Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 007 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Bo mnie to boli, że...

sobota, 22 stycznia 2011 16:48

     Chłopaki siostry dostali Xboxa… mój „się rozchorował” i postanowił, że teraz będzie zbierał pieniądze bo też chce taki mieć. Wpadł znowu w jakąś manię i o niczym innym nie mówi… „Synu czy ty wiesz ile to kosztuje?!” – oczywiście nie zdaje sobie sprawy jak długo będzie musiał zbierać, żeby w końcu nazbierać tym bardziej, że matka zmuszona niejednokrotnie jest mu te uciułane grosze podbierać a potem, pomimo obietnic, że odda nie oddaje…

- Mamo kup mi…, - Mamo daj mi pieniążka na… A ja już się boję odpowiadać „nie mam” bo nie chcę ulegać autosugestii! (przecież mądre psychologiczne książki mówiące o sile podświadomości  przestrzegają, „jeżeli sobie ciągle coś powtarzasz to potem tak się dzieje dlatego należy powtarzać sobie afirmacje i karmić się rzeczami pozytywnymi” czyli jeśli za każdym razem będę powtarzać „nie mam pieniędzy” to ich mieć nie będę nigdy!…  urwa, w dupę niech mnie pocałują z tymi swoimi „mądrościami” bo co mam odpowiedzieć dzieciakom, że mam? Skoro przecież nie mam! Albo ostatnie 2zł dać na cukierka zamiast zostawić na chleb lub mleko?) A z drugiej strony już się zastanawiam, czy przypadkiem właśnie dlatego „nie mam”  bo negatywnie myślę? Ale jak tu myśleć pozytywnie kiedy za 900 zł muszę zapłacić prąd -270, za mieszkanie-500, TV i net-100 za  telefony- 60, uzupełnić zaległość na karcie kredytowej, gaz, paliwo do samochodu, no i „na życie” (przedszkole małej na szczęście opłaca już trzeci miesiąc dziadek…) siłą rzeczy powstaje deficyt. I co z tym robić? – „Znaleźć sobie pracę” – odpowie mądry, - „Brać co popadnie, co jest”… A co jest?

Ostatnie oferty z PUP, czytam:

- kierowca kat. C+E – no raczej nawet jakbym się zgłosiła to odpadam, bo jakże inaczej?;

- fakturzystka… 5-letni staż pracy jako fakturzystka, obsługa komputera-programu SUNDAY SUBIEKT GT – WTF SUNDAY SUBIEKT GT? nie znam, może mogłabym się jakoś nauczyć sama tylko kto będzie na mnie czekał no i 5 letniego stażu nie mam;

- pielęgniarka/pielęgniarz w Zakładzie Karnym – cóż, raczej trzeba mieć jakąś orientację w pielęgniarstwie inaczej nie da rady…;

- sprzątaczka, wykształcenie: podstawowe/zawodowe/średnie (w sumie podstawówkę skończoną mam, średnie też… ale) osoby z orzeczonym stopniem niepełnosprawności, mile widziany staż pracy jako sprzątaczka – staż pracy jako sprzątaczka mam zrobiony w domu ale nie mam orzeczenia o niepełnosprawności…;

- sprzedawca w branży budowlanej 2-letni staż pracy w branży budowlanej, obsługa komputera, znajomość asortymentu materiałów budowlanych i hydraulicznych – czarna magia i pewnie jak już to faceta chcą…

-szwaczka;

-monter-spawacz;

-operator wózka widłowego;

-kelner ze stażem…

-mechanik;

-znowu sprzątaczki niepełnosprawne;

- i sprzedawczynie tu i ówdzie ale trzeba mieć aktualną książeczkę zdrowia tylko, że ja oprócz książeczki nie mam predyspozycji psychicznych do tego zawodu, ciarki mam na plecach na samą myśl ponownego, ciągłego, bezpośredniego obcowania z ludźmi…

     Takie to oferty pracy naprzemiennie można spotkać w naszym mieście… tak, że praca jest tylko „ty Anka marudzisz i chęci nie masz!!”... Dobra, znalazłam jeszcze jedną dość atrakcyjną ofertę na państwowej posadzie, dokumentów trzeba tam złożyć od groma więc kompletuję i w poniedziałek zaniosę. Jeśli chodzi o wykształcenie niby mam predyspozycje do tego stanowiska ale praktycznej wiedzy zero więc zbytnich nadziei sobie robić nie będę ale żeby nie było, że mi oferta sprzed nosa uciekła to daję sobie szansę…

Taaa, bo moim problemem nie jest brak pracy tylko brak pieniędzy!! Ale pomimo takiego nastawienia jednym z moich postanowień na ten rok jest znalezienie w końcu sobie stałej pracy albo zakręcić się za jakimiś funduszami i jeżeli da radę to otworzyć własną działalność gospodarczą co by mi najbardziej odpowiadało. Gorzej, że nie mam pomysłu co by to mogło być… Na razie mam zlecenia od mamy i z tego w sumie żyję na zasadzie, że ja pomagam w pracy jej a ona potem może mnie wspomóc finansowo. Źle się jednak czuję z takim „uzależnieniem” i chciałabym w końcu być „na swoim” bo mimo wszystko wygląda to z boku tak jakbym wyciągała rękę po jałmużnę… Na szczęście zlecenia są tylko samozaparcie przygasło ale pomału znowu wchodzę na właściwe tory i nabieram rozpędu bo przez ostatnie 1,5 miesiąca nic mi się nie chciało i je przebimbałam.  Nadrabiam więc zaległości w pracy i  zamiast jak normalny człowiek w nocy spać siedzę do 200 i rysuję ale cóż dopiero jak dzieciaki zasną nastaje odpowiedni czas na pracę bo nic mnie nie rozprasza, wtedy też doznaję jakiegoś przypływu sił i mogłabym przed komputerem spędzić całą noc zresztą nawet gdy położę się wcześniej to i tak cierpię na bezsenność… mój wewnętrzny zegar biologiczny się rozregulował. Nie ma jednak chyba większego bodźca do pracy dla mamony jak „mamo kup” raz po raz wydobywające się z ust dziecięcia…

 

Ps. R przysłał nam trochę kasy ze swoich „zaskórniaków” bo obiecał małemu, że dołoży się mu do Xboxa… Na razie dałam mu z tej sumy część, dzięki temu będę miała za co opłacić dzieciakom basen a wczoraj mogłam zabrać je do kina na „Zaplątanych” – dzieciaki szczęśliwe, bajka super, jeśli ktoś jeszcze nie widział to polecam

 




komentarze (11) | dodaj komentarz

Skrót... dobrzy ludzie są na świecie :)

środa, 12 stycznia 2011 1:58

 

     Wchodząc dzisiaj wieczorem na bloog Zrodzonej zauważyłam horoskop dla byka (czyli mnie) gdzie pisało między innymi tak:


Jest to dobry dzień na zakończenie wcześniejszych nieporozumień (…) i zapewne zdecydujesz się na podjęcie jakiejś decyzji. W końcu i tak nie masz nic do stracenia.”


  Hmmm daleka jestem od wiary w horoskopy ale… byłam dziś w sądzie…


     W sierpniu była rozprawa w Sądzie Apelacyjnym bo R odwołał się od wyroku w sprawie naszego rozwodu i w końcu dziś, po 5 miesiącach sprawa wróciła na wokandę Sądu I Instancji.

Denerwowałam się przed wejściem.  Było już przed 1400 ale ciągle jeszcze toczyła się sprawa z godziny 1100 a z sali dobiegały… krzyki Sędziny! Stresowałam się - Cholera co to będzie skoro ona jest taka wybuchowa…

     R jak i jego pełnomocnik (który się nawet na rozprawę nie stawił) byli pewni, że sprawa zostanie odroczona ze względu na to, że R który domagał się prawa do brania udziału w rozprawie de facto nie ma możliwości się na nią stawić ze względu na bezterminową internację w zakładzie zamkniętym daleko, daleko stąd… Zwyczajna gra na zwłokę z jego strony.

Sędzina jednak nie miała zamiaru sprawy tak od razu zamykać.

     Pierwszymi słowami jakie padły pod moim adresem z ust pani Sędzi były: - Pani jest w ciąży?

Zamurowało mnie… - eeee, nie… ja tylko przytyłam… - wyjąkałam zaskoczona pytaniem a siedząca po prawicy sędziny kobieta lekko się uśmiechnęła w moim kierunku… (dżizyz czy ja naprawdę jestem aż taka gruba żeby podejrzewać u mnie ciążę? A może to tylko moja tunika coś takiego jej zasugerowała? Fuck!!...)

Sędzina na to: - nie, ja pytam tak bo pani przecież ma prawo się z kimś związać i być w ciąży…

(Kurcze czyżby ona mi coś sugerowała? Zapewne wszystko byłoby jaśniejsze gdybym była z kimś związana: dziecko w drodze = nowy związek = nowa rodzina więc stary nie ma przyszłości jest zakończony… Czy takie miała intencje zadając mi to pytanie na wstępie?)

Mój stres gdzieś się oddalił. Groźna pani Sędzia okazała się wcale nie taka groźna. Odniosłam wrażenie, że nie zależy jej na przedłużaniu postępowania tylko żeby jak najszybciej udzielić nam tego rozwodu.

Jak sama jednak powiedziała zmuszona jest  zastosować się do wytycznych Sądu Apelacyjnego  dlatego nie można uznać, że R jest winny rozpadu naszego związku skoro dopuścił się zarzucanych mu czynów w stanie niepoczytalności (jak wykazali biegli w sprawie karnej) dlatego zaproponowała abym alternatywnie zgodziła się na wyrok bez orzeczenia o winie – ani mojej ani jego - ze względu na to, że stwierdzono u niego chorobę i aktualnie przebywa w szpitalu. Gdybym trzymała się pierwotnego brzmienia wiązałoby się to z przedłużeniem sprawy z ponownym powoływaniem biegłych, świadków itp… W sumie zawahałam się bo boję się, żeby R czy jego rodzina nie chcieli kiedyś z powodu jego choroby pozbawić mnie alimentów i może wyciągnąć alimenty ode mnie dla niego jako, że np. on nie może ze względu na chorobę pracować a ja mogę… Gdy mam orzeczenie o wyłącznie jego winie to sprawa jest jasna a tak – pewności nie mam bo nie znam się na prawie i poradzić też nie mam się kogo bo w przeciwieństwie do R nie stać mnie na adwokata, musiałam jednak szybko powziąć sama decyzję i przystałam na propozycję sędziny.  Pomyślałam sobie, że lepsza taka alternatywa niż orzekanie o naszej wspólnej winie - czego w pozwie domagał się R (a raczej jego rodzice bo to oni wnosili ten pozew i to oni bardziej są w kontakcie z adwokatem niż sam R). Druga rzecz nie po mojej myśli to to, że nie ma podstaw do orzeczenia eksmisji R skoro… przebywa w szpitalu na czas nieokreślony (!) Cholera, a co będzie jak wyjdzie? W sumie na razie nie ma widoków na to żeby szybko wyszedł a sędzina doradziła żeby założyć sprawę o podział majątku i ewentualnie go spłacić ale… „ale” mam dużo ale przystałam na ten zapis.

R teraz ma prawo do ustosunkowania się w ciągu 2 tygodni do dzisiejszych postanowień Sądu. Jeżeli będzie miał coś do powiedzenia to zostanie przesłuchany przed Sądem najbliższym jego teraźniejszego zamieszkania – będzie się mógł wypowiedzieć tak jak chciał. W sumie nie mam pojęcia jak on na to wszystko zareaguje bo w przeciwieństwie do tego co zawarł w „swoim” pozwie przeciwko mnie on wcale tego rozwodu nie chce, cały czas w listach czy przez telefon prosi abym sprawę wycofała, bo jak mówi chce ratować nasz związek i chce mieć pełną rodzinę, chce tego dla dzieci… Więc boję się, że znowu coś będzie mieszał a ja chciałabym w końcu żeby już się to wszystko skończyło bo to już drugi rok się ciągnie a biorąc pod uwagę, że pierwszy pozew o rozwód złożyłam w grudniu 2006 roku (do rozwodu wtedy nie doszło „bo dałam mu szansę”…) to rozwodzimy się już 4 rok!

     Tak więc jak przepowiedział horoskop podjęłam dziś pewną decyzję nie mając nic do stracenia… hmm z tym straceniem to jeszcze zobaczymy.


     Do L. jeździłam dziś z siostrą, miała parę spraw do załatwienia więc się przy okazji załapałam na darmową podwózkę. W drodze powrotnej miałyśmy „śmieszną” przygodę. Jako, że Alice musiała w drodze powrotnej zahaczyć o jedną miejscowość a po powrocie do domu czekało ją jeszcze jakieś spotkanie a czas gonił, postanowiła pojechać skrótem… Co chwilę jednak odbierała telefony. W pewnym momencie sama musiała oddzwonić ale rozładowywał jej się telefon. Musiała więc zadzwonić z drugiego tylko w jakiś sposób w tym pierwszym znaleźć jeszcze numer... Zmuszona była zjechać na pobocze bo rąk jej zbrakło i oczu żeby jednocześnie jeszcze trzymać za kierownicę i patrzeć przed siebie a patrzeć już musiała bo było ciemno…

Więc niewiele myśląc zrobiła manewr zjechania na pobocze. Zjechała i nagle łup, łup, łup – coś wali o podwozie!!! Ona wciąż gada przez telefon, ktoś już na trzeci znowu dzwoni, samochód stoi przechylony, ja nie mogę wyjść żeby zobaczyć co się stało bo coś mi blokuje drzwi, jakiś facet przebiega w naszym kierunku przez ulicę, ona próbuje podjechać do przodu – nie da rady; do tyłu – nic z tego… Zagrzebałyśmy się!! Wysiadłam jakoś z samochodu, podchodzimy od prawej strony zobaczyć co się stało i… grunt się pod nami zapada!! Lądujemy po kostki, po łydki prawie w błocie!! Cholera, na poboczu prowadzone były roboty drogowe, a my popadłyśmy akurat w jakąś wyrwę. Nic nie było widać bo dół przykryło zmarznięte błoto i śnieg! Przednie koło zagrzebało się prawie całe po sam próg samochodu! Ale jak pech to pech bo wystarczyło zacząć zjeżdżać parę centymetrów dalej i byłoby twardo ale nie, my musiałyśmy popaść prosto w dziurę! Na szczęście przypadkowy przechodzień jest gotów mam pomóc, więc próbuję z panem wypchać samochód ale gdzie tam, do przodu nie chce iść… więc próbujemy do tyłu – nie pójdzie... więc jakoś z boku go wypchać żeby tym nieszczęsnym kołem zahaczył o stały grunt… Alice daje gazu… i całe błoto spod koła ląduje na nas!! Ja p…lę płaszcz, spodnie, bluzka, twarz – cała jestem upaciana błotem!!!

Nagle niewiadomo skąd znalazła się przy nas grupka młodych chłopaków. Kilka samochodów się zatrzymuje… Wszyscy zainteresowani tym co się stało i skorzy do pomocy, raz dwa szybko się organizują: „…nic nie poradzi pchanie trzeba wziąć na hol...” Jeden więc biegnie po swoją terenówkę a w tym czasie inni szukają gdzie zamontować linkę, mężczyzna który pierwszy ruszył nam na pomoc już jest z łopatą i odkopuje nam koło z błota… wokół zrobiło się tak rojno, że chyba ratownicy z przejeżdżającego ambulansu myśleli, że to jakiś poważny wypadek bo zwolnili i bacznie się nam przyglądali…

     Tak oto zostałyśmy wybawione z opresji przez nieznajomych mężczyzn za co cześć im i chwała się należy i krata piwa ale niestety nie było gdzie akurat kupić. Miałyśmy wielkie szczęście bo gdyby przytrafiło się nam coś takiego na jakimś odludziu to koniec – byłybyśmy uziemione i bez wzywania pomocy drogowej by się nie obyło a tak odjechałyśmy w świetnych humorach chociaż ja wyglądałam jak żul - cała ufajdana z błotem nawet na rzęsach i we włosach - ale co tam…:-D



komentarze (11) | dodaj komentarz

Podsumowując: nie było tak źle jakby się zdawało...

sobota, 01 stycznia 2011 3:41

   

     Koniec roku to tradycyjnie okres podsumowań. Czas na refleksje nad tym co było, co nas spotkało w tych ostatnich 12 miesiącach jak również czas na nowe postanowienia noworoczne. Ja również jeszcze raz oglądnęłam się za siebie otwierając nowe drzwi. Przechodzę je z nowymi postanowieniami patrząc wstecz mając jak zwykle nadzieję, że nowy rok przyniesie coś lepszego niż ten stary ale jednocześnie z pewną niepewnością i obawami przed tym co nieznane...


A rok 2010 rozpoczął się radośnie... Powitałam go z najbliższymi na Placu Konstytucji w Warszawie...

 

 

W połowie stycznia wszystkich zaskoczyła jednak nagła choroba i śmierć Babci...


 

Nastały silne mrozy, wszystko wokół pokrył biały puch (Tak wyglądało podwórko u dziadka)...

 

Ale w końcu przyszła wiosna przepędzając depresję, dając natchnienie na rodzinne wyjazdy, rowerowe  wycieczki za miasto...

Marzec - jeden z wypadów do Zamościa...



 

W kwietniu dużo się działo...

 

 

Znowu przyleciały bociany...

 

 

... i znowu była Wielkanoc...


 

...w końcu pierwszy raz miałam okazję zobaczyć polskie Góry!!


 

Zakopane - Krupówki...


 

a tu weekendowy wypad do Kazimierza n. Wisłą...

 

 

W maju Alenka przeszła w Krakowie udaną operację na oku co zarazem było okazją do ponownego odwiedzenia Zakopanego a w drodze powrotnej zwiedzanie zamku w Czorsztynie...

 

 

 

 

 

Urodziny Księżniczki...


 

 

I nastało lato - było upalnie i burzowo...

Czerwiec pamiętam tak...


 

 

 

A obok naszego osiedla zaczęło powstawać nowe "exkluzywne monitorowane"...


 

Lato zleciało mi na ogólnym lenistwie - w wolnych chwilach odnawiałam krzesła w domu, malowałam luksfery na sciankę do domu siostry...


 

robiłam dzieciom fotki...


 

 

chodziłam na spacery szukając inspiracji...

 

 

i poddawałam się błogiemu lenistwu na łonie natury...

 


W lipcu z rodziną i znajomymi pojechaliśmy na obchody 600 rocznicy Bitwy pod Grunwaldem. Wyjazd na długo pozostanie w naszej pamięci szczegolnie ze względu na powrót...


Wakacje zleciały również na wyjazdach nad jezioro i nocne przesiadywania przy ognisku w gronie znajomych... 





i tak niewiadomo kiedy dotarliśmy do września i ostatni wypad nad jezioro...



nastała jesień...



w październiku Alenka miała sesję w Bielsku Białej...


 

Zwiedziliśmy Park Jurajski w Inwałdzie...


 

A potem był listopad i grudzień... Znowu zrobiło się szaro - buro, nastał krótki dzień  skłaniający do jak najdłuższego pozostawania w łóżku a w końcu przyszły siarczyste mrozy i nas zasypało jak rok temu...

 

 




Dopadła mnie lekka depresja zimowa i choroba - czego już dawno nie doświadczyłam ale pomału nabieram nowych sił...

Jak zwykle trochę z lękiem otwieram nowe drzwi ale patrząc za siebie pomimo paru bolesnych wydarzeń mogę powiedzieć, że zeszły rok wcale nie był dla mnie taki zły chociaż głębiej wszystko analizując mało było w nim dni przeżytych "świadomie" - znowu mam odczucie, że bardziej się w nim "prześliznęłam", bo w sumie nic specjalnego nie dokonałam, nic specjalnie się nie zmieniło, czas płynie a ja podążam z falą... I jakoś niespecjalnie napawa mnie to optymizmem.

 





komentarze (18) | dodaj komentarz

niedziela, 18 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  260 994  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

bo całe życie się uczymy...jak żyć

O moim bloogu

wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne...

Statystyki

Odwiedziny: 260994
Wpisy
  • komentarze: 1960
Bloog istnieje od: 2814 dni