Z końcem kwietnia odfajkowałam kolejną „kreskę” na karku i o dziwo moje samopoczucie nie spadło z powodu okrągłej rocznicy urodzin, ani z powodu świadomości upływającego czasu – może dlatego, że tak naprawdę wcale się nad tym nie zastanawiam a może też dlatego, że Czas jest dla mnie łagodnym kochankiem – posuwa mnie regularnie (ostatnio jako jedyny) ale robi to nad wyraz delikatnie...
W sumie nie mam wokół siebie zbyt wielu „narzekaczy” (OK. dziadek na wszystko narzeka, bo przecież „przed wojną było lepiej…” ale on narzekał od zawsze, więc był czas przywyknąć i na to się przymyka oko) tym samym również nie mam powodów do narzekania i zamartwiania się, bo nie mam z kim się „licytować”. Nie bardzo mam się też z kim kłócić, bo „wyrosłam” już z „nerwusostwa”, dlatego coraz więcej rzeczy i osób olewam i coraz mniej jest takich, co mogą mnie wyprowadzić z równowagi – oczywiście z małymi wyjątkami jak np. R...
Mówiąc ogólnie, poziom stresu w moim życiu jest umiarkowany a przez ostatni tydzień ogarnął mnie wręcz nastrój błogostanu – wiosna rozbudziła się na dobre, pogoda nas rozpieszcza więc nic mi teraz do pełni szczęścia nie brakuje - oprócz oczywiście pieniędzy ale przecież do 15 - tego jeszcze z głodu nie umrę więc jakoś to będzie...
Tydzień temu „my sister” prowadziła w sąsiednim mieście szkolenie, na którym propagowała zdrowy tryb życia, gdzie zabrała mnie i R. Po szkoleniu zostaliśmy zaproszeni przez gospodarzy tego spotkania (jak i inni uczestnicy) na przepyszną kolację w stylu włoskim do jednego z klubów studenckich. Kolacja chociaż dość obfita była oczywiście lekka i bardzo zdrowa a towarzystwo nowo poznanych osób wyśmienite. Na przystawkę podano pomidory nadziewane mieloną wołowiną, delikatnie przysypane parmezanem w towarzystwie rukoli – danie bardzo proste, łatwe do podrobienia w domu a jakże smaczne. Jako danie główne podano ryż, pierś z grilla i sałatką z rukoli, bazylli, pekinki i sosem migdałowo – limonkowo – imbirowym – połączenie smaków trzeba przyznać dość ciekawe ale jako całość bardzo dobre. A na koniec była pizza chociaż właściwie miała to być focaccia, którą tradycyjnie podaje się przed posiłkiem, tutaj jednak podali nam ją na sam koniec, w dodatku zamiast samego ciasta upiekli ją z mazzarellą i ziołami. Nam to jednak w żadnym razie nie przeszkadzało, zmietliśmy ją w mig bo była przepyszna.
Naładowani pozytywną energią i motywacją do działania, do domu wróciliśmy przed północą. Spacerowałam sobie jeszcze potem długo z psem i chłonęłam zapachy oddychającej łąki. Uwielbiam takie nocne spacery, kiedy nastaje cisza i wszystko wokół pozornie zasypia a otaczające mnie rzeczy tracą swój kształt w ciemności. Staję się nagle wyczulona na zapachy, na minimalne zmiany temperatury powietrza i odnoszę wrażenie, że moje uszy same poruszają się w stronę dochodzących zewsząd przeróżnych odgłosów. W takie ciepłe, rozświetlone gwiazdami noce nie mam ochoty wracać do domu…
Na majówkę, korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się nad jez. Piaseczno do M. na „rozpoczęcie sezonu”. Razem z siostrą wymyśliłyśmy, że wyślemy R samochodem z dzieciakami, psami i prowiantem a same dojedziemy na miejsce rowerami. Wprawdzie to 50 km w jedną stronę a dla nas pierwsza taka wycieczka w tym roku ale oceniłyśmy, że co to dla nas – damy radę. Jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy z tym, że nie przewidziałyśmy, że wyjazd o 1800 to dla nas trochę za późno, bo na dojazd lekkim tempem powinnyśmy sobie zarezerwować przynajmniej 3 godz. a niestety słońce zaczęło zachodzić już po 1900 a my nie zaopatrzyłyśmy się nawet w światełka… Poza tym ja przed wyjazdem nic nie zjadłam, nie wzięłyśmy sobie oprócz wody żadnego prowiantu na drogę a na samym początku trasy miałyśmy sporo podjazdów pod górkę, więc z tego powodu zapasy mojej energii szybko się wyczerpały i już po 25 km. nogi odmówiły posłuszeństwa – nie miałam siły dłużej pedałować… Zdołałyśmy jednak przed zmrokiem dojechać do pierwszej większej miejscowości i zadzwoniłyśmy po R, który w tym czasie już dawno był na miejscu i zdążył się wypakować, by po nas wrócił…
Sam pobyt nad jeziorem jak zwykle zaliczyć można do udanych. Zawsze jest to czas gdy totalnie można się odstresować, wyciszyć, wyluzować, wybawić, powydurniać. M. tym razem przywiózł na działkę swoją PS3, rzutnik i Guitar Hero. Muzyka poszła na fuul i wszyscy na zmianę „dawali” koncert. Mi w pewnym momencie przypadła w udziale rola wokalistki. Darłam więc ryja w mikrofon wespół z M. i innym kolegą do tekstów ”Livin’ On A Prayer” Bon Jovi, “The Kill” 30 Seconds To Mars, ”Hotelu California", czy ”Beat It" Jacksona i o dziwo nieźle mi to nawet wychodziło, gardło sobie trochę zdarłam ale zabawa była przednia. Postanowiłam nawet, że uraczę w słusznym czasie taką „zabawką” swoje dzieci, obawiam się tylko, że sąsiedzi mogliby nie być zbytnio tym uszczęśliwieni, szczególnie gdybym ja znowu zaczęła „śpiewać”… Pogoda nas rozpieszczała więc dzieciaki zaliczyły kąpiel w jeziorze, robiliśmy sobie spacery i wycieczki rowerowe po okolicy a co wieczór zaczynało się imprezowanie przy ognisku lub suto zastawionym stole, które jak zwykle trwało do późnych godzin nocnych w towarzystwie coraz to nowych gości – sąsiadów bądź znajomych.
Niestety, w czwartek musieliśmy już wracać. Znowu wysłaliśmy R przodem ale nauczone doświadczeniem, w rowerową drogę powrotną wybrałyśmy się z siostrą wcześniej aby spokojnym tempem jeszcze przed zachodem słońca dojechać do domu. Zabrałyśmy sobie na drogę kanapki i owoce aby nie opaść z sił w podróży, oraz wodę z guaraną dla lepszego „kopa” i tym razem udało nam się bez większego wysiłku pokonać całą trasę do domu. Dzień był cudowny. Cieplutko, słonecznie chociaż już nie upalnie jak wcześniej a powietrze przejrzyste i rześkie po nocnej burzy. Całą drogę mogłyśmy się delektować widokami rozbudzonej do życia przyrody – jeszcze tydzień temu na drzewach były tylko pąki a teraz wszędzie wokół nastąpiła eksplozja zieleni, chłonęłam zapachy dochodzące od mijanych łąk i lasów, od kwitnących drzew wiśniowych, bzów i jabłoni, chłonęłam kolory pól pokrytych intensywną żółcią kwitnącego już rzepaku, lazurowego nieba nade mną i melodie wyśpiewywane przez ptaki.
Tak, to była wspaniała wycieczka i postanowiłam sobie, że w tym sezonie nie ostatnia. Wcześniej nigdy nie zapuszczałam się rowerem w dłuższe trasy niż 20 km ale teraz wiem, że skoro mogłam zrobić bez uszczerbku na zdrowiu (w postaci np. zakwasów) czy nadmiernego wysiłku 50 km, to mogę też przejechać więcej i dłużej. Dlatego dla podtrzymania formy następny wyjazd „gdzieś tam” mam już zaplanowany na niedzielę i w ogóle od teraz częściej będę siadać na rower, może nawet się na tym punkcie zafiksuję jak swego czasu R, bo już zaczynam przeglądać przyniesione przez niego katalogi z akcesoriami i wypatrzyłam sobie takie fajne rowerowe buty i plecaczki, i ubranka, i światełka… niestety są jak dla mnie w tym momencie jeszcze za drogie, ale może kiedyś…
Zasnęłam dziś gdzieś dopiero po 300. R pół nocy płakał i błagał żebyśmy się nie rozwodzili i żeby dać mu szansę… Strasznie przeżywał dzisiejszy dzień, ciągle obiecywał, że zrobi wszystko bym była szczęśliwa, że jest zupełnie innym człowiekiem niż był kiedyś, że nie pożałuję jeśli mu zaufam, że tylko wizja bycia ze mną dawała mu siły by wytrwać pobyt w więzieniu, itp. Szlag mnie trafiał gdy musiałam wysłuchiwać tych ciągłych jęków, po 1) chciałam się wyspać, bo wyjechać trzeba było z rana a wcześniej jeszcze odwieźć dzieci a po 2) on całkowicie nie przyjmuje do wiadomości, iż ja rozdział dotyczący tego co było już zamknęłam a nie widzę szansy na szczęśliwy związek z nim dlatego, że go po prostu nie kocham! Zbyt dużo jest między nami różnic, zbyt wiele cech jego charakteru mnie drażni i zupełnie nie ma niczego co by mnie w nim pociągało, bym miała się do niego na nowo przekonywać.
R chce szansy… cholera, a co to było do tej pory? Te pięć miesięcy od jego powrotu, czy to nie była próba dla naszego związku? Uważam, że był to wystarczający dla mnie czas bym mogła się przekonać do „nowego Radzia”, wystarczająca „szansa” by mógł wykazać jak się zmienił a ja zadecydować czy chcę z nim dalej być czy nie. Przebywając jednak z nim pod jednym dachem doszłam do wniosku, że to iż teraz myje naczynia, sprząta, dba o dzieci, dom i o mnie to jednak za mało… Owszem, prezenty, śniadania do łóżka i wszelaka „pomoc” w obowiązków domowych są bardzo miłe ale mi takie „uszczęśliwianie na siłę” jest zupełnie nie potrzebne. O wile lepiej się czułam będąc sama niż teraz, gdy R chce mnie we wszystkim wyręczać. Nie ma „chemii”, wszystko się wypaliło i nawet jego plany na wspólne wyjazdy, remont mieszkania czy kupowanie nowych mebli mnie nie cieszą…
Problem owego stanu rzeczy może wynikać z tego, o czym powiedziała pani psycholog: „kobiety nie zakochują się tak jak mężczyźni”… U facetów przebiega to prościej, często na zasadzie „podoba mi się, fajna jest, jest OK więc się nadaje.” Kobiety częściej patrzą „na wnętrze” i częściej potrafią zakochać się w mężczyźnie, który początkowo wcale ich nie pociągał ale w którym po pewnym czasie doszukały się czegoś wartościowego lub jakichś korzyści ze związku z nim dla siebie. A gdy się już „doszukały” intensywnie się tego trzymają. „Miłość zakrywa mnóstwo grzechów” – tak było i w moim przypadku, gdy się już „doszukałam” w R tego co chciałam widzieć, gdy poczułam, że oto w końcu znalazłam bratnią duszę jego wady i „niedociągnięcia” do mojego ideału mężczyzny zeszły na dalszy plan… Cóż, byłam młoda, naiwna i wierzyłam w wielkie idee. Powtarzałam slogany, że najważniejsze jest „wnętrze”, bo nikt mi nie powiedział, że całe życie ewoluujemy, czasem w dobrą a czasem w złą stronę... Wierzyłam w „dwie połówki” i że miłość jest wieczna a miłość jest jak kubeł zimnej wody dla spragnionego na pustyni - choć nic nie może się równać z orzeźwieniem jakie wówczas daje, trzeba uważać, by się nią nie zachłysnąć... Teraz wiem, że partnera musimy akceptować „w całości”: z całą jego fizjonomią, psychiką a nawet rodziną i jeśli mamy jakieś wątpliwości nie przekonywać siebie do kogoś „na siłę” – nie warto, bo z czasem można się bardzo rozczarować.
Ludzie się zmieniają… co będzie nas trzymać przy partnerze po 10 latach gdy straci sylwetkę Adonisa a tylko jego piękny wygląd był dla nas pociągający? Co będzie jeśli zwiążesz swój los z niewyróżniającą się urodą ale za to będącą „wulkanem sexu” dziewczyną, która po paru latach przestanie zupełnie o siebie dbać lub straci temperament albo gdy zapragniesz poprowadzić wieczorne dysputy filozoficzne i „nagle” okaże się, że partner nie dorównuje ci intelektualnie?
Ludzie mogą być ze sobą z różnych powodów ale muszą ich łączyć wspólne cele i najważniejsze gdy związki te spełniają ich potrzeby emocjonalne, dają poczucie bezpieczeństwa i szczęście.
A co mnie łączy i co daje związek z R i jak bardzo się zmieniliśmy przez ostatnie 12 lat…
Pojechaliśmy na rozprawę razem. Na miejscu czekali już jego rodzice, dziadek i adwokat. R był zdenerwowany, oczy miał podkrążone i zapuchnięte od płaczu i nieprzespanej nocy… Nawet na korytarzu chciał mnie jeszcze nakłonić na zmianę zdania, powtarzał ciągle w kółko jak nakręcony to, co już słyszałam od niego przez ostatnie 24 godziny…
Kiedy weszliśmy na salę rozpraw przedstawiciel R chciał, by sąd zawiesił naszą sprawę na „okres próby” lub wyznaczył dla nas mediatora, bo wg niego zachodzą przesłanki ku temu, iż nasz związek można jeszcze uratować. Chciał przekonać sąd tym, że „pozwoliłam R wrócić do siebie”… Dla R argumentem było to, że prowadzimy wspólne gospodarstwo i mamy tylko 2 łóżka w domu - w jednym śpią dzieci więc ja jestem zmuszona spać z nim na drugim, a poza tym, że… podjęliśmy współżycie! Gdy z kolei mi udzielono głosu – odpowiedziałam, że podtrzymuję wciąż mój wcześniejszy wniosek i nie do końca wypowiedzi przedstawiciela jak i R są, zgodne z faktycznym stanem rzeczy, bo R owszem zamieszkał „ze mną” ale bez mojej wyraźnej zgody – zwyczajnie wprowadził się wbrew wcześniejszym wzajemnym ustaleniom wykorzystując fakt, że nie miał ustanowionego nakazu eksmisji, wobec czego ma takie same prawo do zamieszkania w tym miejscu jak ja. Poza tym zamieszkując „ze mną” mieliśmy już wystarczający czas „wypróbować” czy relacje między nami uległy poprawie i ja osobiście, pomimo zmiany stosunku męża do mojej osoby nie widzę szansy na powrót do wzajemnego pożycia, gdyż więź emocjonalna ustała a to co on mówi na temat naszego współżycia jest nieprawdą, gdyż jest to z jego strony manipulacja, bo dokładnie wie, że chociaż nikt nie może tego udowodnić, taka forma argumentacji jest bardzo przekonująca dla sądu i już kiedyś ta sama „sztuczka” zadziałała, gdy próbowałam się z nim rozwieść 6 lat temu!
Sędzina na szczęście nie przychyliła się do wniosku przedstawiciela R. Powiedziała, że ta sprawa już za długo trwa (czwarty rok!) żeby jeszcze ją zawieszać, odraczać, wszczynać mediacje itp. Zaproponowała więc zamiast rozwodu separację uważając, że w naszej sytuacji będzie to najlepsze wyjście, bo skoro R „chce się wykazać” to teraz będzie miał szansę a gdy dojdziemy do wniosku, że jednak chcemy być razem wystarczy separację odwiesić a jeśli nie, to już nie będzie takich problemów jak teraz z rozwodem… Wobec takiego stanu rzeczy R się zgodził i zgodziłam się ja… Formalnością tylko już było przesłuchanie teściowej na okoliczność sprawowanej przez nas opieki nad dziećmi…
Tak więc po 4 latach od złożenia pozwu mam to już za sobą. Nie mam wprawdzie rozwodu – nie mogę ponownie wyjść za mąż ani zmienić nazwiska – ale teraz nie to jest dla mnie najważniejsze. Jakby nie patrzeć dostałam jakieś poczucie wolności i niezależności. Dostałam prawo wyboru…
A R skoro chce, może dalej „się starać”, bo jak powiedziała do niego sędzina: „choroba nie wybiera ale to nie znaczy, że ma Pan skupiać się na swoich potrzebach, musi Pan dbać o żonę, zabiegać o nią, robić prezenty i próbować do siebie przekonać. Warto, bo... fajna z Was para".
I tak oto sprawa się zakończyła. Kolejny rozdział w życiu został zamknięty i czas, by zacząć coś nowego.
Godz. 2340 – coś tam oglądam w tv, popijam herbatę, obok siedzi Radek…
Rzucam spod nosa mimochodem:
- ale mam ochotę na mandarynki…
R: mam iść i kupić Ci kochanie?
- idź… (odpowiadam patrząc w ekran, siorbiąc gorący napar i nie biorąc tego pytania poważnie)
Radek wstaje ubiera się…
- gdzie idziesz? – pytam
R: jak chcesz to pójdę i ci kupię…
- żartowałam, no co ty…
Radek bierze kluczyki od samochodu i wychodzi… Wraca po 40 min. i z progu się „tłumaczy”:
- byłem chyba we wszystkich „nocnych", w Tesco i nigdzie nie ma tych cholernych mandarynek, nawet pomarańczy nie mieli…
- wariat - odpowiadam*
* - i śmieję się pod nosem, bo ostatnią osobą, która spełniała moje nocne „zachcianki" był brat dziadka - gdy miałam 4 latka na moje „Я хочу водички" ubierał się i biegł do sklepu nocnego po oranżadę...
Rano, kiedy się budzę, obok na poduszce leżą mandarynki…
Jutro jest sprawa rozwodowa. R cały wieczór histeryzował: błagał na kolanach bym dała mu szansę, bym wzięła pod uwagę jego uczucia, dzieci… Im bardziej on stara się mnie przekonać tym bardziej ja się wkurzam i podnoszę głos na niego przedstawiając swoje racje. R płacze, wychodzi roztrzęsiony… Wraca po jakiejś godzinie, znowu próbuje mnie przekonywać ale ja już nie reaguję, nie dyskutuję z nim, bo widzę że moja argumentacja w żaden sposób go nie przekonuje. On ma swoje racje - ja swoje i konwersacja z nim nie ma sensu… zajmuję się swoimi sprawami.
Pogadałam sobie dziś znowu z panią psycholog. W sumie tyle, że „pogadałam”, bo tak naprawdę zbyt wiele ta „terapia” do mojego życia nie wnosi. Nie lubię już opowiadać o swoich relacjach z R, cofać się, wspominać – męczy mnie to, chciałabym zamknąć już tamten etap życia a na tych spotkaniach muszę niestety do tego wracać.
Dostałam zadanie na wieczór, by wypisać sobie Za i Przeciw tego związku. Co bym zyskała gdybym z nim została a co bym straciła, czego by mi brakowało… No i się nie wywiązałam z zadania, przez tę całą awanturę zabrakło mi weny ale też nie uległam, nie widzę sensu w ciągnięciu tego związku i wbrew naleganiom R bedę obstawać za jego zakończeniem…
R mi jednak szkoda, widzę, że jego ból jest szczery, na pewno nie jest to gra z jego strony i wbrew temu co myśli o mnie potrafię go zrozumieć. Potrafię się wczuć w jego przeżycia z więzienia, szpitala ale przecież to nie znaczy, że mam się poświęcać i być z nim z litości! Czy to, że go już nie kocham i nie chcę być jego żoną ma znaczyć, że jestem zła i bez uczuć? Faktycznie jednak, gdyby ktoś obserwował R w ostatnich miesiącach a dziś stanął i popatrzył na nas z boku, mógłby tak właśnie sądzić…
Boję się jutrzejszego dnia… Zeznawać ma teściowa, mają adwokata i nie wiem czy R nie będzie czegoś odstawiać…
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 45 991 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
bo całe życie się uczymy...jak żyć
wspominki, wypominki, kroniki dnia codziennego i takie tam różne