Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 261 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Wyjaśnienie

piątek, 30 września 2016 1:55

     Przestałam pisać... Blog jednak istnieje nadal ale tylko dlatego, że postanowiłam wszystkie swoje wpisy skopiować "ku pamięci" i dopiero wtedy go usunąć. Za dużo tu mojego życia, żeby się tego ot tak pozbywać, szkoda by mi było, bo lubię tu wchodzić od czasu do czasu i sobie poczytać, przypominać jak było i jaka ja byłam...Tyle, że jak to u mnie, ciągle brak mi czasu, żeby przysiąść i po kolei każdy z wpisów wraz z komentarzami sprowadzić do pdf-u... jeszcze mi "paru lat" brakuje do końca.

       W związku z tym, że w kilku komentarzach pod ostatnim moim tekstem padło pytanie "co u mnie" i czy zamierzam kiedyś jeszcze coś skrobnąć to donoszę, że u mnie wszystko w porządku :)

Dzieciaki zdrowe i rosną jak na drożdżach. Syn przerósł mnie już prawie o głowę. Wywalczyłam dla niego od zeszłego roku indywidualne nauczanie co bardzo mu służy, skończyły się konflikty z rówieśnikami, wzywanie do szkoły, wędrówki po terapeutach i psychologach, w końcu z chęcią chodzi do szkoły i nie ma już zaległości w nauce. Córka pięknie dorasta, czasami się buntuje ale wszystko w normie jak to typowa nastolatka w tym wieku. Czasami się między sobą tłuką - jak to rodzeństwo - ale ogólnie problemów nie stwarzają.

Z R bywa różnie ale "był czas przywyknąć" więc w sumie choć oficjalnie w separacji to nieoficjalnie nadal jesteśmy razem aczkolwiek przez ostatnie kilka miesięcy żyliśmy osobno, bo wyjechał... Ogólnie jednak układy między nami nie są jakieś tam najgorsze choć wzoru do naśladowania jako małżeństwo dla nikogo stanowić raczej nie możemy :D

Zwierzaki cały czas w takim samym komplecie, mają się też całkiem dobrze...

Tak, że nie jest źle.

     A dlaczego nie piszę? Wypaliłam się... Moje pisanie z biegiem czasu zaczęło tracić dla mnie sens, bo przestało być czynnością intymną, wewnętrznym oczyszczeniem - tak je czułam na początku, bo pisałam głównie dla samej siebie zwierzając się często z tego czego bym nie powiedziała na głos - z czasem zostałam tej intymności pozbawiona a wydarzenia z ostatniego wpisu sprawiły, że nagle wszystko przestało się dla mnie liczyć. Musiałam wyjść z szoku, przestawić się na inne tory, poukładać sobie wszystko w głowie, odnaleźć się na nowo a pisanie, dzielenie się z innymi moimi emocjami, wylewanie z siebie tego co leży mi na duszy przestało być ważne... Odechciało mi się pisać, przestałam myśleć o sobie, o tym co gra w mej duszy, odechciało mi się tym dzielić z innymi, poznawać ich opinię... tak samo jak przestały mnie interesować problemy innych. Wszystko stało się nagle mało ważne... Liczy się tylko tu i teraz oraz to co w najbliższej przyszłości. Przeszłość pozostała wspomnieniem a o dalszą przyszłość nie ma sensu się zamartwiać...

     Czy kiedyś jeszcze coś napiszę? Nie wiem, puki nie skończyłam  archiwizować mojej "przeszłości" bloga nie zamykam, czas pokaże czy jeszcze dopadnie mnie natchnienie.

 

 

 

 



komentarze (12) | dodaj komentarz

Prolog AD 2015

środa, 07 stycznia 2015 3:21

1stycznia, czwartek

Wróciłam do domu po 13.00. Szybko ogarnęłam mieszkanie i wzięłam się za robienie obiadu, bo po 15.00 mieli po mnie przyjechać mama z tatem i razem z nimi miałam jechać do dziadka i zawieźć mu ciepłe jedzenie.  

U dziadka czekały mnie jeszcze porządki. Zaraz po Nowym Roku, 2 stycznia miał chodzić ksiądz po kolędzie więc trzeba było zmienić obrus na stole, powycierać kurze… a tutaj jak na złość, w pokoju, na podłodze obok pieca kot jeszcze wywalił rzadką kupę a dziadek, że już niedowidzi to w nią wlazł i roztarł kocie gówno po dywanie! Musiałam więc jeszcze wyszorować plamy z dywanu, podłogę i dziadka ciapy… Kot za karę został eksmitowany z domu!

2 stycznia, piątek

Nie byłam u dziadka, bo rano pojechała tam mama z tatem i już czekała aż przyjdzie ksiądz a ksiądz przyszedł gdzieś w południe… W międzyczasie ugotowała dziadkowi barszczu, więc już moja obecność w tym dniu była zbędna – opał miał przyniesiony, dom posprzątany, jedzenie ugotowane…

3 stycznia, sobota

Jak zwykle przed pójściem do dziadka ogarnęłam dom, przygotowałam jeść dzieciom, spakowałam poprasowane pranie dziadka, przyszykowałam słoik gorącej zupy… Zadzwonił R, że niedługo wraca, zaczekałam więc jeszcze na niego, bo zgodził się mnie podwieźć a potem powiózł dzieci na przyjęcie do McDonalda…

Jak zwykle naniosłam do domu trzy wiadra patyków na rozpałkę, drewno grube i dwa wiadra węgla… Oprócz tego zmieniłam dziadkowi pościel, pomyłam naczynia, pozamiatałam, pomyłam podłogi, nakarmiłam koty… a potem rozmawialiśmy… jak zwykle… aż zrobiło się ciemno i tato już zaczął trąbić, na znak, że już pozaganiał swoje kury i jest gotowy do odjazdu więc pozamykałam dziadka na klucz i pojechałam, by samej nie wracać do domu po nocy…

4 stycznia, niedziela

                Mama zrobiła pierogów z mięsem i po południu zawiozła je do dziadka… Pojechali do niego wcześniej, bo tato miał jeszcze, zanim będzie zaganiać kury, naprawić mu zamek w drzwiach. Naprawa jednak się przeciągnęła gdzieś do 17.00…  Porozmawiali sobie, dziadek jak zwykle narzekał, że ledwie zaczął się styczeń a już mu przyszedł rachunek do zapłacenia za wodę, aż 14 zł… Więc wszystko w normie… Skoro była tam mama to tego dnia ja już do niego nie poszłam…

5 stycznia, poniedziałek

                Wstałam późno… Jak zwykle najpierw wyszłam z psem, wyniosłam śmieci… Potem zaczęłam robić śniadanie Młodemu, bo krzyczał, że jest głodny (Młoda w niedzielę pojechała na noc do ciotki, bo chciała się spotkać z jej wnuczką) i sprzątać mieszkanie… Młody na urodziny dostał trochę kasy i kombinował, żebym z nim pojechała do miasta, bo chce sobie już jakąś nową grę kupić…

-  Nie pojadę z tobą dzisiaj synu – przytuliłam go i pocałowałam

– Muszę iść do dziadka…

- Musisz? – młody był zawiedziony

- Muszę… I tak jest już późno – nie wypuszczałam go z ramion – Muszę wylać mu wiadro, przynieść wodę, i drewna i węgla na opał… i posprzątać i koty nakarmić… Muszę, bo sam nie da rady tego zrobić… Może jak tato wcześniej przyjedzie  to zdążymy jeszcze wieczorem podjechać…

           Za oknem zerwała się zamieć, pogoda nie zachęcała do wyjścia… - Jeszcze chwilę poczekam – pomyślałam, choć  widok zbliżającej się godziny 14.00 na zegarku wzbudzał we mnie coraz bardziej wyrzuty sumienia… - Snuję się dzisiaj po tym domu a czas leci jak zwariowany

Pogoda w końcu się uspokoiła, ale było już po 14.00 jak wyszłam…  Na miejscu byłam w niespełna pól godziny. Jak zwykle przywitały mnie koty gdy weszłam na podwórko, i jak zwykle wpuściłam je do środka, by sobie zjadły w sionkach…

Otworzyłam drzwi do drugiej sieni…

                Tuż przy moich nogach z półmroku wyłoniło się leżące na posadzce ciało dziadka…

- Boże! Dziadziu!... Leżał bez ruchu z głową w rogu zwróconą do ziemi, wyglądało to tak jakby upadając poleciał twarzą na ścianę… Odwróciłam go na wznak… wyjęłam szczękę, zaczęłam sprawdzać czy oddycha, szukałam pulsu… rozpięłam koszulę, dotykałam ciała (było ciepłe) sprawdzałam czy bije serce… Ale nic nie czułam!! Dziadek leżał z otwartymi ustami… Klęcząc przy nim złapałam za torebkę… - Telefon! Telefon! Szybko! Boże gdzie jest telefon?! Przecież go wkładałam przed wyjściem! – zaczynałam wpadać w panikę… Wysypałam całą zawartość na posadzkę – Jest, na szczęście… teraz szybko… nie mam pewności - 999? Ale nawet jak to niewłaściwy numer to mnie przecież przełączą…

- Pogotowie ratownicze, słucham – Dyspozytor zgłosił się natychmiast – Proszę szybko o karetkę na ul… nieprzytomny człowiek, nie daje oznak życia, nie wyczuwam pulsu, brak oddechu - podaję dane, zawahałam się gdy dyspozytor pyta mnie o wiek dziadka – powiem prawdę nie przyjadą… - skończone 92… ale on chyba nie żyje… - zaczynam płakać… - Dobrze, proszę czekać, wysyłam karetkę, niech pani ułoży chorego na płaskiej powierzchni, odchylić głowę do tyłu i naciskając w okolicach mostka wykonywać masaż serca… dyspozytor wydaje mi polecenia… nie słucham już go rozłączam się… odchylam  głowę sprawdzam czy ma drożne drogi oddechowe naciskam i liczę 1,2,3,…30 dwa wdechy… 1,2,3… 30, dwa wdechy… wszystko robię odruchowo… jednak widzę, że to nic nie daje!! Nie potrafię! Nigdy nie potrafiłam w szkole zrobić prawidłowo wdechu na manekinie! I teraz też nie potrafię! Dziadek ma wciąż i tak otworzone usta… i takie zimne… W dodatku słyszałam i czułam jak coś trachnęło mi pod rękoma… chyba połamałam mu żebra! Zaczynam coraz bardziej czuć się bezradna… Gdzie ta karetka!! Muszę zadzwonić do rodziców… ale nie mogę przestać masować serca a nuż w dziadku może jednak jeszcze się tli życie? Wybieram numer z kontaktów, włączam głośnomówiący – ojciec nie odpowiada, mama – włącza się poczta… KURWA MAĆ! Dzwonię do siostry, prawie krzyczę przez płacz – Alice, dziadek chyba nie żyje, powiadom mamę niech przyjadą!!

W międzyczasie dzwoni też R, bo szukając w popłochu numerów do niego też puściłam sygnał… Ciągle liczę… 1,2,3…30… ale jestem roztrzęsiona i wyję już na całego…

Nagle biorę kilka głębokich oddechów i … wszystko przechodzi, ogarnia mnie spokój, przestaję płakać… jestem tylko ja, ciało dziadka, cisza, półmrok sionek i chłód posadzki pod kolanami…

Słyszę szybkie kroki  na podwórku… wpada siostra jest w szoku zaczyna płakać ale zaraz razem reanimujemy dziadka ja robię 30 ucisków a ona 2 wdechy na zmianę… Ale widzimy, że to już i tak na nic… Znajomy który ją przywiózł dzwoni na pogotowie i pyta co z tą karetką?! Wszystkie są w terenie, nie maja w tej chwili wolnej, coś tam mówią o strajku…

Wpadają rodzice, za nimi zaraz też jest R, przychodzi brat… tato, R i znajomy siostry przenoszą dziadka do pokoju… tam wciąż gra radio…w piecu jeszcze nie napalone, a więc dziadek chciał wyjść do sionek po drzewo...  mama rozpacza jest roztrzęsiona… R mnie obejmuje, wychodzę ochłonąć na świeże powietrze, przykucam… R podaje mi telefon, teściowa dzwoni – Nie teraz, nie chcę, nie mogę rozmawiać – odsuwam telefon od siebie ale R zdaje się tego nie rozumieć (jak wtedy, gdy wieźli mnie na salę operacyjną przed porodem – też wciskał mi przed drzwiami telefon do ręki…)… rozmawiam więc chwilę z teściową, coś jej tłumaczę bez składu i ładu, mówię, że czuję się winna, za późno przyszłam… znów zaczynam płakać… pociesza mnie, tłumaczy, że to nie moja wina, nie mogłam wiedzieć, że tak się stanie… mówi o nadziei zmartwychwstania…

Pogotowie przyjechało prawie godzinę od mojego wezwania… Podłączyli defibrylator… Zrobili z dwa wyładowania… Potem druga karetka z lekarzem… Wypisanie karty zgonu… Policja…

R, tato i Alice pojechali do zakładu pogrzebowego… Z mamą przygotowałyśmy ubranie dla dziadka… Przyszły sąsiadki aby się pomodlić… i przyszedł Filon aby ostatni raz położyć się na łóżku obok swojego pana…

 

Tak ukochany dom mojego dzieciństwa stał się pusty…



komentarze (21) | dodaj komentarz

AD 2014 Post scriptum

niedziela, 04 stycznia 2015 3:42

    DSC00340.JPG

    

          Pies od trzech dni nie chce wychodzić z domu. Gdy przychodzi czas na spacer siłą muszę go wyciągać spod łóżka a gdy już wyprowadzę, po załatwieniu fizjologicznych potrzeb szybko biegnie z powrotem pod klatkę. No cóż, tak wygląda u nas co roczny efekt  noworocznej zabawy…

       Sylwester miał być przyjemny, w rodzinnym gronie… Wprawdzie bez mojej siostry (która w tamtym roku przygotowała nam wspólnie z Młodą wyśmienitą kolację lecz w tym w ostatniej chwili wyjechała ze swoją paczką witać Nowy Rok do Kazimierza) ale R przywiózł ciasto, kupiliśmy Pikolaka a ja miałam w planie zrobić sałatkę i upiec grzanki z czosnkiem. Wcześniej kupiłam też dla siebie i Młodej peruki, bo miałyśmy się na Sylwestra wystroić i zrobić imprezę, były więc plany  na fajną zabawę lecz…

     Wszystko zaczęło się psuć jak tylko wróciliśmy z R z marketu, z zakupami. Jak zwykle doszło do spięcia między R i Młodym o dostęp do telewizora, bo ten chciał coś oglądnąć a Młody mu nie dawał, bo grał! Oczywiście R, jak to ma w zwyczaju w takiej sytuacji, wydziera się… i skarży do mnie! Zawsze to ja „mam coś z tym zrobić” albo „coś powiedzieć Młodemu”! Tylko dlaczego ja, skoro to on ma problem? Mam już serdecznie dość tych ciągłych interwencji i stawania pomiędzy skaczącymi sobie do gardła ojcem i synem! R drze na mnie gębę, że nie reaguję gdy Młody gra całymi dniami i gdy mu pyskuje a Młody też przychodzi do mnie i wyżala się na ojca, że podnosi na niego rękę i pochował mu pady podczas gdy on umówił się z kolegami, z którymi gra on-line, na wspólne sylwestrowe party, które mieli urządzić dla swoich wirtualnych postaci… Jednocześnie, czując się przy mnie bezpiecznie, rzuca w kierunku ojca najokropniejsze obelgi, co jeszcze bardziej rozjątrza R i za co znów JA zbieram joby, bo (wg. niego) „Młodemu na to pozwalam”… Jestem wściekła i na R i na Młodego. Wcale nie bronię dzieciaka ale uważam, że R mógł to z nim załatwić inaczej. Mógł z nim porozmawiać, wysłuchać a nie brać wszystko na krzyk. Nie pozwolę też by R go lał czy szarpał… W rezultacie gdy staram się go zasłonić przed rozwścieczonym R sama dostaję klapkiem po rękach.

     Dobry nastrój mija, nie mam ochoty już na zabawę ani przygotowywanie kolacji. Miałam jeszcze cichą nadzieje, że może R  gdzieś na noc wybyje, że ktoś go na jakąś imprezę zaprosił ale niestety nic na to nie wskazywało… R rozłożył się na kanapie w swoim pokoju a ja z dzieciakami zaszyłam się u nich próbując ukoić nerwy wpatrując się w ekran telewizora. Nic mnie jednak nie zdołało w nim zainteresować. W dodatku R jak na złość zaczął puszczać na full jakieś Disco Polo a Młody znów się wściekać i rzucać bluzgi w jego kierunku a mnie już szlag trafiał i na durnego starego i tego dzieciaka!

Młoda zaczęła się stroić, bo ciągle liczyła, że może jednak zaczniemy imprezę, była zawiedziona tym, że mi się już nic nie chce i w końcu nie czekając do północy otworzyli sobie z Młodym Pikolaka na co R znów zareagował krzykiem, bo przy okazji trochę im się porozlewało na podłogę…

W końcu siadłam do komputera, żeby przejrzeć pocztę ale jak na złość nie mogłam się zalogować! Moje hasło nie wchodziło (i nie była to wina wciśniętego Caps Look’a), wyglądało tak, jakby ktoś je zmienił?! Musiałam je zrestartować a zgodnie z procedurą aby mnie zweryfikować nowe hasło miało być przesłane na mój telefon. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy przeczytałam informację, iż hasło zostało wysłane na telefon o fabrycznym symbolu S…  Ki czort? Przecież mój telefon ma symbol U a nie S! S-kę ma R! Wkurzyłam się, bo uznałam, że najwidoczniej R próbował ze swojego telefonu zalogować się na moją pocztę i przy okazji zmienił mi hasło… Wołam więc do niego z pokoju i pytam, dlaczego to zrobił? R się wypiera więc mówię mu jaka informacja wyświetliła mi się na temat telefonu przy próbie zrestartowania hasła. R twierdzi, że to nie jego telefon tylko… MÓJ! Kiedy oponuję, że przecież ja nie mam S-ki tylko U przybiega wściekły i karze mi wyszukać w google zdjęcie z wpisanym modelem telefonu jaki mi się wyświetlił…

- Zobacz pie@%na kretynko, tak się nazywa twój telefon, on jest dostępny pod dwoma fabrycznymi nazwami! – wydziera się na mnie… Może i ma rację? W sumie i tak nie mogę sprawdzić hasła jakie zostało do mnie wysłane, bo mój telefon jest w naprawie ale po chwili udaje mi się zrestartować hasło innym sposobem i dostęp do poczty mam przywrócony, nie interesuje więc już mnie dochodzenie czy chodziło o mój model telefonu czy jego ani nie mam zamiaru ciągnąć tematu ewentualnego włamywania się R na moje konto. R jednak nie odpuszcza, przepycha się by wpisać w google ten nieszczęsny model telefonu – Weź się odczep – oponuję, więc R szuka go w wyszukiwarce swojego telefonu i podstawia mi wyświetlacz przed oczy – Daj mi spokój i wyjdź z tego pokoju! – drę się już na niego ale w niego jakby wstąpił jakiś szał, macha mi rękoma i tym telefonem przed oczami, krzyczy obrzucając potokiem najgorszych inwektyw... Ja go odpycham i czuję, że jeszcze moment a się pobijemy!... Dzieciaki stają w mojej obronie. Młoda wydziera na niego aby się ode mnie odczepił i wyniósł z pokoju. R coś tam burknął w stronę „gówniarzy” ale w końcu odpuszcza i wychodzi. Młody puszcza w jego kierunku jeszcze swoją wiązankę przekleństw…

                 Mam dość już tego domowego „sylwestra” i postanawiam iść na powitanie Nowego Roku do moich rodziców. R już śpi ale Młody nie ma ochoty na przechadzkę, zostaje więc w domu z „tatusiem” a my z Młodą zakładamy peruki  i ok 23.00 wychodzimy z domu.

Na ulicach pusto i mroźno, dla mnie to jednak świetna okazja do porobienia zdjęć po drodze...

                Przed północą docieramy na miejsce. W domu jest tylko mama z tatem. Ze względu na to, że reszta domowników bawi się na imprezach mama w tym roku nie przygotowywała żadnych specjałów. Siedzą więc z ojcem przed telewizorem i oglądają relacje z sylwestrowej zabawy w plenerze przygotowane przez stacje telewizyjne. Siedzimy z Młodą z nimi do północy a następnie idziemy na ulicę pooglądać fajerwerki.

Miałam w planie zaraz potem iść do domu ale córcia chce jeszcze wrócić „do dziadzia” więc wracamy. Długo jednak już nie wytrzymuje na nogach i zasypia. Rodzice radzą więc mi już z nią nocować i pościelić sobie łózko u brata, bo i tak wróci do domu nad ranem…

Gdzieś po 5.00 Endru wraca... Wcześniej z zabawy wrócili też chłopaki siostry i zaszyli się w swoim pokoju. Pojawia się problem, bo brat nie ma gdzie spać – zajęłam przecież z Małą jego łóżko – ale młodszy siostrzeniec ma zamiar resztę nocy spędzić przy komputerze więc Endru postanawia przespać się na jego łóżku (w sumie jest na tyle szerokie, że ostatecznie mogą się na nim przekimać nawet we dwóch). Jednak Młody K oponuje, nie chce widzieć wuja w swoim pokoju… bo jest podpity i mu śmierdzi! Czuję się winna zamieszania i proponuję, że może w takim razie K przyjdzie na moje miejsce a ja położę się z Endru, ewentualnie też jeśli nie chce spać z Młodą to mogę ją przenieść do łóżka mamy i tata… W międzyczasie budzi się mama i staramy się wspólnie znaleźć jakieś rozwiązanie ale K nie przystaje na to, co jeszcze bardziej rozjątrzyło mojego brata, bo „nie będzie gówniarz wszystkich wokół ustawiał” i po kolejnej przepychance słownej zrywa się i ma zamiar go lać… Stają jak dwa koguty naprzeciwko siebie i nie bacząc na późną porę kłócą się rzucając sobie wyzwania na pojedynek a ja z mamą staramy się ich uspokoić i powstrzymać, by nie doszło między nimi do rękoczynów… Zasłaniam siostrzeńca przed razami brata własnym ciałem chociaż przerasta mnie o ponad głowę, powstrzymuję, by nie prowokował słownie wujka…  W końcu w pokoju pojawia się ojciec – jestem pełna obaw, bo wiem, że jak się wkurzy to łby obu im pourywa… Ojciec jednak tylko wziął pod rękę brata i wyprowadził go do siebie do pokoju… Mama położyła się przy mnie i Małej i tak skończyła się wojna o łóżko… A Młody K zamiast spać dalej rypał w jakąś grę do rana, bo jak twierdził „ teraz jest tak zdenerwowany, że i tak nie uśnie”…

Spać po tej całej awanturze nie mogłam również  ja i mama. Leżałyśmy więc  - między nami śpiąca Mała – i gadałyśmy, aż do świtu…  

               To wszystko jakiś obłęd, jeden wielki dom wariatów… Uciekam przed jedną awanturą, by trafić na drugą… Czy faceci nie potrafią rozwiązywać konfliktów bez krzyku i rękoczynów? Nie potrafią nigdy odpuścić?

                Gdy już wstałam, zaczęły się telefony od R – „kiedy wracam?”, bo pies przestraszony fajerwerkami nie chce wyjść na dwór, bo Młody głodny… Gdy wracam do domu zachowuje się tak, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Przymila się do mnie, obejmuje, tuli a mi jakoś to nie w smak… Co on sobie myśli? Najpierw mnie będzie wyzywał a potem kładł głowę na kolanach? Zapomniał już jak mnie potraktował? No wariat! – Po co mi taki facet? Do przytulania mam dzieci a faceta chcę mieć takiego na którym mogę polegać, który będzie dla mnie oparciem a nie jakiegoś gburowatego miśka nie panującego nad emocjami… Niech spada!

               

                Dzisiaj Młody miał urodziny… Zapowiadałam mu już od tygodnia, że za jego złe zachowanie przyjęcia urodzinowego w tym roku mieć nie będzie. Nie dostanie tortu ani prezentów… i Młody przyjął to jakoś do wiadomości bez specjalnych emocji. R jednak dał mu z tej okazji półtorej stówki, przywiózł słodycze a po południu zabrał na tort do Mc Donalda (odbywała się tam impreza rocznicowa z okazji otwarcia lokalu) więc zawiedziony „brakiem urodzin” nie był.

                Wieczorem R przebrał się w garnitur i wybył z domu. Oznajmił, że kolega zlecił mu rozwożenie  gości  na weselu u rodziny. Trochej nie chce mi się w to wierzyć, bo czy do takiej „roboty” trzeba zakładać garnitur? Raczej wyglądało mi to na wyjście na wesele jako osoba towarzysząca… Jak było w istocie i tak nie będę robiła dochodzenia, bo nie ma to dla mnie znaczenia… I jakoś też nie tęsknię gdy nie ma go wieczorem w domu…



komentarze (30) | dodaj komentarz

piątek, 26 maja 2017

Licznik odwiedzin:  127 908