jego rodziny, to toksyczni ludzie żyjący przeszłością, snujący zawsze jakieś teorie spiskowe, wiecznie uwikłani w jakieś problemy i oczywiście mający jednocześnie poczucie własnej wyjątkowości i doskonałości.  Mam też dość rozpamiętywania, zastanawiania się nad tym co było przypominania sobie wszystkiego na nowo. Żyję dniem dzisiejszym, wyciszyłam się, jest mi dobrze tak jak jest. Nie potrzebuję mieć przy sobie nikogo na stałe, od czasu do czasu wpadnie X i to mi wystarczy. Emocje już nie są wyznacznikiem mojego postępowania. Już nie wybucham, nie wściekam się, nie płaczę – olałam wszystko. Oczywiście jak każdy mam lepsze i gorsze dni. Czasem potrafi przygnębić brak gotówki, albo gdy po raz kolejny muszę odmówić kupna jakiejś rzeczy dzieciom, czasem czarno widzę swoją przyszłość ale z drugiej strony jestem na tyle zajęta, tyle różnych spraw mam na głowie, tyle się ciągle dzieje, że nie mam czasu się nad sobą użalać rozmyślać i nie czuję powodu aby to robić. Zdystansowałam się do wielu rzeczy, przybrałam skorupę, która mnie chroni, przez to może stałam się trochę bardziej cyniczna w ocenie problemów które mnie otaczają, które dotyczą też innych. Może pozbyłam się delikatności - już nie jest tak łatwo mnie zranić ale jednocześnie zachowałam łagodność, spokój i nadzieję, że nawet jak nie będzie lepiej to nie może być gorzej niż jest. Kiedy patrzę w lustro wiele rzeczy mi się w sobie nie podoba, nie nazwałabym tego jednak kompleksami tylko umiejętnością realnego spojrzenia na własną osobę. Są pewne rzeczy na które nie mam wpływu ale są również takie z którymi mogę powalczyć więc walczę i pomału widzę iż walka przynosi efekty co dodatkowo daje mi satysfakcję i pomaga zachować pewność siebie. Widzę jak się ciągle zmieniam. Jak ewoluuję. Zmienia się moje podejście do życia, dojrzewam ale się nie starzeję, wewnętrznie jestem ciągle tą samą pełną marzeń i ciekawą świata dziewczyną jaką byłam 20 lat temu mam tylko więcej doświadczeń za sobą – doświadczeń swoich i cudzych, które pozwoliły mi wyciągnąć wnioski na przyszłość. R w mojej wizji przyszłości już nie ma… nikogo nie ma – na razie.

 



komentarze (8) | dodaj komentarz

Ps. Socjopata w szkole

niedziela, 03 października 2010 1:01

     Pod wpływem komentarzy odnośnie mojego ostatniego wpisu postanowiłam napisać notkę...

     Owszem ośmiolatki jak widać są zdolne do takiego zachowania ale nawet na własnym osiedlu spotkałam się z jeszcze gorszymi przypadkami.

1. Dzieciaki potrafią wyłudzać od młodszych pieniądze

- mój mały np. zapłacił „koledze" 5 zł, które podebrał ukradkiem mi z portfela bo tamten obiecał mu dać płytę z grą GTA (w którą zabroniłam mu grać bo to gra od 18 lat!) Jak się potem okazało „kolega" wcisnął mu nie grę tylko nagrane na płycie jakieś rodzinne fotki. Za podkradanie kasy powinien dostać ostrą reprymendę ale, że się sam przyznał i pokazał gdzie schował przede mną „grę" odstąpiłam od wymierzania mu kary. Wystarczającą karą było dla niego już to, że dał się zrobić w jajo koledze i dostał  w ten sposób nauczkę,że nie podkrada się pieniędzy i nie robi „lewych" interesów za plecami mamy!

2. Dzieciaki kradną innym zabawki, dokuczają sobie nawzajem

- 2 lata temu młody zaprosił do domu starszych trochę „kolegów", bawili się jego Hot Wheelsami i w pewnym momencie przyuważyłam, że jeden z nich wkłada coś do kieszeni. Jak się okazało był to jeden z samochodzików! Chłopaki nie dali jednak za wygraną i namówili go kiedyś żeby wyniósł je do piaskownicy. Oczywiście kilka potem zaginęło bo jak doniosły mi inne dzieci „tamci chłopcy" zakopali samochody w piachu. Poświęciłam się i przekopałam całą piaskownicę łopatką, nic nie znalazłam...

- jeden z „kolegów" często „pożycza" od mojego małego rower, młody chce być miły i daje się koledze przejechać a potem nie może się doczekać aż dane mu będzie w końcu pojeździć na własnym rowerze. Jeśli nie pożycza jest wyszydzany. Sytuacje takie są bardzo frustrujące kiedyś kończyły się płaczem...

3. Dzieciaki bluzgają i nie mają szacunku dla dorosłych, gdy się im zwraca uwagę za złe zachowanie trzeba się liczyć z tym, że można zostać sklętym i zmieszanym z błotem

- spotkała się z takim zachowaniem jedna z moich sąsiadek, która „miała czelność" zwrócić uwagę takiemu ośmiolatkowi przed blokiem bo bluzgał rozmawiając z kolegą. Jak opowiadała gówniarz kazał jej się zamknąć, spier...ć i nazwał starą ku...ą !

4. Ośmio - dziesięciolatki potrafią też już popalać fajki w krzakach a także brać udział w obstawianych walkach

- rok temu byłam świadkiem takiej właśnie akcji: ok. 10 dzieciaków zebrało się obok naszego bloku na łące a 2 się biło, podjudzał ich do tego (na oko) 13- latek w przeciwsłonecznych brylkach otoczony przez wianuszek małolatek ! Inni obstawiali, który z dzieciaków wygra. Nie wytrzymałam i rozgoniłam towarzystwo, pogoniłam ich spod bloku i sklęłam na czym świat nie stoi prowodyra. O dziwo jakoś mi się od nich nie oberwało...

Można jeszcze dużo wyliczać do czego są zdolne „dzieci".

     Przykłady, które przytoczyłam dotyczą jednak dzieciaków z jednej rodziny. Powiedziałabym rodziny patologicznej, bo ojciec podobnie jak R siedzi w ZK za znęcanie się nad rodziną. Dodatkowo rodzina jest wielodzietna a matka nie wiem czy nie daje rady tego sama ogarnąć, jest przytłoczona pracą (chociaż nie wiem  czy pracuje zawodowo) i obowiazkami domowymi czy może sobie zwyczajnie wszystko olewa, bo dzieciaki  zawsze jak pamiętam ganiały samopas od rana do wieczora po dworze i widać, że są zaniedbywane czego dowodem może być wyczuwany "zapach" jaki po sobie zostawiają! Można też powiedzieć, że jest to przypadek odosobniony bo większość dzieci na naszym osiedlu nie stwarza na szczęście takich problemów. No ale i takie rzeczy się zdarzają... W każdym bądź razie na tle takich przypadków mój mały wygląda wzorowo. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że dzieci takie jak on są szczególnie podatne na wpływy. I boję się właśnie o wzorce. Nati z jednej strony zachowuje się naiwnie, jest łatwowierny, ufny - jak to dziecko, z drugiej gdy spotyka się z niesprawiedliwością (czasami we własnej ocenie) zaczyna się przeciw niej buntować i walczyć o swoje racje. Czy właściwym postępowaniem jest powstrzymywanie go przed tym? Główny problem stanowi jednak brak kontroli nad emocjami, reakcje nieadekwatne do sytuacji ale... czy jest to wynik niedojrzałości emocjonalnej dziecka  ( do której ma przecież prawo) czy już objaw nadpobudliwości?

Ale cóż, o dobrego specjalistę naprawdę trudno... Byłam w piątek z młodym u lekarza i jedyne co usłyszałam to "ADHD-owcy tak mają". Ja wiem, że tak mają więc nie obwiniam się aż tak bardzo za zachowanie syna. Owszem słyszę nieraz od „życzliwych",  że brak mu dyscypliny.  Nie wiem, może i tak, może faktycznie jestem za miękka, ale nie potrafię wychowywać moich dzieci twardą ręką, za bardzo je kocham żeby karać je za każde przewinienie co nie znaczy, że wszystko uchodzi im płazem, było kilka sytuacji kiedy nawet pasek poszedł w ruch ale to już ostateczność. Ciężko mi to przychodzi, nie jestem zwolenniczką bicia bo po 1) sama dostawałam w dzieciństwie i wiem jak to boli (chociaż moje dzieciaki w życiu nie dostały nigdy tak jak ja dostawałam) a po 2) to jest też moja porażka wychowawcza, kiedy żadna inna argumentacja, tłumaczenia, rozmowy, kary nie działają i bardzo potem tego żałuję ale niestety czasem naprawdę nic innego nie skutkuje! Zresztą jest napisane: „ Syn tam jest mądry, gdzie jest ojcowskie karcenie, lecz szydercą jest ten, kto nie słyszał nagany" albo „ Kto powstrzymuje swą rózgę, nienawidzi swego syna ale miłuje go ten, kto go dogląda z karceniem" albo „ Rózga i upomnienie udzielają mądrości; lecz chłopiec puszczony samopas będzie przynosił wstyd swej matce"...

     Co do leków to Concerta powinna pomóc Natiemu skupiać się na lekcjach ale trzeba trochę czasu żeby dobrze zaczęła działać więc poczekamy jeszcze miesiąc i dopiero doktor zadecyduje czy jest potrzeba zwiększania dawki czy nie. A co do mojego syna i ogólnie jego osobowości to nie jest z nim aż tak strasznie, stać go na "ludzkie odruchy" potrafi być wrażliwy, można z nim też mądrze pogadać, interesuje go elektronika, wynalazki, zamęcza pytaniami na interesujące go tematy - trzeba nieraz ogromnej cierpliwości do niego. Ogólnie da się chłopak lubić i jest lubiany przez nauczycieli i inne dzieci tylko, że ma właśnie takie naloty - jak same panie w szkole zauważyły - w sytuacjach gdy narusza się stworzone przez niego reguły. Młody jest na szczęście w klasie integracyjnej ma dobre, mądre i życzliwe mu wychowawczynie. Jest też pod opieką innych szkolnych specjalistów którzy naprawdę starają się nam pomóc i mam też nadzieję że przyniosą efekt te treningi EEG. Tak, że jestem dobrej myśli i wierzę w niego, wierzę, ze mimo wszystko wyrośnie na ludzi bo innej opcji po prostu nie ma bez względu na to co by kto mówił.

 

Poniżej "laserowy system zabezpieczeń" rodem z Mission Imposible stworzony przez młodego w naszym domu..



 



komentarze (12) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 996  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260996
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni