Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 008 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Kulig

piątek, 25 stycznia 2013 1:04

   Niedziela należała do najprzyjemniejszych dni tego roku, spedziliśmy ją na kuligu zorganizowanym dla rodzin i podopiecznych Klubu Karate do którego należy Młody.
    Kulig był początkowo w planie zaraz po świętach, niestety pogoda nie dopisała - zaczęły się roztopy a potem przyszła "zaraza" i co drugi chodzil z grypą wobec czego impreza została odwołana i czekaliśmy na śnieg, którego wciąż i wciąż nie było widać... W zeszłym tygodniu zima w końcu znowu do nas wróciła, złapał mróz i zaczęło intensywnie sypać - kulig mógł dojść do skutku.
    Przed południem, z miejsca zbiórki wyruszyliśmy kolumną samochodów do oddalonej o 40 km od naszego miejsca zamieszkania Woli Uhruskiej. Tam czekała już na nas grupa dzieciaków i ich opiekunów z miejscowej sekcji karate oraz cztery wozy na płozach zaprzężone w konie przystrojone dzwoneczkami. Razem było nas ponad 40 osób. Wszyscy czym prędzej zaczęli zajmować miejsca. My usadowiliśmy się wygodnie na pierwszym wozie, dostaliśmy od woźniców koce, którymi mogliśmy się poprzykrywać i ruszyliśmy w drogę leśnymi trasami wchodzącymi w skład Poleskiego Parku Krajobrazowego. Aura nam sprzyjała, wprawdzie niebo zakrywały chmury ale było bezwietrznie a mróz lekki, humory więc wszystkim dopisywały. Część dzieciaków do ostatnich sań podoczepiała własne sanki, co raz dochodziły więc do nas z końca radosne piski, śmiechy i krzyki. W czasie jazdy dzieci miały też możliwość zaobserwować wiele tropów dzikich zwierząt, porostawiane paśniki i pięknie opruszony śniegiem drzewostan.

Kiedy zimno zaczynało już doskwierać zatrzymaliśmy się na rozgrzewkę. Zrobiliśmy chwilowy postój na polanie a sensei zorganizował wszystkim mini trening, następnie była gonitwa w zaspach za trenerem po której od razu wszystkim zrobiło się gorąco - mogliśmy jechać dalej...
W końcu dojechaliśmy do leśniczówki Koła Łowieckeigo, przy której już czekało na nas rozpalone palenisko nad ktorym piekły się kiełbaski... Kto zmarzł mógł więc ogrzać się przy ogniu. Zaraz też na rozgrzewkę zostaliśmy poczęstowani gorącym bigosem i herbatą. Były też pączki, babeczki, mandarynki... tak, że po ponad godzinnej jeździe leśnymi ostępami czekała nas teraz uczta. Kiedy wszyscy się już posilili i zagrzali zaczeły się zabawy i sportowe konkurencje dla dzieci do których włączani byli też rodzice. Dzieciaki rzucały piłką lekarską do celu, biegały pokonując różne przeszkody i wykonały kihon - układy technik podstawowych karate wykonywane po kilkanaście razy. Byłam ździwiona jak świetnie radzi sobie z tym Młoda, która przecież nie uczęszcza na treningi a i Młody wszystkie ćwiczenia wykonywał z checią, świetnie się bawił (szalał wręcz) i uczestniczył we wszystkich konkurencjach wraz z pozostałymi dziećmi - widać było, że są zadowolone z imprezy.
Na koniec poszliśmy zwiedzić "muzeum", które znajdowało się... w stodole na sąsiedniej posesji. Znajdowały się tam zbiory miejscowego regionalisty, na które składały się przedmioty codziennego użytku będące na wyposażeniu przecietnego wiejskiego gospodarstwa sprzed półwiecza. Dzieciaki mogly zobaczyć jak wyglądał sierp, cep, kosa, sito, żarno i różne inne "maszyny" jak np. siewnik z początku XXw. Można było siąść na drewnianym łóżku z siennikiem (czyli  materacem wypełnionym słomą), dotknąć warsztatu tkackiego, zobaczyć jak wyglądały dawne meble, wyposażenie "łazienki", kuchni oraz przedmioty takie jak: maselnica, dzieża, niecka do wyrabiania ciasta, słomianki i łopata, na której wsadzano bochenki do pieca, licznie zgromadzone żelazka (na duszę, na żar), tarki do prania oraz prawidła i drewniane formy do wyrabiania butów czy podrożny "piesek" do zdejmowania oficerek a także pokaźny zbiór lamp naftowych i stare, stuletnie skrzynie, które w dawnych czasach slużyły do przechowywania posagu panny młodej. Chłopakom najbardziej podobał się chyba jednak zachowany w doskonałym stanie fiat 125p z początku lat 70-tych XXw...
Po zwiedzeniu Izby regionalnej i spędzeniu prawie 4 godzin na świeżym powietrzu  przyszedł czas na powrót... Znów sasiedliśmy w saniach i znajomą już leśną trasą ruszyliśmy w drogę.  Po dotarciu na parking zrobiliśmy jeszcze sobie wspólne pamiątkowe zdjęcie, pożegnaliśmy naszych woźniców i wszyscy w radosnych nastrojach rozjechali się do domów... Będziemy  teraz mieli co wspominać przez długi, długi czas.



komentarze (5) | dodaj komentarz

Wizyta

środa, 16 stycznia 2013 13:42

     Tydzień temu odwiedziła nas teściowa. Dziadek R w związku z jakimś zabiegiem na sercu na pare dni wylądował w szpitalu. Teściowa przy okazji odwiedzin u ojca chciała zawieźć mu "normalny" obiad, a że niemożliwością byłoby dowiezienie mu ciepłego jadła gdyby miała jechać sama do szpitala ze swojego domu postanowiła przyjechać rano do nas i tutaj na miejscu coś upichcić. Ok. nie ma sprawy, nie widziałam żadnego problemu w udostępnieniu swojej kuchni i garnków a tym bardziej jeszcze, że przy okazji mieliśmy mieć "za darmo" ugotowany obiad i zapełnioną lodówkę, zapomniałam już jednak jak upierdliwa i krytycznie usposobiona do mnie (ale też do wszystkich i wszystkiego wokół) potrafi być moja teściowa i szybko zaczął mnie szlag trafiać...
   Na samym początku teściowa wręczyła mi prezenty dla Małej. Kupiła jej ciuszki wśród których były ciepłe rajstopki, zastanawiała się tylko, czy Mała w nie wejdzie, bo ostatnio sporo przytyła, jak to określiła teściowa "Mała jest przesadzista i ma niezły spust, ona (teściowa) jej nigdy nie żałuje jedzenia (gdy Młoda jest u niej) ale Mała potrafi zjeść kilka porcji a tyłek jej rośnie..." Wtrąciłam, że przyjdzie wiosna, dzieci wyjdą na rolki, rower to Mała szybko zrzuci te swoje boczki a R broniąc córki dodał, że "ona nabiera teraz masę przed kolejnym skokiem wzrostu"- pierwsza dyskusja była skończona...
     Jak tylko R przywiózł do nas z busów swoją mamę, dla rozgrzewki poczęstował ją odgrzaną pomidorówką, którą gotowałam poprzedniego dnia. I tu z miejsca usłyszałam, że nie potrafię zabielać zupy i wykład z cyklu "jak należy poprawnie zabielać zupę", bo w mojej śmietana była zważona... Nie wchodzilam w dyskusję na temat konsystencji śmietany w mojej zupie, bo po 1) fakt, olałam dokładne jej roztrzepanie przed wlaniem - przecież jaka by nie była i tak wszyscy zjedzą zupę ze smakiem, bo zawsze pomidorówka wychodzi mi pyszna, po 2) nie biorę udziału w konkursie na najlepszego szefa kuchni więc wisi mi i powiewa w jaki sposób powinno się "trzepać" i mieszać śmietanę przed wlaniem do zupy, a po 3) nic dziwnego, że się zważyła skoro R zamiast zupę tylko podgrzać, rozpalił palnik pod garnkiem na full i zupę ponownie zagotował!
Ale czy to do cholery jest takie ważne?! Zacisnełam zęby i nawet nie tłumaczyłam się z "błędu" wychodząc z założenia, że milcząc nie dam pożywki dla niezdrowych dyskusji a teściowa pogada i pojedzie, i długo, długo znów nie będę musiała jej oglądać, więc lepiej utrzymać cięty język na wodzy i nie dać powodów do zadrażnień i trzymania urazy pod moim adresem...
     Kiedy ja jadłam śniadanie, teściowa odpoczywając, zaczęła opowiadać o swoim ojcu, o tym jak podupadł na zdrowiu od czasu śmierci jej matki, że ciągle rozpacza za nią i codziennie chodzi na cmentarz, chociaż ona wciąż mu powtarza, że to nie ma sensu, bo w ten sposób przecież jej w żaden sposób nie pomoże... ale on tłumaczy, że "gdy tam pójdzie, to lepiej się czuje". Wtrąciłam, że nie dziwi mnie to i potrafię go zrozumieć, bo mam podobnie z moją babcią - gdy dłuższy czas nie jestem na jej grobie to zaczyna mi się śnić po nocach, nachodzi moje myśli za dnia co po dłuższym czasie staje się męczące ale gdy w końcu pójdę na cmentarz odczuwam ulgę i sny przechodzą... W tym momencie teściowa przerwała mi "Ale jak matka umiera to zupełnie co innego niż babcia..." - musiała jak zwykle koniecznie zwrócić uwagę na swoją osobę i swój ból, bo ona cierpi zawsze najbardziej ze wszystkich ludzi... Ku jej zdziwieniu przytaknęłem, że owszem, nie wiem jak to jest po śmierci matki, bo moja wciąż żyje i oby żyła jak najdłużej ale dla mnie moja babcia była w ogóle pierwszą osobą w moim życiu, której śmierć dogłębnie mnie dotknęła, była pierwszą osobą, która umarła a z którą byłam tak blisko związana i której dobitnie poczułam brak... Babcia mnie wychowywała od małego i była dla mnie jak druga matka ale oczywiście moja teściowa wie lepiej kto jak się czuje w okolicznościach straty kogoś bliskiego...
     Zaczęło się gotowanie. R wymyślił, że najlepsze będą pulpety więc wcześniej kupili z matką mięsa, które trzeba było w domu zmielić. I tu znowu faul - dawno nie korzystałam z maszynki do mielenia więc okazalo sie, że zarówno nożyk jak i sitko jest pordzewiałe więc znowu dostałam wykład od teściowej nt, zabezpieczania przed rdzą sitka i nożyka... Nie miałam ochoty dłużej przebywać z nimi w kuchni ale okazało się, że teściowa jednak nie będzie wszystkiego robić sama tylko ja mam gotować, bo wg. R ja robię najlepsze pulpety(!)
Miałam ochotę powiedzieć żeby się ode mnie odwalił, mialam już dość przebywania w ich towarzystwie i najchętniej zabunkrowalabym sie w drugim pokoju ale nie chciałam znów awanturować się przy jego matce, zacisnełam więc zęby i robię te pulpety... W tym czasie jego matka obiera ziemniaki i znów słyszę, że "co to za ziemniaki, parchate jakieś, robaczywe, co drugi to zgniły w środku" R tłumaczy, że to kupcze, że wczoraj kupiłam w sklepie obok (teściowa wie, że mamy "swojskie" z pola koło dziadka i zawsze ilekroć jadła u nas obiad nie omieszkała skrytykować "naszej" odmiany kartofli, więc może teraz też myślała, że to "nasze" i tak gada dla zasady?) ale gdy ja wczoraj obierałam do zupy nie trafił mi się żaden zepsuty a i teraz gdy zaglądam jej przez ramię nie widzę, by obierając musiała coś z nich obcinać czy wycinać więc co ona chce od tych kartofli do cholery?!
     Następnie zaczęło się narzekanie na noże, że nie są naostrzone a na koniec - cóż za pech - zobaczyła, że w zlewie moczy się prodiż po szarlotce i o zgrozo widać, że na bocznych ściankach oblepiony jest trochę przypalonym ciastem "To ten nowy prodiż co wam dałam? I już spalony?" - "Nie jest spalony tylko jabłka się w czasie pieczenia rozlaly i przypiekły i piana trochę na bokach ale to się odmoczy i wyczyści" I w tej chwili znow nastąpił kolejny wykład na temat zabezpieczania nowego prodiza przed pieczeniam, o tym jak należy go wysmarować tłuszcem itp. - teściowa wszystko wie, chociaż sama nigdy nie piecze...
     Na szczęście wybiło południe, pulpety i ziemniaki się ugotowały, zjedliśmy obiad i trzeba było szybko jechać do szpitala, by dowieźć wszystko jeszcze gorące dziadkowi...
Po wyjściu z domu R i jego matki zapadła błoga cisza... Ufff - odetchnęlam z ulgą, w końcu i ja mogłam wyjść z domu i udać się... do mojej mamy.



komentarze (8) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 998  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260998
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni